Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Żołnierz polski bije się za wolność wielu narodów, ale umiera tylko dla Polski", Stanisław Maczek

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Rząd Polski na Emigracji
Widziałem Polskę zdradzoną


Od początku 1942 roku trwały tarcia na linii Rząd Emigracyjny - Moskwa. Wprawdzie 31 grudnia 1941 i 22 stycznia 1942 roku Polacy uzyskali 400 mln rubli pożyczki (z czego 100 mln na pomoc cywilom i 300 mln na wydatki wojskowe), jednakże szybko okazało się, iż przymierze łączące oba narody jest nietrwałe z powodu narosłych komplikacji. 28 stycznia 1942 roku Edward Raczyński zwrócił się do ambasadora ZSRR przy Rządzie Emigracyjnym, Aleksandra Bogomołowa, z zapytaniem o polskich oficerów, których Sowieci więzili w obozach w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku. Rzekoma amnestia miała bowiem objąć wszystkich więzionych na terenie Związku Radzieckiego Polaków, tymczasem do Rządu Emigracyjnego i jego placówek dyplomatycznych dobiegały niepokojące wieści o utrudnianiu przez Sowietów całej procedury. Szczególnie niepokojący był fakt zaginięcia kilkunastu tysięcy żołnierzy, w większości oficerów, z trzech wymienionych obozów. Strona radziecka, zapytywana o Polaków w 1941 roku, uparcie twierdziła, iż zostali zwolnieni, a opóźnienia w ich przybywaniu spowodowane zostały chaosem organizacyjnym. Podobnej odpowiedzi udzielił Raczyńskiemu listownie Bogomołow 13 marca. Chaos ten starano się przezwyciężyć, organizując sieć delegatur ambasady na terenie Związku Radzieckiego, czego dotyczyły noty wymieniane między Polakami i Sowietami w dniach 9 i 10 stycznia 1942 roku. Ostatecznie ustalono, iż w ZSRR powstanie grupa 22 delegatur, które zajmować się będą sprawami polskimi w trudnych warunkach działalności w sowieckim państwie. Mimo trudności, Sikorski zadowolony był z grudniowej wizyty w Moskwie, czemu upust dawał w rozmowach z dyplomatami brytyjskimi i kolegami emigrantami. Jego nastrój powinien nieco mącić fakt nierozwiązania problemu wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Co więcej, w dniach 16-18 grudnia z podobną wizytą do stolicy ZSRR przybył minister Anthony Eden, który także spotykał się ze Stalinem i Mołotowem. Wprawdzie Eden do niczego się nie zobowiązał, jednakże zaznaczał, iż kwestia zachodniej granicy ZSRR zostanie rozwiązana po myśli Sowietów. 26 stycznia Sikorski spotkał się z ambasadorem brytyjskim w Moskwie sir Staffordem Crippsem. Brytyjczyk bez ogródek wyjawił plan przesunięcia granic Rzeczypospolitej, przy założeniu, iż wschodnią rubież stanowić będzie linia Curzona. Takie było, na razie nieoficjalne, stanowisko Związku Radzieckiego, który proponował coraz śmielsze rozwiązania. Stalin poczuł się nieco pewniej po zwycięskiej bitwie pod Moskwą i szybko wychodziło na jaw, iż niedługo to on zacznie dyktować warunki z pozycji siły. Sikorski podsumował spostrzeżenia Crippsa: "Jednym słowem, przesunąć Polskę ze wschodu na zachód, ale to nie może stać się bez jej zgody". Premier Rządu Emigracyjnego nie doczekał jednak momentu, w którym jego słowa miały się spełnić. Nie wiedział wtedy bowiem, iż to nie on będzie decydował o kwestiach granicznych. Miał również, przynajmniej w teorii, poparcie sojusznika amerykańskiego. Jeszcze 29 stycznia prezydent Franklin Delano Roosevelt mówił, iż Stany Zjednoczone "użyją wszystkich sił, aby zniszczyć najeźdźcę i odbudować Polskę". W pierwszych tygodniach 1942 roku notowany był także znaczny postęp w dziedzinie stosunków polsko-czechosłowackich. Komitet Koordynacyjny zebrał się 19 stycznia na posiedzeniu, podczas którego omówiono projekt wspólnego dokumentu. Cztery dni później podpisano czternastopunktowy układ przewidujący utworzenie i określający zasady funkcjonowania federacji polsko-czechosłowackiej. Co więcej, tydzień wcześniej podobne porozumienia podpisali ze sobą Grecy i Jugosłowianie, co pozwoliło wystosować Polakom i Czechom wspólną notę do sygnatariuszy unii bałkańskiej. Przewidywała ona współdziałanie obu sojuszy. Było to zbieżne z projektami Sikorskiego, któremu zależało na jak najściślejszej integracji, zabezpieczającej niejako interesy polskie, przede wszystkim terytorialne. Niestety, wkrótce okazało się, iż jakiekolwiek nadzieje na szerszą współpracę są płonne. Przymierze z Rządem Emigracyjnym Beneša zaczęło podupadać. 3 czerwca Komitet Koordynacyjny zebrał się po raz ostatni, kończąc tym samym okres współpracy. Po raz kolejny przeszkodą nie do przeskoczenia okazało się być Zaolzie oraz odmienne podejście w polityce względem Związku Radzieckiego. Twarde stanowisko Polski nie sprzyjało Czechosłowacji, czemu wyraz dał Beneš w listopadzie, żądając skonsultowania pomysłu federacji z Sowietami. To był koniec planów Sikorskiego dotyczących przymierza środkowoeuropejskiego. Przewidując zupełnie inny rozwój wydarzeń, w styczniu 1942 roku Sikorski zaangażował się w działalność dyplomatyczną, kontaktując się z przedstawicielami innych krajów europejskich. 29 stycznia w Londynie została zorganizowana konferencja, na którą przybyli m.in. premier rządu greckiego Tsuderos, książę Piotr z Grecji, przedstawiciele rządów jugosłowiańskiego, belgijskiego oraz szeregu innych państw. O ile propozycje Sikorskiego dotyczące współpracy zostały na tym forum przyjęte pozytywnie, o tyle reakcja potężniejszych sojuszników była zgoła odmienna. 7 marca prezydent Roosevelt nakazał sekretarzowi stanu Sumnerowi Wellesowi ukrócenie zapędów Sikorskiego, gdyż "nie nadszedł jeszcze czas na omawianie powojennej pozycji małych państw, zwłaszcza że może to doprowadzić do poważnych komplikacji z Rosją". Niestety, sojusznicy brytyjscy i amerykańscy prowadzili już własną politykę, w której nie było miejsca na propolskie sentymenty. 7 marca Churchill kontaktował się z Rooseveltem i wyraził spostrzeżenie, iż należy zostawić Sowietom wolną rękę w kwestii ich granic. Co za tym idzie podpisana niedawno Karta Atlantycka traciła mocno na znaczeniu, sankcjonując podboje dokonane przez Związek Radziecki po wybuchu II wojny światowej, także kosztem Polaków. Co więcej, 1 stycznia 1942 roku podpisana została Deklaracja Narodów Zjednoczonych, w której zaznaczono, iż alianci będą walczyć "przeciwko dzikim i brutalnym siłom, które dążą do ujarzmienia tego świata". Podpisy delegacji brytyjskiej, amerykańskiej i radzieckiej bynajmniej nie dodały dokumentowi wiarygodności (sygnowali go także Polacy). Po kontrowersyjnym liście do Roosevelta Churchill postanowił spotkać się z Sikorskim. 11 marca obaj politycy dyskutowali na temat sytuacji Związku Radzieckiego. Premier brytyjski poinformował, iż ma zamiar wyrazić zgodę na uznanie zachodniej granicy ZSRR, co dla Polaków oznaczało zaprzepaszczenie szans na odzyskanie Kresów. Powiedział Sikorskiemu, iż w chwili tryumfu nad Niemcami, i tak to Sowieci zdecydują o kształcie granic w tej części Europy, a jeśli przegrają układy pozostaną martwą literą. Nie trzeba chyba dodawać, iż wywołało to żywiołowe protesty Sikorskiego, który nie godził się na takie stawianie sprawy. Nie miał jednak wyjścia ani możliwości ingerencji w politykę brytyjską. Nieco bardziej wstrzemięźliwy był Roosevelt, który nie chciał akceptować układów granicznych, o czym powiadomił 12 marca ambasadora ZSRR w USA Litwinowa.

W związku z coraz gorszymi notowaniami sprawy polskiej w polityce mocarstw zachodnich Sikorski postanowił wybrać się z wizytą do Stanów Zjednoczonych. Podkreślał, iż jedzie tam w jasnym celu: "Dobrze będzie, jeżeli, w co wierzymy, uzyskamy pomoc Stanów Zjednoczonych nie tylko dla nieugiętego naszego stanowiska w sprawie granic Polski, lecz również dla wyraźnego uznania naszego zainteresowania losami Litwy i Bukowiny". Losy sąsiadów Rzeczypospolitej faktycznie były w kręgu zainteresowań Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rządu Emigracyjnego. 11 stycznia 1942 roku Edward Raczyński mówił o tym w wywiadzie dla "Sunday Times", postulując oderwanie m.in. Litwy od ZSRR. Wywołało to żywe protesty Sowietów, którym nie odpowiadały podobne uwagi. Politykę Polaków komentowano głośno w Stanach Zjednoczonych, do których cyklicznie przesyłano raporty europejskich wysłanników dyplomacji amerykańskiej. Loy Henderson, Szef Departamentu Stanu w Europie, stwierdził nawet: "Jedynym mężem stanu, który śmie robić wszystko to, co mogłoby rozgniewać Stalina, jest generał Sikorski; jego zuchwalstwo wydaje się być nieszczęśliwie połączone z wyjątkowym brakiem przebiegłości i taktu". Dalej pisano o niemożności utworzenia jakiejkolwiek federacji bez wpływu Sowietów, ponieważ nie są na to gotowi przywódcy innych państw. Raporty o zachowaniu Sikorskiego spływały na biurko Roosevelta, u którego już wkrótce miał pojawić się sam zainteresowany. Druga wizyta premiera Rządu Emigracyjnego w USA była krótsza niż poprzednia i trwała od 24 do 30 marca. Z propagandowego punktu widzenia zakończyła się ona sukcesem Polaków, jednakże w praktyce, po raz kolejny, okazało się, iż nie są oni w stanie wynegocjować warunków traktowania na równi z innymi sojusznikami. Podczas dwóch rozmów z Rooseveltem Sikorski poruszał przede wszystkim problemy graniczne, ostro wypowiadając się w temacie układu brytyjsko-radzieckiego. Sami Brytyjczycy i Sowieci doskonale zdawali sobie sprawę z celu wizyty premiera Rządu Emigracyjnego w USA: "Wyjazd p. Raczyńskiego do Stanów Zjednoczonych i zapowiedziany rychły wyjazd premiera Sikorskiego są tłumaczone chęcią zyskania przeciw Sowietom poparcia rządu amerykańskiego". Słowa te wypowiedział Iwan Majski. Sikorski rzeczywiście starał się pozyskać Amerykanów do własnych planów. Jego zapał studziły ostrzeżenia doradców Roosevelta, w tym Adolfa Berle, asystenta sekretarza stanu: "Rosja wyjdzie z tej wojny jako jedno z nielicznych mocarstw światowych. Nie jest do uniknięcia uwzględnienie interesów i postulatów takiego organizmu". Zaznaczano zatem, iż rozwój sytuacji na frontach europejskich może rozstrzygnąć powojenny układ sił, zmieniając go na niekorzyść Polaków i ich zachodnich sojuszników. Mimo to Naczelny Wódz uzyskał poparcie Roosevelta i potwierdzenie słuszności swoich przypuszczeń, iż Stany Zjednoczone nie godzą się na przeszeregowania terytorialne w Europie bez ich wiedzy i udziału. Prezydent stwierdził, iż "rząd brytyjski w osobie premiera Churchilla uzgodnił z rządem amerykańskim, że przed zakończeniem wojny nie zaciągnie żadnych zobowiązań, które by go z góry wiązały". Gdy Sikorski wyjeżdżał z Waszyngtonu, otrzymał jeszcze list od Sumnera Wellesa, w którym mógł przeczytać: "Rząd amerykański nie zaciągnie żadnych zobowiązań tajnych w czasie trwania wojny na temat powojennych rozstrzygnięć. Amerykańska polityka określona jest ściśle w Deklaracji Atlantyckiej. Rozstrzygnięcia co do układu stosunków pomiędzy państwami, szczególnie zaś kwestie granic pomiędzy nimi, muszą oczekiwać końca wojny". To ostatecznie uradowało premiera, który do Londynu wracał z poczuciem spełnionego obowiązku i tryumfu nad Moskwą. 14 kwietnia złożył sprawozdanie przed Radą Ministrów, z którego jasno wynikało, iż Amerykanie są teraz największymi sojusznikami Polski i nie dadzą jej uczynić krzywdy. Jednocześnie spore kontrowersje wzbudzała sprawa ewakuacji Armii Polskiej w ZSRR z terenów sowieckich. W lutym 1942 roku siły te liczyły już 73 415 żołnierzy, co znacznie przekraczało możliwości żywieniowe Sowietów. W związku z tym 10 marca szef zaopatrzenia Armii Czerwonej przekazał Andersowi informację, iż racje żywnościowe zostaną drastycznie zmniejszone. Po podsumowaniu danych okazało się, iż tylko 26 tys. ludzi może liczyć na pomoc radziecką. Anders interweniował w tej sprawie u Stalina, który 18 marca wyraził przypuszczenie, iż część wojsk powinna zostać ewakuowana do Iranu. Ostatecznie udało się uzyskać podwyższenie racji żywnościowych do 44 tys., natomiast 30 tys. żołnierzy miało zostać objętych ewakuacją. Rozpoczęto ją w najbliższym tygodniu i zakończono na początku kwietnia. Przebiegła ona bardzo sprawnie. Co więcej, radziecki dyktator zgodził się także na wywiezienie 12 tys. cywilów. Na tym skończyła się dobra wola Stalina, bowiem postanowił on zrealizować plan zlikwidowania polskiej misji wojskowej w ZSRR. 4 kwietnia rozpoczęto likwidację punktów werbunkowych, co rzekomo miało być jednym z ustaleń umowy z 18 marca. Mimo protestów strony polskiej, Sowieci realizowali swoją politykę. Kontrowersje wzbudził też fakt ewakuowania cywilów, czemu przeciwni byli Kot oraz Brytyjczycy. Anders postanowił więc zorganizować działania na własną rękę. To zapoczątkowało konflikt na linii Sikorski-Anders. Dowódca Armii Polskiej na Wschodzie wyrastał bowiem na jednego z przywódców wojska, odbierając Sikorskiemu zwolenników. Pierwsze niesnaski uwidoczniły się w dniach 24 i 27 kwietnia, kiedy to w Londynie Sikorski zorganizował odprawę dla dowódców. Anders opowiadał się za zmaksymalizowaniem wysiłku ewakuacyjnego, z kolei Sikorski chciał pozostawić część sił na froncie wschodnim. Ostatecznie 30 kwietnia Rada Ministrów przychyliła się do koncepcji premiera i stwierdziła, iż "w warunkach obecnych pozostawienie część Polskich Sił Zbrojnych na terytorium ZSRR i ich walka późniejsza obok armii sowieckiej z Niemcami na froncie wschodnim odpowiada interesom polskim oraz jest zgodna z polityką, której wyrazem był układ z 30 lipca 1941 roku". Zaostrzenie stosunków z Sowietami bezpośrednio przełożyło się na położenie mas ludności polskiej w ZSRR. Wprawdzie 30 kwietnia Rada Ministrów podejrzewała, iż Sowieci "nie będą czynili przeszkód w prowadzeniu dalszej rekrutacji, ewakuacji żołnierzy i ochotników do Wojska Polskiego", jednakże już 13 maja Stalin ogłosił, iż ewakuacja została zakończona a dalszy zaciąg do Armii Polskiej na Wschodzie nie jest możliwy. To wywołało burzliwe dyskusje w Radzie Ministrów, która w tydzień później spotkała się dwukrotnie. W tym samym okresie do Londynu przybył Mołotow, któremu Churchill proponował rozwiązanie problemu Polaków dzięki przeniesieniu ich sił zbrojnych do Iranu i przyłączenie ich do jednostek brytyjskich. Początkowo jednak Sowieci nie wyrazili zgody na podobne inicjatywy. Tymczasem meldunki Andersa były coraz bardziej niepokojące. 7 czerwca nazywał stan swoich sił "katastrofalnym" i żądał jak najszybszej ewakuacji. Sikorski nie mógł na to wyrazić zgody, było to zresztą sprzeczne z jego poglądami na sprawę. Uważał, iż to Anders jest winowajcą całego zamieszania i obarczył go zadaniem, "aby sprawa wojska polskiego w Rosji nie została zwichnięta". A sprawy Polaków komplikowały się tam bardzo mocno. W czerwcu Sowieci przystąpili do likwidacji polskich delegatur, aresztowali przy tym wysłanników Rządu Emigracyjnego, oskarżając ich o najróżniejsze przewinienia. Wreszcie 20 lipca Andriej Wyszyński poinformował stronę polską, iż dalsze istnienie delegatur jest nie do przyjęcia.

Nie od razu strona radziecka wyraziła zgodę na dalszą ewakuację sił polskich. Dopiero na początku lipca zapadła ostateczna decyzja odnośnie przemieszczenia Armii Polskiej na Wschodzie do Iranu. W całym zamieszaniu spory udział mieli Brytyjczycy, realizując jednocześnie własną politykę wspierania militarnego nadszarpniętych sił Imperium. 2 lipca rząd brytyjski przekazał Raczyńskiemu informację o zgodzie Stalina. 6 lipca Rada Ministrów zatwierdziła projekt operacji. Jednocześnie przystąpiono do zmian personalnych - 13 lipca ambasadę w ZSRR opuścił Stanisław Kot, a na jego miejsce w październiku przysłano zaufanego współpracownika Sikorskiego, Tadeusza Romera. Tymczasowo placówką kierował Henryk Sokolnicki. 10 lipca Churchill, w liście do Stalina, wyraził podziękowanie odnośnie zgody dyktatora: "[dziękuję] za trzy polskie dywizje, które Pan tak uprzejmie ofiarował [...] mam nadzieję, że wysunięty przez Pana projekt, który wysoce cenimy, nie będzie zaniechany". 31 lipca w Taszkiencie odbyła się kolejna już polsko-radziecka konferencja wojskowa. Dokładnie w rok po podpisaniu układu Sikorski-Majski nastroje były zgoła odmienne. Wprawdzie Sowieci zgadzali się na ewakuację, ale winę za ochłodzenie wzajemnych stosunków zrzucali na Polaków: "rząd polski wbrew umowie między ZSRR a Polską nie uważa za możliwe użyć na froncie niemiecko-radzieckim oddziałów polskich formowanych w ZSRR". To skłoniło Sowietów do odrzucenia propozycji Sikorskiego, aby pozostawić w ZSRR sztab Armii Polskiej na Wschodzie "dla przeprowadzenia dalszego poboru obywateli polskich do Armii Polskiej". Ewakuację przeprowadzono w dniach 5-26 sierpnia i objęła ona blisko 45 tys. żołnierzy, oficerów i kobiecych służb pomocniczych oraz 25,5 tys. cywilów, dla których ucieczka z "nieludzkiej ziemi" była jedynym ratunkiem. Za cenę ratowania Polskich Sił Zbrojnych Polacy utracili możliwość formowania dalszych jednostek i poboru w ZSRR, co wyrażała nota Moskwy z 31 października: "[Rząd Emigracyjny] odmówił użycia na froncie przeciw Niemcom wojska polskiego ramię przy ramieniu z dywizjami radzieckimi, a tym samym uchylił się od wypełnienia przyjętych na siebie zobowiązań. Rząd polski ponosi wobec tego całkowitą odpowiedzialność za przerwanie dalszej organizacji swej armii na terytorium ZSRR spośród obywateli polskich znajdujących się w Związku Radzieckim". Jednocześnie z ochłodzeniem relacji polsko-radzieckich, nastąpił kryzys w stosunkach z innymi państwami sojuszniczymi. Warto wspomnieć, iż od początku roku trwała aktywna współpraca mniejszych państw koalicji alianckiej, a na jesieni widoczne było wzmocnienie więzi łączących rozmówców, czego orędownikiem był Sikorski. Rządy Polski, Czechosłowacji, Belgii, Grecji, Holandii, Jugosławii, Luksemburga i Norwegii podjęły się prób budowania koalicji - przeciwwagi dla siły potężniejszych sprzymierzeńców. Wkrótce do ósemki włączono jeszcze Wolnych Francuzów Charlesa de Gaulle'a. Niestety, mimo iż od 23 października działał stały komitet ministrów spraw zagranicznych, a przedstawiciele rządów odbywali regularne spotkania, sojusz został zaprzepaszczony, w dużej mierze za sprawą Polaków. Coraz gorsze stosunki z koalicjantami były konsekwencją tarć z Moskwą. Ostateczny rozkład dziewiątki nastąpił w styczniu 1943 roku, kiedy to Sikorski skompromitował się wystąpieniem na forum przedstawicieli rządów. Okazało się, iż polskie plany nie są zgodne z założeniami dyplomacji innych krajów i podporządkowanie przymierza Polakom nie wchodzi w grę. Gwoździem do trumny było styczniowe przemówienie Sikorskiego, który powracając ze Stanów Zjednoczonych przedstawił siebie jako jedynego orędownika spraw mniejszych aliantów w USA. Jego trzecia podróż do Ameryki Północnej odbyła się w dniach 1 grudnia 1942 - 10 stycznia 1943 roku. Co ciekawe, zanim Sikorski doleciał do Waszyngtonu, przeżył dziwny wypadek lotniczy. W Montrealu jego samolot lądował z uszkodzonym nadwoziem, co nasunęło przypuszczenia celowego sabotażu. Była to pierwsza niepokojąca oznaka możliwości dokonania zamachu na polskiego premiera. Teoria ta znalazła później wielu zwolenników. Sam Sumner Welles wypowiedział się w sprawie dość jednoznacznie: "Nasza tajna policja twierdzi, iż był to wyraźny akt sabotażu. Generał i jego towarzysze uniknęli śmierci cudem". Na razie jednak Sikorski stanął przed Rooseveltem, który nagle zdał sobie sprawę, iż jego dotychczasowa polityka prowadzona była w zły sposób względem Związku Radzieckiego. Sukcesy Armii Czerwonej spowodowały załamanie antyradzieckiego bloku w USA i skłoniły Roosevelta do zweryfikowania dotychczasowych stosunków z Sowietami. Departament Stanu w memorandum z 9 grudnia zauważa, iż "istnieją pewne szanse, iż Związek Radziecki poniecha swej poprzedniej wrogości wobec państw niesocjalistycznych i we własnym interesie narodowym i państwowym będzie skłonny współpracować na szczerych i rzeczowych podstawach w planowaniu pokojowej i ustabilizowanej Europy". Amerykanie zauważyli również, iż pozycja Brytyjczyków jest mocno zagrożona i to oni stają się teraz jedynym równorzędnym dla Stalina partnerem rozmów. To oczywiście musiało wpłynąć na kształt spotkań z Sikorskim. 4 grudnia Sumner Welles otrzymał od premiera Rządu Emigracyjnego memoriał "The western boundaries of Poland", który poruszał ustalenia powzięte przez Radę Ministrów 7 października, dotyczące zachodniej granicy Rzeczpospolitej opartej na Odrze z przyłączeniem Gdańska i Prus Wschodnich. Jednocześnie podobny dokument przekazano Brytyjczykom. Jego autorstwo przypisuje się ministrowi Seydzie oraz Józefowi Lipskiemu. Propozycje Polaków kwitowano w Stanach Zjednoczonych posądzeniem o ostry nacjonalizm i niezgodność z ustaleniami Karty Atlantyckiej. 2 grudnia Sikorski został zaproszony do Roosevelta na obiad. Podczas spotkania poruszono różne kwestie, od spraw granicznych, poprzez militarne aż po politykę użycia podziemnych sił zbrojnych rozmieszczonych na terenie różnych krajów sojuszniczych. Z Rooseveltem spotykał się jeszcze w dniach 3-4 grudnia oraz 3 stycznia 1943 roku. Dyskutowano wielokrotnie nad kwestią powrotu Rzeczypospolitej nad Odrę i Nysę Łużycką. Interesujące były także plany Sikorskiego dotyczące powojennej okupacji wschodnich terenów niemieckich przez siły polskie i czechosłowackie. Projekt ten zyskał sobie uznanie Roosevelta, a sam Sikorski stał się w oczach Amerykanów głównym inicjatorem nowej myśli politycznej zakładającej przesunięcie Polski ze wschodu na zachód. Uznanie uznaniem, ale deklaracji Stany Zjednoczone nie złożyły. 4 stycznia Sumner Welles wymijająco stwierdził: "Ani prezydent, ani rząd z braku porozumienia z innymi sojusznikami, jak również dla względów wewnętrznych, nie mogą składać oświadczeń wiążących, na przykład co do granic zachodnich Polski, i nie mogą również zobowiązać się co do integralności granic". Nie przeszkodziło to stwierdzić Lipskiemu, iż Sikorski jest pewny "o życzliwości prezydenta i rządu do postulatów polskich". W podobnym tonie wypowiadał się premier Rządu Emigracyjnego na spotkaniu Rady Ministrów w dniu 21 stycznia 1943 roku. Był zatem pewien, że "możemy niewątpliwie liczyć na poparcie Roosevelta i jego rządu nie tylko wobec Rosji, lecz i wobec tak ulegającej dotychczas presjom sowieckim Wielkiej Brytanii". Jakże inaczej wyglądało stanowisko Roosevelta przedstawione Anthony'emu Edenowi w dniach 12-30 marca 1943 roku. Prezydent uważał, iż granice zachodnie na Odrze zrekompensują straty polskie na wschodzie. W perspektywie liczono się zatem, iż linia Curzona zostanie przez Sowietów osiągnięta, i to za zgodą Polaków. To samo stanowisko zajął Roosevelt w depeszy do Churchilla z 16 marca. Wreszcie Eden porozumiał się 29 marca z Maksymem Litwinowem, któremu powiedział, iż Stany Zjednoczone wyrażą zgodę na zajęcie terytoriów wschodnich Rzeczypospolitej przez Związek Radziecki. Na początku kwietnia Eden rozmawiał w tej kwestii z Majskim i po raz kolejny przekazał niepokojące Polaków informacje. Wiadomości o uległości Roosevelta dotarły bowiem do ambasady polskiej w Waszyngtonie. Stamtąd poinformowano Rząd Emigracyjny, iż Roosevelt zgodził się na aneksję ziem wschodnich RP oraz republik nadbałtyckich przez ZSRR. Stosunki polsko-radzieckie uległy w tym czasie dalszemu oziębieniu, choć punkt kulminacyjny sporów dopiero miał nadejść. 16 stycznia Ludowy Komisariat Spraw Zagranicznych ZSRR poinformował polską ambasadę, iż mieszkańcy zachodniej Ukrainy i Białorusi są obywatelami radzieckimi. Co więcej, uznano, iż nota z 1 grudnia 1941 roku, w której wyłączano osoby narodowości polskiej, traci moc. 25 lutego Romer spotkał się z Mołotowem. Nazajutrz został zaproszony do Stalina. Rozmowy przebiegły w dobrej atmosferze, choć oświadczenie Rady Ministrów z 25 lutego o niepodzielności terytorium Rzeczypospolitej oraz napiętnowaniu działań przeciwko obywatelom polskim mąciło wizerunek sielanki. Wreszcie 1 marca na notę Rządu Emigracyjnego zareagowała radziecka agencja TASS, która opublikowała ostre oświadczenie. Zaogniło to stosunki polsko-radzieckie, gdyż na atak replikowała polska PAT. Wydawało się, iż jest to największy dotychczasowy kryzys na linii Rząd Emigracyjny - Moskwa. Tymczasem w nocy z 12 na 13 kwietnia berlińskie radio podało sensacyjną informację.

Sprawy stosunków polsko-radzieckich wyglądały w tym czasie tragicznie. 31 marca podsekretarz stanu, Alexander Cadogan, w liście do Churchilla wyraził obawę wywołaną rozmową z ministrem Raczyński: "Sytuacja jest tak poważna, że szef polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych ostrzegł ambasadora Jego Królewskiej Mości, iż rząd polski może być zmuszonym zerwać stosunki dyplomatyczne z rządem sowieckim. Ze swej strony oczywiście staramy się zniechęcić ich przed jakąś pochopną akcją tego rodzaju". Atmosfera w kręgach polskiej emigracji dojrzała do otwartego buntu przeciwko polityce sowieckiej. Raczyński oczekiwał interwencji brytyjskiej, ale nie miał wątpliwości, iż otwarty konflikt może być nieunikniony: "Dopiero około 10 kwietnia Foreign Office zawiadomiło mnie poufnie, że interwencja brytyjska jest w zasadzie postanowiona, przyjęta przez gabinet i że już się robi przygotowania szczegółowe. Czas był wielki ku temu. Wzburzenie wśród Polaków w Wielkiej Brytanii i na Środkowym Wschodzie rosło z powodu zamknięcia wyjazdu rodzin wojskowych polskich, sierot i dzieci. Dokoła gen. Andersa w obozie na północ od Bagdadu zagęszczała się atmosfera rozgoryczenia, niemal atmosfera rokoszu". Faktycznie sytuacja była napięta, bowiem żołnierze Andersa coraz bardziej nieufnie patrzyli na poczynania gabinetu Sikorskiego, w czym niepośledni udział miał sam Anders i wydawana przez jego sztab gazetka "Orzeł Biały". 12 kwietnia do Sikorskiego doszedł list Roosevelta, w którym czytamy: "Zgadzam się z Panem, iż jest rzeczą ważną utrzymanie trwałej jedności Narodów Zjednoczonych, cieszy mnie również to, że zarówno Pan, jak i rząd polski, zdecydowani są uczynić wszystko, co w ich mocy, by nie dopuścić do zerwania stosunków ze Związkiem Radzieckim". Słowa te zostały wypowiedziane w złej godzinie. W nocy berlińskie radio poinformowało o odkryciu w Lesie Katyńskim masowych grobów polskich oficerów pomordowanych przez Sowietów wiosną 1940 roku. Nie ulegało wątpliwości, iż propaganda Goebbelsa chce dokonać poważnego rozłamu w koalicji alianckiej. Z drugiej jednak strony rozwiązała się zagadka zaginionych w dziwnych okolicznościach oficerów Wojska Polskiego więzionych przez Sowietów w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Podpytywany o nich w 1942 roku Stalin twierdził, iż poszukiwani uciekli. Na pytanie Andersa, dokąd się udali, padła pokrętna odpowiedź, iż do Mandżurii. Nagle wszystko zaczęło pasować - urwanie się listów do rodzin zaginionych, brak kontaktu od czasów rzekomej amnestii gwarantowanej układem Sikorski-Majski. Informacja Niemców zelektryzowała wszystkich koalicjantów. Radzieckie Biuro Informacyjne 15 kwietnia postanowiło udzielić wyjaśnień: "[Doniesienia] nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do tragicznego losu dawnych polskich jeńców wojennych, którzy znajdowali się w 1941 roku w rejonach położonych na zachód od Smoleńska na robotach budowlanych i wraz z wieloma ludźmi radzieckimi, mieszkańcami obwodu smoleńskiego, wpadli w ręce niemieckich katów faszystowskich w lecie roku 1941, po wycofaniu się wojsk radzieckich z rejonu Smoleńska. Nie ulega żadnej wątpliwości, że goebbelsowscy oszczercy usiłują teraz za pomocą kłamstw i oszczerstw zatrzeć krwawe zbrodnie zbirów hitlerowskich". Faktem było, iż Goebbels dostał do rąk znakomity materiał propagandowy. Sam zresztą pisał: "Cała sprawa Katynia staje się olbrzymią polityczną bombą, która w odpowiednich warunkach wywoływać będzie jeszcze poważne fale". 15 kwietnia Sikorski spotkał się z Churchillem. Ten poruszył kwestię porozumienia ze Stalinem, obiecując mediacje. Stwierdził także, iż umarłych nikt nie wskrzesi i roztrząsanie problemu przyniesie więcej szkody niż pożytku. Nazajutrz jednak Rząd Emigracyjny skierował do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie prośbę o zbadanie sprawy i zidentyfikowanie zwłok. Pech chciał, iż tego samego dnia rząd III Rzeszy także skierował wniosek do Genewy. To dało do ręki Sowietów poważny argument, iż rząd polski i niemiecki są w zmowie. Wprawdzie MCK zaniechał dochodzenia, jednakże radzieckie oskarżenia poszły w świat. 20 kwietnia Polacy skierowali zapytanie do ambasadora Bogomołowa. Churchill próbował ratować sprawę i po raz kolejny zaoferował się z misją przywrócenia normalnych stosunków dyplomatycznych między obydwoma rządami. Ale było już za późno, gdyż działanie niemieckie uruchomiło potężną falę komplikacji międzynarodowych. 21 kwietnia w liście do premiera brytyjskiego Stalin zauważył: "Postępowanie rządu polskiego wobec ZSRR w ostatnich czasach rząd radziecki uważa za całkowicie nienormalne i naruszające wszelkie zasady i normy przyjęte w stosunkach między dwoma państwami sojuszniczymi". Nota do Bogomołowa dotarła dopiero 22 kwietnia i choć Polacy żądali wyjaśnień, nie otrzymali ich, a Stalin kwitował list do Churchilla: "rząd radziecki doszedł do wniosku o konieczności zerwania stosunków z tym rządem". Minister Eden i premier Churchill nakłaniali Sikorskiego do zmiany polityki względem Sowietów i wycofania wniosku z Genewy. Wprawdzie Rząd Emigracyjny potępił Niemców za próby czerpania korzyści z tragedii polskich oficerów, jednakże wniosku nie wycofał. Nie uległ presji sam Sikorski, choć Eden ostrzegał go: "Rosja zrzuca na Was całą odpowiedzialność za zerwanie stosunków. Nie ufajcie natomiast tym, którzy Was judzą tu i w Stanach Zjednoczonych przeciw Rosji, z którą musicie dojść do zgody w swoim interesie". Wreszcie w nocy z 25 na 26 kwietnia Stalin postanowił zakończyć farsę pod tytułem "Zerwanie stosunków". Ambasadorowi Romerowi odczytano notę, która zawierała rozmaite bzdury na temat wspólnych stosunków i oskarżała Polaków i Niemców o całe zajście: "oszczercza kampania, rozpoczęta przez niemieckich faszystów z powodu oficerów polskich zabitych przez nich samych w rejonie Smoleńska [...] została natychmiast podchwycona przez Rząd Polski i jest wszelkimi sposobami podsycana przez oficjalną prasę polską. Rząd Polski nie tylko nie przeciwstawił się nikczemnemu faszystowskiemu oszczerstwu przeciwko ZSRR, ale nawet nie uważał za stosowne zwrócić się do Rządu Radzieckiego z jakimikolwiek zapytaniami lub wyjaśnieniami w tej sprawie [...] Okoliczność, że wroga kampania przeciwko Związkowi Radzieckiemu została rozpoczęta jednocześnie w prasie niemieckiej i polskiej i prowadzona jest w tej samej płaszczyźnie, nie pozostawia wątpliwości, że między wrogiem sprzymierzonych - Hitlerem - a Rządem Polskim istnieje kontakt i zmowa w prowadzeniu tej wrogiej kampanii [...] Na podstawie tego wszystkiego Rząd Radziecki postanowił zawiesić stosunki z Rządem Polskim". Rząd Emigracyjny replikował dość łagodnym w swej wymowie tekstem, uzgodnionym zresztą z Anglikami. Reakcje Amerykanów na zbrodnię katyńską także nie były pozytywne dla Polaków. Ambasador Stanów Zjednoczonych przy Rządzie Emigracyjnym, Anthony Drexell-Biddle, stwierdził 2 maja: "Fakt, iż przed ogłoszeniem komunikatu rząd polski nie konsultował się ani z Londynem, ani z Waszyngtonem, wywołał wrażenie, że rząd ten woli nie porozumiewać się z nami, gdy zamierza powodować trudności, natomiast wówczas, kiedy popadnie w tarapaty, chce, żebyśmy go ratowali". Jakby tego było mało, źle ułożyły się relacje z sojusznikiem czechosłowackim. Wprawdzie ochłodzenie wzajemnych stosunków nastąpiło wcześniej, jednakże otwartą wrogość notowano dopiero od maja 1943 roku. 15 maja rząd Beneša zgłosił oficjalny protest przeciwko roszczeniom terytorialnym strony polskiej. 25 maja odpowiedział na zarzuty Raczyński, który wyraził gotowość strony polskiej do podjęcia dalszych rozmów o projekcie federacyjnym. 8 czerwca z podobnym wnioskiem wystąpiła Rada Narodowa, uchwalając odpowiednią rezolucję. Niestety, Czechosłowacja nie chciała już mieszać się w związki z Polakami, prowadząc od tej pory politykę zbliżenia ze Związkiem Radzieckim. Sikorski pozostawał sam na europejskiej scenie politycznej. Co gorsza, zarówno Amerykanie, jak i Brytyjczycy postanowili trzymać stronę Sowietów w sporze o Katyń. Ambasador brytyjski przy Rządzie Emigracyjnym, Owen O'Malley sporządził 24 maja raport dla Edena, z którego jasno wynikało, kto jest odpowiedzialnym śmierci polskich oficerów. Komentarz Cadogana także nie pozostawiał wątpliwości: "Na podstawie świadectw, które mamy, trudno jest uciec przed obwinieniem Rosjan [...] Oczywiście nie możemy obecnie nic zrobić w tej sprawie". Rząd Emigracyjny mógł być także zaniepokojony doniesieniami ze Związku Radzieckiego, gdzie coraz prężniej poczynał sobie zależny od Kremla Związek Patriotów Polskich kierowany przez Wandę Wasilewską. 28 kwietnia przewodnicząca związku mówiła przed radio, iż "emigracyjny rząd gen. Sikorskiego nie reprezentuje narodu polskiego". Było jasnym, iż w Moskwie formowana jest alternatywna forma rządu, który w stosownej chwili może ubiegać się o władzę. Co więcej, z ramienia Związku Patriotów Polskich przystąpiono do budowania Armii Polskiej w ZSRR, tym razem bez wpływu Rządu Emigracyjnego. Jej poczynaniami miał kierować dezerter z armii Andersa, ppłk Zygmunt Berling, który w Ludowym Wojsku Polskim szybko awansował i dosłużył się rangi generała. 4 maja przystąpiono w Sielcach nad Oką do budowania 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Było to jawne pogwałcenie suwerenności narodu polskiego. Dlatego też 13 maja do Foreign Office i Departamentu Stanu wpłynęły noty protestacyjne uchwalone przez Radę Ministrów Rządu Emigracyjnego. Kwestię tworzenia zalążka władz polskich w ZSRR poruszył ambasador brytyjski w Moskwie, Clark-Kerr, który 19 maja spotkał się z Mołotowem. Minister spraw zagranicznych Związku Radzieckiego zaprzeczył jednak, iż Związek Patriotów Polskich jest organizacją polityczną kierowaną przez Moskwę. Tymczasem sam związek został założony na drodze formalnej, do tej pory jego działalność opierała się na nieformalnych inicjatywach. W początkach czerwca uchwalono statut oraz program działania. W deklaracji ostro zaatakowano Rząd Emigracyjny i oskarżono o sanacyjne powiązania: "stał się faktycznym spadkobiercą i kontynuatorem polityki, która już raz doprowadziła Polskę do zguby". Jednocześnie niezwykle ciepło wypowiadano się o sojuszniku radzieckim i kwestionowano polskość granicy wschodniej opartej na traktacie ryskim: "Wyznając zasadę, że całość ziem polskich musi być zjednoczona w granicach państwa polskiego, uważamy, że granice traktatu ryskiego nie odpowiadały uprawnionym dążeniom Ukraińców i Białorusinów do własnego zjednoczenia narodowego. Zgodnie z zasadami wolności, o które zjednoczone narody walczą przeciwko hitleryzmowi, nie żądamy dla siebie ani jednej piędzi ziemi ukraińskiej, białoruskiej czy litewskiej". To już był jawny zamach na wartości, które wyznawał Rząd Emigracyjny. Odpowiadało to polityce Stalina i Churchilla, który proponował sowieckiemu dyktatorowi reorganizację Rządu Emigracyjnego. Kwestię tę postanowiono odłożyć do powrotu gen. Sikorskiego z podróży na Bliski Wschód, gdzie wizytować miał on polskie jednostki oraz starać się przezwyciężyć kryzys w stosunkach z gen. Andersem. Podniesienie zaufania żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych do Rządu Emigracyjnego miało, w mniemaniu Rady Ministrów, przełożyć się na prestiż samego Sikorskiego i pozycję Polski w koalicji alianckiej.

Wyprawa Sikorskiego na Bliski Wschód rozpoczęła się 24 maja, kiedy to na pokładzie wojskowego Liberatora kierowanego przez czeskiego pilota Edwarda Prchala odleciał z Londynu. Trasa wiodła przez Gibraltar, brytyjską bazę morską. W chwili, gdy samolot powinien lądować w Gibraltarze, kilku polskich dyplomatów odebrało dziwne telefony informujące ich o katastrofie lotniczej i śmierci gen. Sikorskiego. O całej sprawie oczywiście powiadomiono sojuszników, jednakże ci nie znaleźli winnych makabrycznego dowcipu lub ewentualnego zamachu. Tak czy inaczej niesmak pozostał i zrodził później rozmaite domysły i teorie spiskowe. Początkowo jednak podróż Sikorskiego przebiegała bez kłopotów. Premier jednak ciągle nie miał dobrego humoru, co zauważyło jego najbliższe otoczenie. Był jakby przygnębiony i zmartwiony, z dużym niepokojem wypowiadał się na temat przyszłości, choć w ostatnim przemówieniu dla Rady Ministrów twierdził, iż pozycja Polski w koalicji alianckiej jest silna i niezachwiana. Po krótkim pobyciu w Kairze dotarł do Iraku, gdzie bawił kilkanaście czerwcowych dni. Spożytkował ten czas na spotkania z żołnierzami oraz gen. Andersem. Wizyta u Armii Polskiej na Wschodzie uświadomiła mu, iż wciąż uznawany jest za największy autorytet emigracji, a żołnierze są mu posłuszni. O buncie nie było mowy, tym bardziej o spiskach, czemu wyraz dał Anders w poufnej rozmowie z Sikorskim. Notował później: "Wyjaśniłem gen. Sikorskiemu, że to, co mu mówiono, nie odpowiada rzeczywistości, że gdy będzie wśród wojska, sam się najlepiej zorientuje w nastrojach, że włos mu z głowy nie spadnie w czasie pobytu wśród armii polskiej na Wschodzie [...] Gen. Sikorski uspokoił się, jak już nieraz się zdarzało, natychmiast i całkowicie, i nastrój rozmowy stał się szczery i serdeczny". Ostatecznie wizyta w Iraku, a później Bejrucie zakończyła się sukcesem politycznym i wojskowym Sikorskiego. Podczas powrotu do Gibraltaru premier znowu urządził sobie krótki postój w Kairze. Oczekiwał również na wieści od Churchilla. Gdy 30 czerwca otrzymał depeszę, w której czytamy: "Cieszę się, słysząc od Caseya o ogólnym sukcesie pańskiej wizyty. Miło mi będzie powitać pana w Anglii", prezes Rządu Emigracyjnego poweselał. Być może pod wpływem ciężkich przeżyć emocjonalnych spowodowanych wydarzeniami ostatnich tygodni z przesadną radością podchodził do kurtuazyjnych słów premiera. Ale z drugiej strony mógł też wiedzieć, iż stosunki na linii Churchill-Stalin zaczęły układać się coraz gorzej. W ostatnich dniach czerwca trwała wymiana ostrych uwag pomiędzy przywódcami koalicji alianckiej - Stalin naciskał na mocarstwa zachodnie, aby te szybko otworzyły drugi front, Churchill odmawiał i przypomniał, iż to dzięki pomocy brytyjskiej Sowieci byli i są w stanie bronić się przed Niemcami. Zmiana w zachowaniu Sikorskiego była widoczna. Tadeusz Romer zanotował: "Był znowu w całej pełni dynamicznym mężem stanu, pełnym żaru i pomysłowości. Wiało od niego optymizmem. Czyżby przyśnił mu się niedawny wieczór, który tak wbił mu się w pamięć"? 3 lipca Sikorski przybył z Kairu do Gibraltaru. Nazajutrz miał wyruszyć do Londynu. W bazie mogło dojść do przykrych incydentów, bowiem w tym samym czasie przebywał tam Iwan Majski. Gospodarze nie dopuścili jednak do przypadkowego spotkania obu polityków. Krótko po 23.00 Liberator poderwał się z gibraltarskiego lotniska. Lot trwał tylko kilkadziesiąt sekund, bowiem maszyna szybko zaczęła opadać i z ogromnym łoskotem uderzyła w taflę wody. Okazało się, iż z katastrofy cało wyszedł jedynie pilot Prchal, którego uratowała kamizelka. Sikorski, jego współpracownicy i córka zginęli. Wiadomość o śmierci szefa Rządu Emigracyjnego zelektryzowała cały świat. Agencje prasowe prześcigały się w doniesieniach na temat śmierci Sikorskiego, a wokół sprawy szybko zaczęła narastać kryminalna otoczka. Domyślano się, iż katastrofa samolotu spowodowana była dywersją. Wnioski te nasuwały się same, jeśli przeanalizować poprzednie przykre przygody Sikorskiego z samolotami, kiedy ocierał się o śmierć. Do podobnego zdania doszli Niemcy, ogłaszając szybko propagandowy komunikat w gazetach i radiu. Berlińska rozgłośnia posunęła się nawet do pierwszych oskarżeń: "Ostatnia ofiara Katynia! Sikorski zamordowany przez Londyn!" Czy było w tym ziarno prawdy? Tego nie wiemy, ale możemy się domyślać, iż wielu ucieszyło się z nagłej śmierci premiera Rządu Emigracyjnego, którego polityka wielu osobom nie sprzyjała. Niestety, ani wyniki śledztwa, ani późniejsze dochodzenia nie wyjaśniły, co tak naprawdę stało się na pokładzie Liberatora, a teorie spiskowe, nawet najbardziej prawdopodobne, nie znalazły rzeczowego potwierdzenia. W Londynie wrzało, bowiem do ostrej akcji przystąpiła opozycja. Nie przeszkodziło to prezydentowi Raczkiewiczowi mianować premierem Stanisława Mikołajczyka ze Stronnictwa Narodowego. Jednocześnie funkcję Naczelnego Wodza przejął gen. Kazimierz Sosnkowski. Obydwaj działacze reprezentowali odmienne linie polityczne. Byli też sobie niechętni, co od początku działalności nowego gabinetu stawiało pod znakiem zapytania kwestię współpracy politycznej i wojskowej. Sojusznicy Rządu Emigracyjnego przyjęli nominację Mikołajczyka z wyraźną ulgą. Sami zresztą domagali się tego od Raczkiewicza, obawiając, iż prezydent może powołać rząd Sosnkowskiego, który aspirował do prowadzenia nieustępliwej polityki Polaków. 27 lipca Mikołajczyk zaprezentował exposé przed Radą Narodową. Było ono z grubsza kopią polityki Sikorskiego i jego deklaracji programowej z 24 lutego 1942 roku, co oczywiście nie przypadło do gustu opozycjonistom. Znacznie lepiej przyjęli to alianci, dla których sprawa ułożenia stosunków polsko-radzieckich miała kluczowe znaczenie, a tego pragnął również Mikołajczyk. Zaniepokojenie zachodnich aliantów wzbudził fakt budowania w Związku Radzieckim nowej armii polskiej oraz Związku Patriotów Polskich, który aspirował do reprezentowania całego narodu polskiego. W sprawie tej interweniowano u Stalina, który jeszcze 4 maja uspokajająco odpowiadał: "Co się tyczy rozsiewanych przez hitlerowców pogłosek, jakoby w ZSRR tworzył się nowy rząd polski, to chyba wymysły te nