Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Być zwyciężonym i nie ulec, to zwycięstwo; zwyciężyć i spocząć na laurach, to klęska", Józef Piłsudski

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Rząd Polski na Emigracji
Wielka Brytania, Czechosłowacja, ZSRR?


Po przybyciu do Londynu Rząd Emigracyjny szybko wznowił działalność, rozpoczynając kolejny okres zmagań Polaków na obcej ziemi. Upadek Francji mocno podkopał zaufanie do premiera Sikorskiego, jednakże wciąż wierzono, iż u boku Wielkiej Brytanii sprawa Polski zyska sobie duże znaczenie, a toczone walki doprowadzą do zwycięskiego końca. Koalicja aliantów, szczególnie tych kluczowych dla Rządu Emigracyjnego, ograniczyła się w tym momencie w zasadzie jedynie do Brytyjczyków. Kanada, Australia, Nowa Zelandia czy Republika Południowej Afryki nie były bowiem równorzędnymi partnerami do rozmów, mając niewielki wpływ na wydarzenia w Europie, szczególnie interesujące z punktu widzenia polskiej politycznej i wojskowej emigracji. Dlatego też 15 sierpnia minister spraw zagranicznych August Zaleski przesłał do placówek dyplomatycznych notę, w której ustalano główne wytyczne ówczesnej polityki Rządu Emigracyjnego: "Myślą przewodnią postępowania rządu jest, jak tego należało się spodziewać, wytężenie wszelkich wysiłków, aby, nie zważając na kapitulację Francji, w dalszym ciągu prowadzić walkę u boku W. Brytanii i jej aliantów o całkowite zwycięstwo i uwolnienie Kraju". Rozwój Polskich Sił Zbrojnych stale postępował, co umożliwiało zaangażowanie polskich żołnierzy podczas walk toczących się chociażby w Afryce. Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich gen. Kopańskiego stoczyła wkrótce bój o Tobruk, wchodząc w skład wielonarodowych sił broniących twierdzy przed naporem niemiecko-włoskim. Także Polskie Siły Powietrzne nie próżnowały, broniąc przestrzeni powietrznej Wielkiej Brytanii i uczestnicząc w odwetowych nalotach na cele rozmieszczone w kontynentalnej części Europy. Ogółem PSZ liczyły sobie w 1940 roku blisko 20 tys. żołnierzy, PSP 6400 żołnierzy i wreszcie siły Marynarki Wojennej nieco ponad 1500 ludzi. Wciąż trwało formowanie nowych jednostek. Przystąpiono także do akcji w okupowanej Francji, gdzie Polacy weszli w skład francuskiego podziemia lub tworzyli samodzielne oddziały. Jesienią przybył do Francji gen. Juliusz Kleeberg, który z polecenia Naczelnego Wodza zajął się organizacją Wojska Polskiego we Francji i przerzucaniem części żołnierzy do mniej zagrożonych krajów, skąd następnie przemieszczali się do Wielkiej Brytanii i wchodzili w skład tamtejszych jednostek. Ryzyko akcji przerzutu przez Hiszpanię, Portugalię czy Gibraltar było spore i wielokrotnie próby przedostania się przez te obszary kończyły się fiaskiem. Ogółem jednak do lutego 1941 roku udało się przemycić z Francji do Wielkiej Brytanii 1378 polskich żołnierzy. Wielu z tych, którzy w sprzyjającej Niemcom Hiszpanii gen. Francisco Franco zostało zatrzymanych, trafiło do obozów na Półwyspie Iberyjskim, w tym Miranda de Ebro w północnej części Hiszpanii. Rząd Emigracyjny przyjął sobie również taktykę unormowania stosunków z Rządem Vichy marsz. Philippe'a Petaina, które do jesieni 1940 roku układały się bardzo dobrze. Niestety, 20 września, na żądanie Niemców, Republika Vichy zerwała stosunki dyplomatyczne z Rządem Emigracyjnym. Mimo to przychylność władz francuskich względem Polaków była niezmienna, czego dowodem jest chociażby pozostanie we Francji chargé d'affaires na Francję Feliksa Frankowskiego. To dziwne, ale Frankowski przebywał na terenie Vichy od lipca, często szykanowany przez Niemców, którzy w praktyce kierowali polityką marionetkowego państwa. 19 lipca 1940 roku Rząd Emigracyjny wydał komunikat: "Polski chargé d'affaires przy Rządzie Francuskim, p. Frankowski, powrócił do Vichy i objął z powrotem swoje obowiązki dyplomatyczne przy Rządzie Francuskim. Rząd Francuski wyśle prawdopodobnie do Londynu, jako swego przedstawiciela przez Rządzie Polskim, pana Gauquie [...] Konsulaty polskie w Tuluzie, Marsylii i Lyonie pozostają otwarte". Dopiero jesienią ten stan rzeczy uległ zmianie, a Niemcy rozpoczęli zamykanie polskich placówek dyplomatycznych, co doprowadziło do odwołania Frankowskiego. W miejsce zamkniętych konsulatów utworzone zostały Biura Polskie, które także krótko prowadziły swą działalność, gdyż w październiku 1941 roku Niemcy nakazali ich zamknięcie i wchłonięcie przez francuskie MSZ, gdzie powstały Biura do Spraw Polaków. Pozostali we Francji Polacy bardzo aktywnie wspierali założenia "Akcji kontynentalnej" opracowanej przez Rząd Emigracyjny, działając tam na niekorzyść okupanta niemieckiego. Wysiłek bojowy na terenie Francji, Belgii i Holandii podjęła Polska Organizacja Walki o Niepodległość kryptonim "Monika", aby w chwili wyzwolenia przez aliantów tych ziem wspomóc Polskie Siły Zbrojne. Wróćmy jednak do Wielkiej Brytanii. Tam sprawy przyjaznych relacji nie wyglądały szczególnie kolorowo, choć Rząd Emigracyjny miał w Londynie do czynienia z sojusznikiem, a nie marionetkowym państwem, za którym stali przedstawiciele nieprzyjaciela. W czasie, gdy ważyły się losy Frankowskiego, w Wielkiej Brytanii trwały debaty o kształt państwa polskiego. Co więcej, na scenie politycznej pojawił się nowy sprzymierzeniec, z którym Rząd Emigracyjny wiązał spore nadzieje i, za namową Brytyjczyków, postanowił ocieplić obustronne stosunki i przełamać jeszcze przedwojenną niechęć do jakichkolwiek wzajemnych związków.

Gdy w Monachium cztery europejskie mocarstwa dyskutowały na temat Czechosłowacji, dyplomacja polska zdecydowała się na szaleńczy krok, podkopując tym samym zaufanie Pragi do sąsiada z północy. Pod koniec września Warszawa wystosowała bowiem ultimatum dotyczące przekazania Rzeczypospolitej Zaolzia, zagarniętego przez Czechów tuż po I wojnie światowej. Rząd czeski miał niewielkie pole manewru, a utrata Śląska Zaolziańskiego była tylko kroplą w morzu kłopotów, z jakimi borykała się w tym czasie Praga atakowana ze wszystkich stron. W związku z tym 2 października jednostki Wojska Polskiego wkroczyły na Zaolzie i zajęły dzielnicę, przyłączając ją do terytorium II RP. To wydarzenie stawiło Polaków na równi z agresorem niemieckim i na wiele lat wypaczyło stosunki polsko-czechosłowackie. W 1939 roku oba kraje czekał podobny los, bowiem zostały podbite przez siły Wehrmachtu. Wprawdzie Polacy wbrew czeskim wzorcom stawili opór jednostkom niemieckimi, jednakże efekt pozostał ten sam - oba kraje utraciły zdolność do decydowania o własnym losie, a czołowi politycy zdecydowali się na podjęcie emigracyjnej działalności. Tam utworzony został podobny do naszego Czechosłowacki Rząd Emigracyjny pod przewodnictwem Eduarda Beneša. W praktyce uznanie jego gabinetu nastąpiło dopiero w 1940 roku. Od pierwszych tygodni działalności gabinetu Sikorskiego notować możemy stosunki polsko-czeskie. Podczas wizyty generała w Londynie w listopadzie 1939 roku padł pierwszy projekt, autorstwa Brytyjczyków, utworzenia federacji środkowoeuropejskiej, która stałaby się gwarantem ładu i pokoju w tej części świata. Sikorski składał później sprawozdanie z rozmów przed Radą Ministrów. Warto zacytować Stefana Litauera, dziennikarza, publicysty i jednego z autorów pierwszego projektu utworzenia Armii Polskiej w ZSRR (memoriał w tej sprawie został przekazany Brytyjczykom w czasie ewakuacji Rządu Emigracyjnego z Francji): "Co do kierunku południowego, to bezpieczeństwo Polski zależne jest od Czechosłowacji. Zarówno Sikorski, jak i Zaleski zdają sobie sprawę z tego, że losy Polski uległy przesądzeniu z tą chwilą, gdy Hitler wszedł do Pragi. Niepodległa Czechosłowacja jest murem zabezpieczającym Polskę od południa. [...] Z chwilą gdy bezpieczeństwo Polski związane jest do tego stopnia z Czechosłowacją, jest rzeczą logiczną, że w przyszłości musi istnieć bardzo ścisła współpraca wojskowa między Polską a Czechosłowacją. Zasada ta wysunięta została przez rząd brytyjski w rozmowach z Sikorskim i Zaleskim. Bezpośrednim wynikiem tego był szereg rozmów, które miały miejsce w Londynie między Polakami a Czechami. Sikorski odbył dwie długie rozmowy z Beneszem i jedną długą z Hodżą [Milan Hodża - przedwojenny premier Czechosłowacji, przywódca partii agrarnej, jeden z głównych polityków czechosłowackiej emigracji]. Przedyskutowano i aprobowano bazę ścisłej współpracy obu rządów i ich sił zbrojnych". Brzmi imponująco, w praktyce jednak do żadnego zbliżenia nie doszło i w okresie pobytu we Francji stosunki polsko-czechosłowackie praktycznie nie ruszyły z miejsca. Obok porozumienia i częściowego wybaczenia wzajemnych krzywd, nie udało się stworzyć wspólnej deklaracji. Do problemu nieśmiało wracano latem 1940 roku, kiedy polscy i czechosłowaccy piloci stanęli ramię w ramię z Brytyjczykami podczas powietrznej bitwy o Anglię. Wspólny wysiłek bojowy (ot, najskuteczniejszym pilotem słynnego polskiego dywizjonu 303 im. Tadeusza Kościuszki w trakcie wspomnianej batalii był Czech Jozef František, który po upadku Pragi uciekł do Polski) zbliżył przedstawicieli obu narodów i wkrótce powrócono do rozmów o trwałym połączeniu krajów przymierzem. Dlatego też Sikorski postanowił ożywić kontakty z Benešem. W międzyczasie Rząd Republiki Czechosłowackiej został uznany przez koalicjantów (21 lipca przez Wielką Brytanię, 29 lipca przez Polskę) i od tej pory stał się równorzędnym partnerem w dyskusji. W głowach polityków Rządu Emigracyjnego pojawił się plan utworzenia ścisłej federacji państw Europy Środkowej, co zabezpieczyłoby słabsze i mniejsze kraje przed hegemonią silniejszych Związku Radzieckiego i Niemiec. 6 września Sikorski i Beneš odbyli jedną z wielu rozmów, która pozwoliła ustalić, iż argumenty obu polityków są podobne a cele zbieżne. Jednocześnie uwidoczniły się pewne animozje z przeszłości - część polityków polskich niechętna była Benešowi, z kolei w pamięci Czechów wciąż świeży był ślad po zajęciu przez Wojsko Polskie terenów Zaolzia. To komplikowało sprawę toczonych rozmów, bowiem wzajemne uprzedzenia uniemożliwiały całkowite porozumienie. Mimo to wspólny język szybko znaleźli Sikorski i Beneš, którzy zaprzyjaźnili się i odbywali kolejne spotkania w miłej atmosferze wzajemnego zrozumienia. Szczególną sprawą różniącą obu koalicjantów był stosunek do Związku Radzieckiego i uznania wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Twarde stanowisko strony polskiej nie odpowiadało Benešowi, który starał się prowadzić nieco bardziej wyważoną względem ZSRR politykę. Czech nie miał zamiaru gwarantować wspólnej akcji przeciwko Związkowi Sowieckiemu w przypadku pogwałcenia traktatów polsko-radzieckich sprzed II wojny światowej. To niepokoiło Polaków, nieufny był nawet Sikorski, dostrzegając, iż "mistycyzm rosyjski" u Czechów jest spory. Minister Zaleski również dość sceptycznie podchodził do projektów federacji. Mimo to 1 listopada Sikorski otrzymał od Beneša memorandum, w którym polityk czechosłowacki zaznaczał, iż po wojnie oba państwa muszą rozwijać się w ścisłej współpracy. Czesi skupiali się przy tym na współdziałaniu w dziedzinie gospodarki, gdyż w takim związku byliby stroną dominującą. Z kolei Polacy woleli federację opartą na współpracy w dziedzinie wojskowości i polityki, co stawiałoby Polskę na pozycji uprzywilejowanej. Pomimo różnicy interesów, Sikorski i Beneš 11 listopada 1940 roku podpisali wspólną deklarację polsko-czechosłowacką. Czytamy w niej: "Polska i Czechosłowacja, zamykając raz na zawsze okres dawnych urazów i sporów i biorąc pod uwagę wspólność podstawowych swych interesów, zdecydowane są po ukończeniu wojny wejść ze sobą, jako państwa niepodległe i suwerenne, w ściślejszy związek polityczny i gospodarczy, który stałby się podstawą nowego porządku rzeczy w Europie Środkowej i gwarancją jego trwałości". To dziwne, iż doszło do podpisania takiego porozumienia w chwili, gdy główne wytyczne polityki obu partnerów były odmienne. Dowiodło tego memorandum Beneša, który obawiał się Sowietów: "Nie będzie to jednak możliwe, jeśli w tym decydującym momencie naszej historii nie osiągniemy porozumienia z Rosją w sprawie jakiegoś modus vivendi, aby uniknąć wejścia na nasze terytoria wojsk rosyjskich, mogących współdziałać z komunistycznymi Niemcami". 3 grudnia Sikorski listownie opowiedział Benešowi, zakładając oczywiście możliwość porozumienia ze Związkiem Sowieckim, ale na twardych zasadach. Z kolei Beneš 26 stycznia, podczas rozmowy z generałem, stwierdził: "Musimy brać w rachubę rychły udział Związku Radzieckiego w wojnie przeciwko Niemcom, oprzeć nasze plany na tej podstawie, dojść do porozumienia ze Związkiem Radzieckim na temat wojskowego kierownictwa działań wojennych i oprzeć naszą koncepcję całej wojny światowej na wzajemnym porozumieniu". Sojusz polsko-czechosłowacki doprowadził do zacieśnienia współpracy politycznej. 31 stycznia 1941 roku zebrał się Mieszany Komitet Koordynacyjny w składzie Sosnkowski, Zaleski, Seyda, Raczyńśki, Jan Masaryk, Hubert Ripka, Jurij Slavik i Ladislaw Faierbend. Następnie spotykano się jeszcze 12 lutego i 23 kwietnia, po czym nastąpiła przerwa w działalności komitetu. Właściwie oprócz działań organizacyjnych i ogólnikowych niewiele udało się zdziałać zgromadzonym dyplomatom. Z ważniejszych kwestii poruszono prawny aspekt sojuszu narodów, określając związek jako federację i konfederację w zależności od używanego języka.

Stosunki polsko-czechosłowackie miały, w opinii wielu polityków polskiej emigracji, podnieść prestiż Rządu Emigracyjnego i jednocześnie zwiększyć jego znaczenie w koalicji alianckiej. Deklaracja z 11 listopada była ważnym sukcesem politycznym obu rządów, ponieważ stanowiła przeciwwagę dla dominacji Brytyjczyków. A ci nie próżnowali, nawiązując coraz cieplejsze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, co zaowocowało chociażby ustawą lend lease act pozwalającą Wielkiej Brytanii na wykorzystanie amerykańskiego sprzętu wojennego i poważne wsparcie amerykańskimi pożyczkami. Dzięki wzmocnieniom Brytyjczycy mogli podjąć się wysiłku obrony zagrożonego ze wszystkich stron Imperium. Słabsi koalicjanci musieli w tym czasie zadowolić się deklaracjami politycznymi. 2 grudnia podczas zebrania Rady Ministrów Sikorski przedstawił zgromadzonym własną wizję federacji polsko-czechosłowackiej. Gwarantował również, iż dzięki poparciu brytyjskiemu Rzeczpospolita uzyska dominującą rolę w środkowej części Europy, oczywiście po zwycięskim zakończeniu wojny. Jednocześnie stwierdził: "Anglicy niewątpliwie wysoko cenią handlowe i przemysłowe walory Czechów, ale daleko im do porównania ich z nami pod względem charakteru". Wiele racji było w tym stwierdzeniu, ale sam charakter nie wystarczał do tego, aby wybić się na czoło koalicji alianckiej. Mimo to Rząd Emigracyjny starał się zwiększyć swój prestiż jako instytucji reprezentującej wszystkich Polaków. Wiązało się to z odbyciem przez Sikorskiego bardzo ważnej wizyty na kontynencie amerykańskim. 24 marca wyjechał on do Kanady i Stanów Zjednoczonych, aby tam spotkać się z przedstawicielami obu krajów oraz grupami polonijnymi, które wciąż planowano objąć akcją werbunkową, podobnie jak miało to miejsce we Francji. Po przybyciu Sikorskiego do Montrealu tamtejsi emigranci z Polski owacyjnie witali premiera i Naczelnego Wodza. To mogło dobrze rokować na przyszłość. Niestety, były to miłe złego początki. Najpierw zamieszania narobiły tamtejsze koła sanacyjne, puszczając plotkę o zdymisjonowaniu Sikorskiego i prywatnym aspekcie jego podróży. Później, 4 kwietnia, podczas rozmów z przedstawicielami rządu kanadyjskiego, doszło do szeregu nieporozumień, a Kanadyjczycy byli kompletnie zdezorientowani, nie wiedząc, o co tak właściwie chodzi ich rozmówcom. Wreszcie udało się wypracować wspólne stanowisko względem formowania Polskich Sił Zbrojnych w Kanadzie. W umowie z 5 kwietnia Kanadyjczycy zobowiązali się: "rząd Kanady udzieli swojej pełnej pomocy w zorganizowaniu tych sił, które po okresie wyszkolenia w Kanadzie połączą się z siłami zbrojnymi Narodu Polskiego". Teraz Sikorski mógł udać się do Waszyngtonu na spotkanie z prezydentem USA Franklinem Delano Rooseveltem. Amerykanin, w opinii Sikorskiego, miał być gwarantem powojennego ładu, ponieważ na kontynencie europejskim spodziewano się rychłej interwencji zbrojnej Stanów Zjednoczonych, skutecznie prowokowanych przez Japończyków i ich śmiałe posunięcia na Oceanie Spokojnym. Premier przedstawił Rooseveltowi plany federacji z Czechosłowacją, do czego prezydent odniósł się dość sceptycznie, spodziewając się porażki w planach budowy ścisłego związku obu krajów. Wyraził przy tym spostrzeżenie, iż jest to "wielka myśl". Ogólnie plany Polski i Czechosłowacji wypadły na forum amerykańskim dość blado. Znacznie lepiej zaprezentował się Sikorski od strony polityki terytorialnej, przedstawiając śmiały memoriał, w którym ostro zaatakowano system ustanowiony traktatem wersalskim jako nietrafiony i prowadzący do kolejnych konfliktów. Premier Rządu Emigracyjnego wspominał później, iż Roosevelt wykazał się niezłą znajomością zagadnień środkowej części Europy. Nie można tego powiedzieć o jego współpracownikach, których wiedza na temat Polski i jej sąsiadów stała na niskim poziomie. Poruszono także kwestie wojskowe. O ile udało się Sikorskiemu bez trudu uzyskać objęcie ustawą lend lease, o tyle nie wypracował on sobie możliwości kontrolowania pomocy amerykańskiej. W konsekwencji, na żądanie Brytyjczyków, dostawy dla polski zostały włączone do brytyjskiej puli zaopatrzenia i tak naprawdę to wyspiarze decydowali, co przekazać Polsce. Nie był to korzystny układ dla strony polskiej, zdanej od tej pory na łaskę i niełaskę sojusznika. W sprawie werbunku polonii na terenie Stanów Zjednoczonych Amerykanie nie czynili większych problemów. Po spotkaniach z prezydentem Rooseveltem Sikorski udał się w podróż po amerykańskich miastach, gdzie odbył liczne wiece z Polonią. Zawitał także do Palm Beach, gdzie przebywał ciężko chory Ignacy Paderewski. Wybitny polityk i pianista światowego formatu wkrótce zmarł, a jego miejsce w Radzie Narodowej zajął Stanisław Mikołajczyk, de facto urzędujący już wcześniej prezes namiastki emigracyjnego parlamentu. Wizyta Sikorskiego na kontynencie amerykańskim nie przyniosła żadnych konkretnych rezultatów. Choć generał był zadowolony z dobrze wypełnionej misji, już wkrótce okazało się jak płonne były jego nadzieje na sformowanie PSZ w Stanach Zjednoczonych. Wynik rekrutacji był mocno rozczarowujący, bowiem do punktów werbunkowych zgłosiło się ledwie tysiąc osób. Jednocześnie Naczelny Wódz poniósł także klęskę w sprawach politycznych, bowiem nie udało się doprowadzić do jakiegokolwiek polsko-amerykańskiego porozumienia i oprócz uprzejmej postawy Roosevelta i samozadowolenia generał uzyskał niewiele. Po przybyciu do Wielkiej Brytanii czekała go masa pracy. Wracał bowiem 9 maja, w chwili gdy Europa szykowała się do nowego konfliktu, a dzień później na wyspy przybył zastępca Hitlera, Rudolf Hess, który domagał się porozumienia na linii Berlin-Londyn. 23 maja, na forum Rady Ministrów, Sikorski złożył sprawozdanie z amerykańskiej wycieczki. Zebranych poruszyły słowa premiera, który mówił: "wysunęliśmy się w tej chwili na czoło aliantów Wielkiej Brytanii". Podsumowanie wizyty wypadło w jego przekonaniu bardzo korzystnie, choć, jak wiemy, rezultaty odbytych w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych spotkań do optymistycznych nie należały.

Kwestia radziecka żywo zaprzątała głowy Sikorskiego i jego podkomendnych. Jeszcze w notatce z 15 sierpnia, którą już cytowaliśmy, Zaleski stwierdzał: "Gdyby w dalszym przebiegu wypadków Rosja znalazła się w jednym szeregu z Wielką Brytanią jako jej sojusznik w walce z Niemcami, zajść może konieczność rewizji naszego stanowiska w sensie odsunięcia rozgrywki z okupantem sowieckim na plan dalszy". Podobnego zdania był Sikorski, który w rozmowie z Churchillem zauważał, iż konflikt na linii Moskwa-Berlin jest nieunikniony. Niewiadomą pozostawało jedynie rozpoczęcie działań zbrojnych na froncie niemiecko-sowieckim. Mimo to liczono się z możliwością przyjęcia Sowietów w szeregi aliantów, co w dużej mierze komplikowałoby sprawę granicy wschodniej. Brytyjczycy także domyślali się, iż wspomniana sytuacja może zajść w najbliższym czasie i postanowili polepszyć napięte stosunki ze Stalinem. W związku z tym nową, prosowiecką, politykę zaczął prowadzić mianowany ambasadorem w Moskwie sir Stafford Cripps, który szybko skontaktował się z przedstawicielami komisarza spraw zagranicznych ZSRR, Wiaczesława Mołotowa. Rozmowy początkowo dotyczyły działalności handlowej. Od 8 września 1940 roku prowadził je Andrzej Wyszyński, mianowany zastępcą ministra spraw zagranicznych. Sowieci nie chcieli jednak angażować się w jakiekolwiek sojusze z Wielką Brytanią, ponieważ de facto opowiedzieli się po przeciwnej stronie konfliktu. W październiku brytyjski Gabinet Wojenny zadecydował, iż dotychczasowa polityka krytykowania aneksji radzieckich nie przynosi skutku. W związku z tym zmieniono taktykę o 180 stopni i 22 października Cripps przedstawił Sowietom dokument rządu brytyjskiego, w którym uznano zdobycze terytorialne Związku Radzieckiego, także te w Polsce. Całą sprawę można powiązać ze znacznie wcześniejszymi, bo wrześniowymi wystąpieniami Churchilla na forum Izby Gmin, który nie ukrywał, iż Wielka Brytania nie zobowiązywała się do gwarantowania granic w Europie i kwestia ta pozostaje sprawą otwartą. Jednocześnie 5 września obiecywał, iż jego kraj nie uzna zmian przeprowadzonych po wybuchu II wojny światowej. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż Wielka Brytania niewiele ma do powiedzenia w tej kwestii i postanowił maksymalnie wykorzystać polityczne konsekwencje gry, którą prowadził, de facto na dwa fronty. W związku z tym, nie informując Rządu Emigracyjnego, postanowiono pozytywnie rozwiązać sprawę stosunków brytyjsko-radzieckich, używając karty przetargowej, jaką było uznanie zdobyczy ZSRR. O kontaktach brytyjsko-radzieckich szybko dowiedziała się prasa w Wielkiej Brytanii i zamieściła obszerne relacje, które zaalarmowały Rząd Emigracyjny Sikorskiego. Zaleski udał się po wyjaśnienia do lorda Halifaxa, który mętnie tłumaczył, iż sprawa jest niezobowiązująca i chodziło jedynie o republiki nadbałtyckie. W trzy dni po rozmowie w Biuletynie Informacyjnym Ministerstwa Spraw Zagranicznych zapisano: "Wobec ukazania się w prasie wiadomości o propozycjach angielskich wobec Rosji - odbyłem dziś rozmowę z Halifaxem, któremu bez ogródek przedstawiłem niedopuszczalność tego rodzaju wystąpień bez porozumienia z nami, jako państwem alianckim najbardziej zainteresowanym w sprawach rosyjskich i jedynym będącym w wojnie z Rosją. Uznając słuszność tej argumentacji, Halifax zapewnił mnie, że interesy nasze zostały należycie zabezpieczone i obiecał w najbliższym czasie pisemnie wyjaśnić całość sprawy, o czym powiadomię placówki". Pismo Halifaxa nie rozwiało wątpliwości Zaleskiego, bowiem szef Foreign Office stwierdził, iż taki jest "faktyczny stan rzeczy, któremu nie możemy zaprzeczyć ani go ignorować". Miał wiele racji w tym stwierdzeniu, choć oczywiście strona polska nie przyjęła go pozytywnie. Jedynym pocieszeniem był fakt, iż Sowieci nie chcieli szczególnego ocieplenia relacji z Brytyjczykami, wierząc w siłę sojuszu z III Rzeszą. 22 listopada Rząd Emigracyjny sporządził memoriał, który określał główne cele polityczne Polski. Jedną z kluczowych spraw była kwestia granic wschodnich Rzeczypospolitej. Dokument złożono na ręce Ernesta Bevina, brytyjskiego ministra pracy. 2 grudnia Rada Ministrów odbywała kolejne posiedzenie. I tam Zaleski poruszył zagadnienie granic, co wzbudziło poruszenie Sosnkowskiego, który zalecał "domagać się wyraźnego uznania przez Rząd brytyjski tez polskiej polityki zagranicznej". 14 grudnia Zaleski kontaktował się w tej sprawie z Anthonym Edenem, który zajął miejsce Halifaxa w Foreign Office. Ten podkreślił aktualność stanowiska poprzednich rozmówców Zaleskiego i Sikorskiego oraz stwierdził, iż wypowiedź Churchilla z 5 września jest nadal zobowiązująca. Jak już widzieliśmy, nie udało się pozyskać dla planów obrony granicy wschodniej Czechosłowaków, którzy zdecydowanie odcięli się od podobnych projektów, a deklaracja z 11 listopada miała charakter raczej luźny i ogólny. Beneš zdecydowanie poprawniej oceniał realność polityki obu krajów względem Związku Radzieckiego, dostrzegając, iż konflikt między Niemcami a ZSRR jest nieunikniony i tylko kwestią czasu będzie wybuch wojny na wschodzie. Dlatego też postanowił czekać na rozwój sytuacji i póki co do niczego się nie zobowiązywać. Sikorski z kolei oczekiwał, iż oba kraje będą w stanie dyktować warunki z pozycji siły, co w warunkach wojennych póki co było niemożliwe do zrealizowania. 10 lutego Naczelny Wódz pisał w liście do Beneša: "Rząd Polski stoi nieugięcie na stanowisku, że granice nasze sprzed września 1939 nie mogą ulec w żadnym razie niekorzystnym dla nas zmianom [...] Nie możemy dopuścić do jakiejkolwiek nawet myśli, żeby Polska wyszła z tej wojny pomniejszona [...] Rząd Polski bronić będzie zdecydowanie swego dotychczasowego stanu posiadania na Wschodzie. Rząd Polski nie dopuści nigdy i nigdzie do podważania swych niezaprzeczalnych, a uznawanych wielokrotnie przez Rosję praw do granic z 1939 roku". Beneš był nieco bardziej praktyczny, co wykazuje jego odpowiedź z 25 lutego: "[musimy czekać] aż wypadki same nam pomogą rozwiązać cały szereg kwestii". A rozwój wydarzeń był coraz bardziej niepokojący. Z Rzeszy dochodziły doniesienia, iż Hitler rzeczywiście szykuje się do wojny ze Stalinem. Koncentracja niemieckich jednostek już wkrótce nie pozostawiała złudzeń. Dlatego też Rząd Emigracyjny zaczął pospiesznie przygotowywać się do zaistnienia nowej sytuacji, która mocno komplikowała dotychczas uprawianą politykę Sikorskiego i Zaleskiego. 20 maja Sikorski spotkał się z Churchillem i przekazał mu polskie informacje na temat dyslokacji sił niemieckich. Dwa dni później, mimo co innego wskazujących danych, premier Rządu Emigracyjnego wypowiadał się w dość lekkomyślnym tonie: "Nie wydaje mi się, aby w obecnej chwili Hitler chciał się uwikłać w wojnę ze Stalinem". Podobnego zdania, niezmiennie, był August Zaleski. 18 czerwca doszło do spotkania Stafforda Crippsa z Sikorskim. Wynikiem rozmów było ostateczne przekonanie premiera o nieuchronności konfliktu niemiecko-radzieckiego. Rozważał on również, co musi w takiej chwili uczynić. Wydawało się koniecznym unormowanie stosunków z ZSRR oraz wysłanie przedstawiciela Rządu Emigracyjnego do Moskwy. Sikorski nadal twardo bronił polskiego stanowiska, zakładając, iż Stalin musi się zdecydować na zagwarantowanie wschodniej granicy Rzeczypospolitej oraz sformować Polskie Siły Zbrojne na terenie Związku Radzieckiego. 19 czerwca Rada Ministrów odbywała kolejne spotkanie, podczas którego wywiązała się burzliwa dyskusja. Mieszało się wiele poglądów dotyczących zachowania Rządu Emigracyjnego w chwili wybuchu konfliktu niemiecko-radzieckiego. Ostatecznie nie podjęto żadnych wiążących decyzji. Tymczasem 22 czerwca siły Wehrmachtu przekroczyły granicę i uderzyły na Związek Radziecki. Churchill, dość pochopnie, z miejsca zagwarantował Sowietom wszelką możliwą pomoc, rozpoczynając tym samym nowy okres działań koalicji alianckiej, do której włączono niedawnego wroga Rzeczypospolitej, Związek Radziecki. Kłopotliwy sprzymierzeniec postanowił wykorzystać inicjatywę Brytyjczyków, którzy zobowiązali się: "Jesteśmy w pełni zdecydowani zniszczyć Hitlera i cały ustrój narodowosocjalistyczny. Każda jednostka i każde państwo otrzyma naszą pomoc [...] pomnóżmy więc nasze wysiłki i uderzajmy wspólnymi siłami".

Za słowami Churchilla szybko poszły czyny w postaci układu wojennego podpisanego 12 lipca w Moskwie przez ambasadora Crippsa i Wiaczesława Mołotwa, komisarza spraw zagranicznych ZSRR. Śladami Brytyjczyków podążyli Czechosłowacy, którzy od dawna przewidywali taki rozwój wypadków. 18 lipca Beneš zdecydował się na sygnowanie podobnego dokumentu. Koalicjanci oczekiwali teraz na ruch Polaków, którzy de facto znajdowali się ze Związkiem Radzieckim w stanie wojny. 23 czerwca Sikorski wygłosił przemówienie radiowe, w którym zaznaczył, iż "w polityce międzynarodowej zniknie zagadnienie polsko-sowieckie, które dotychczas nic dobrego nie przyniosło". Nie oznaczało to oczywiście radości z najazdu Niemiec na ZSRR, ale możliwość ułożenia wzajemnych relacji opartych na daleko idącej współpracy. Nie ulegało wątpliwości, iż obustronny układ zostanie podpisany. Niewiadomą pozostawał natomiast jego kształt i charakter. Wśród polskiej emigracji, a nawet w łonie Rządu Emigracyjnego rozgorzał na ten temat spór, który zakończył się dramatycznie - ustąpieniem ministrów Sosnkowskiego, Zaleskiego i Seydy w dniu 28 lipca. Ich dymisja oraz tarcia w Radzie Narodowej (którą rozwiązano i przywrócono do działania dopiero wiosną 1942 roku) jeszcze mocniej skomplikowały sytuację Sikorskiego. 30 czerwca Zaleski opracował tekst memorandum skierowanego do rządu brytyjskiego, w którym jasno określono zasady, na jakich Rząd Emigracyjny podejmie się przywrócenia stosunków dyplomatycznych między nim a Sowietami. Szczególne miejsce zajęły w dokumencie unieważnienie umów zawartych w sierpniu i wrześniu 1939 roku przez ZSRR, sprawa polskich jeńców na terytorium Związku Radzieckiego oraz kwestia nienaruszalności wschodniej granicy. 3 lipca z Moskwy przyszła do Iwana Majskiego instrukcja zawierająca postulaty radzieckie. Zakładano możliwość utworzenia Komitetu Narodowego, Polskich Sił Zbrojnych oraz odtworzenie niepodległej Polski, ale słowem nie zająknięto się na temat gwarantowania polskiej granicy na wschodzie. Zamiast tego stworzony został projekt Polski w granicach etnograficznych, a więc przesuniętej nieco na zachód, ale mocno okrojonej na wschodzie. 4 lipca Majski spotkał się z Edenem, a ten przekazał wytyczne Moskwy Sikorskiemu, uznając je za szczodre. Premier Rządu Emigracyjnego przeciwny był tworzeniu jakichkolwiek komitetów poza jego plecami oraz kwestii "Polski w etnograficznych granicach". Nazajutrz Sikorski i Zaleski udali się na spotkanie z Majskim. Ambasador radziecki przyznał, iż koncepcja etnograficzna jest najbliższa Sowietom, ale nie wyraził przy tym zastrzeżeń wobec dalszych postulatów strony polskiej ze zwolnieniem jeńców wojennych oraz utworzeniem Armii Polskiej na Wschodzie na czele. 8 lipca Zaleski przekazał do Foreign Office memorandum, w którym wyłożono polski punkt widzenia całej sprawy. W trzy dni później Sikorski i Majski ponownie się spotkali, ale okazało się, iż rozmowy utknęły w martwym punkcie. Niecierpliwiło to Edena, który był obecny podczas dyskusji: "niezmiernie ważne z punktu widzenia opinii światowej, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, aby radziecko-polskie porozumienie zostało zawarte wkrótce". Brytyjczycy coraz usilniej domagali się od Sikorskiego podpisania układu na warunkach radzieckich, widząc, iż Sowieci nie zdecydują się na ustąpienie w kluczowej sprawie granicy wschodniej Rzeczypospolitej. Premier Rządu Emigracyjnego zaczął uginać się pod presją sojusznika. Traktaty brytyjsko-radziecki i czechosłowacko-radziecki tylko pogłębiły wrażenie osamotnienia Polaków na scenie politycznej. To sprawiło, iż Sikorski zaczął zmieniać zdanie w zasadniczej kwestii wprowadzenia do układu jednoznacznego punktu o granicy wschodniej. Rozwiązanie to zastępowano ogólnikowym stwierdzeniem, rozmaicie interpretowanym przez obie strony. Wobec fiaska rozmów z Anglikami, od których Zaleski oczekiwał wsparcia polskiego stanowiska, Rząd Emigracyjny, mimo podziałów, musiał ulec i wreszcie zdecydować się na sygnowanie dokumentu. 21 lipca Sikorski, w liście do Edena, zaakceptował ogólnikową formułę porozumienia terytorialnego. 24 lipca strona brytyjska przekazała Polakom radzieckie stanowisko. Ponaglenia Brytyjczyków nie wyszły zatem na dobre Rządowi Emigracyjnemu, który rozpadał się od środka, targany przeciwnościami. Także prezydent Raczkiewicz był przeciwnikiem ugodowej polityki i nie wyraził poparcia dla planów Sikorskiego. 28 lipca premier i Anthony Eden ustalili ostateczny kształt dokumentu, a nazajutrz Brytyjczycy udali się do Raczkiewicza, aby przekonać go do udzielenia poparcia Sikorskiemu. Bezskutecznie. 30 lipca o godz. 16.30, pomimo wyraźnego sprzeciwu prezydenta, Sikorski i Majski podpisali dokument. Podczas uroczystości do gmachu Foreign Office przybyli także Churchill i Eden. Ostateczny kształt pierwszego artykułu: "Rząd ZSRR uznaje, że traktaty radziecko-niemieckie z roku 1939, dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swą moc". Obok tego przywrócono normalne stosunki dyplomatyczne pomiędzy Rządem Emigracyjnym a Związkiem Sowieckim, Sowieci zobowiązali się do dokonania "amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni swobody na terytorium ZSRR bądź jako jeńcy wojenni, bądź na innych odpowiednich podstawach". Samowolne podpisanie układu przez Sikorskiego po raz kolejny wywołało falę krytyki pod adresem premiera. Mimo to umowa została zawarta, z czego najbardziej cieszyli się Brytyjczycy, którzy wiedzieli już, iż strona polska dobrowolnie zrzekła się roszczeń do przedwojennej granicy na wschodzie. Układ Sikorski-Majski nie gwarantował bowiem Polakom przedwojennego status quo. Realizm polityczny nie był zatem korzystny dla Rzeczypospolitej, choć w trudnej lipcowej sytuacji wydawał się być jedynym możliwym do przyjęcia przez wszystkie strony rozwiązaniem. 12 sierpnia Prezydium Rady Najwyższej ZSRR ogłosiło dekret amnestyjny. W dwa dni później podpisana została w Moskwie kolejna umowa, tym razem wojskowa. Polsko-radziecka konwencja ustaliła, iż na terenie ZSRR utworzone zostaną Polskie Siły Zbrojne dowodzone przez delegatów Rządu Emigracyjnego. Ze strony polskiej dokument sygnował gen. Zygmunt Szyszko-Bohusz, ze strony radzieckiej gen. Andriej Wasilewski. Dokument zawierał bardzo ważną dla Polaków obietnicę, którą później Sowieci interpretowali inaczej od zamierzonego przez Rząd Emigracyjny sensu. Artykuł siódmy przewidywał bowiem: "Polskie jednostki będą przesunięte na front dopiero po osiągnięciu pełnej gotowości bojowej. Z reguły będą one działać w związkach nie mniejszych od dywizji i będą wykorzystane zgodnie z planami operacyjnymi Naczelnego Dowództwa ZSRR". Niestety, pomimo teoretycznego podporządkowania Armii Polskiej na Wschodzie Polskim Siłom Zbrojnym kierowanym z Londynu, już wkrótce miało się okazać, iż Sowieci roszczą sobie prawa do dysponowania żołnierzem polskim. Na razie jednak należało zorganizować werbunek, czym zajęła się polsko-radziecka komisja wojskowa. Niestety, podczas obrad komisji w dniach 16-29 sierpnia szybko natrafiono na rozbieżności. Nie było bowiem wiadomo, co stało się z tysiącami polskich oficerów więzionych w obozach w Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie. Odpowiedzi nie umiał udzielić także gen. Gieorgij Żukow, podpytywany przez stronę polską, którą reprezentowali Anders i Szyszko-Bohusz. Sprawa zaginionych oficerów jeszcze wielokrotnie miała zaważyć na stosunkach polsko-radzieckich. Na razie jednak chwilowo o niej zapomniano, tłumacząc zaginięcie wojskowych chaosem organizacyjnym, jaki opanował ZSRR. 19 sierpnia odbyło się posiedzenie komisji, która ustaliła, iż sformowane zostaną dwie dywizje strzelców i jeden pułk zapasowy, a termin ich gotowości bojowej wyznaczono na 1 października 1941 roku. Organizacją Armii Polskiej na Wschodzie zajął się szef sztabu sił Andersa, gen. Leopold Okulicki, późniejszy dowódca Komendy Głównej Armii Krajowej. Nastroje dotyczące werbunku i formowania armii były dość optymistyczne, czego wyrazem były raporty delegacji wojskowej oraz wysłannika Sikorskiego, Józefa Retingera. Także ambasador Rządu Emigracyjnego w Moskwie, Stanisław Kot, wyrażał się pozytywnie na temat współpracy polsko-radzieckiej. Miał zresztą możliwość odbycia rozmowy z Mołotowem 8 września. Sikorski zadowolony był z wyników rekrutacji, martwiła go jedynie sprawa zaopatrzenia dla Polaków, które do tej pory przekazywali Sowieci. Oświadczyli oni jednak, iż są w stanie wyekwipować zaledwie jedną dywizję, co zmuszało Naczelnego Wodza do poszukiwania innego źródła zaopatrzenia. Podczas rozmowy z Kotem Mołotow twierdził: "My uzbrojenia dać nie możemy, nie tylko ekwipunku. Wszakże przechodzimy najstraszniejszą wojnę z ogromnymi stratami. Tracimy nie tylko masy żołnierza, ale i masy broni. Straciliśmy pewną ilość fabryk, a inne musimy przenosić, co zmniejsza naszą zdolność produkcyjną. Niechże Wielka Brytania i Ameryka zrozumie, że my się krwawimy za nich, że dźwigamy na sobie cały ciężar. Niech oni za swój spokój zaopatrzą nas w broń [...] Jednak najpilniejszą potrzebą jest broń i tej nam i wam musi dostarczyć Ameryka i Wielka Brytania, która przecież w tej chwili nie walcząc, broni mniej potrzebuje". Potencjalnie zatem największe możliwości w tym względzie mieli Brytyjczycy i Amerykanie. W związku z tym Sikorski konferował we wrześniu z lordem Beaverbrookiem, który obiecał dostawy dla Armii Polskiej na Wschodzie. W dniach 29 września - 1 października odbyła się w Moskwie konferencja zbrojeniowa, której wyniki nie były dla strony polskiej zadowalające. Mocarstwa alianckie postanowiły włączyć polskie przydziały do puli radzieckiej, co znowu skazywało Polaków na łaskę i niełaskę sojusznika. Duży był w tym udział ministra zaopatrzenia Beaverbrooka, znanego już wcześniej z antypolskich sympatii. Podczas dwóch kolejnych spotkań polskiej Rady Ministrów w październiku premier ostro zaatakował postępowanie Brytyjczyków: "Beaverbrook źle postawił sprawę w Moskwie, nie zabezpieczywszy potrzeb wojsk polskich, wręcz przeciwnie, uzależniając je od Sowietów". Mimo to akcja werbunkowa postępowała i 25 października liczba polskich żołnierzy w ZSRR sięgała 41 561 ludzi, w tym 2630 oficerów. Limit 30 tysięcy żołnierzy został zatem przekroczony, ale Sowietom nie przeszkadzało to. Wciąż wyrażali oni chęć współpracy ze stroną polską, czego wyrazem było październikowe zaproszenie Sikorskiego do Moskwy na rozmowy ze Stalinem. Jednocześnie, w tym samym okresie, wystąpiły pewne rozbieżność dotyczące dyslokacji i użycia sił polskich w wojnie z Niemcami. Strona radziecka domagała się jak najszybszego wejścia do walki 5. dywizji gen. Boruty-Spiechowicza, z czym całkowicie nie zgadzała się strona polska. Dlatego też 27 października Sikorski mówił: "zależy nam na zabezpieczeniu ewentualnego odwrotu naszych wojsk do Persji, ewentualnie do Indii". Tam mogłyby wejść we współdziałanie z siłami brytyjskimi. Po zaproszeniu do Moskwy gabinet dyskutował nad charakterem wizyty Sikorskiego. Wreszcie, 2 grudnia premier został przyjęty w stolicy ZSRR, gdzie witano goi z niezwykłą pompą. 3 grudnia spotkał się ze Stalinem i Mołotowem. Asystowali mu Kot i Anders. Nazajutrz wydano na Kremlu bankiet na cześć Polaków, co zakończyło się podpisaniem kolejnej deklaracji o wspólnej walce i zasadniczych celach Armii Polskiej na Wschodzie, która "będzie prowadzić wojnę przeciw niemieckim rozbójnikom ramię przy ramieniu z wojskiem radzieckim". Spotkanie przebiegało w doskonałej atmosferze. Przemówienie Stalina poruszyło zebranych. Nic dziwnego, gdyż odwołał się on do swojej rewolucyjnej przeszłości i przygód w Polsce, rozpoczynając cały wywód słowami: "Tak się złożyło, że narody nasze od niepamiętnych czasów sąsiadują ze sobą i różnie między nimi działo się. Kilka razy w historii Polacy przychodzili do Moskwy i niszczyli ją, kilka razy Rosjanie szli do Polski i palili wasze miasta, a potem zagarnęli cały kraj. Tak dalej być nie może. Dość tych bójek między nami. My się bijemy i kłócimy, a korzystają Niemcy, nasz wspólny, odwieczny i śmiertelny wróg. Musimy zawrzeć prawdziwą przyjaźń i przymierze, usunąć wszystko to, co może stać się zarzewiem niezgody oraz poznać się wzajemnie [...]". W czasie rozmów kontrowersje wynikły z powodu kwestii organizacyjnych. Do niesnasek doszło także na gruncie nadawania obywatelstwa radzieckiego Polakom zamieszkującym tereny zachodniej Ukrainy i Białorusi. W trakcie rozmów Stalin zdecydował się na przywrócenie Polakom narodowości polskiej, ale już mniejszości narodowe II RP miały pozostać pod kuratelą radziecką. Sprawa granic także została poruszona, ale obie strony zdecydowały się na odłożenie dyskusji na czas późniejszy. Stalin poruszył też temat granicy zachodniej, która w jego opinii powinna się opierać na Odrze. Ogólnie rzecz biorąc, obie strony mogły być zadowolone z przebiegu rozmów. Spotkanie dało bogate plony, czego dowodem jest chociażby ustanowienie sieci delegatur ambasady polskiej na terenie ZSRR. Rok 1941 zamykano trwałym dowodem przyjaźni polsko-radzieckiej, choć stan taki miał trwać bardzo krótko. Co więcej, do koalicji alianckiej 7 grudnia 1941 roku weszły Stany Zjednoczone. USA zostały zaatakowane przez Japonię, która dokonała nalotu na Pearl Harbor, amerykańską bazę morską i lotniczą. Losy wojny, na razie bardzo powoli, zaczynały się zmieniać. Nie udało się natomiast dalsze pozytywne ułożenie stosunków z Czechosłowacją. W korespondencji Sikorskiego i Beneša widoczne jest wyraźne ochłodzenie. 6 października przywódca Czechosłowacji zaznaczał, iż sojusz jest możliwy, ale gwarancją pozytywnej postawy Czechów jest oddanie przez Polskę Zaolzia. Sikorski replikował 21 października i prosił o odłożenie tego typu dyskusji. List Beneša z 25 grudnia po raz kolejny podkreślał wagę sprawy dla stanowiska Czechosłowacji. Mimo to, w międzyczasie, aktywne działania wznowił Komitet Koordynacyjny, pracując od 4 listopada nad projektem wspólnej konstytucji federacyjnej. Tym razem w składzie komitetu obradowali Mikołajczyk, Raczyński, Stroński, Strasburger, Popiel, Ripka, Faierbend, Slavik, Nemec i Stransky. Dalsze postępy we wzajemnych stosunkach miały nastąpić w kolejnym roku wojny.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków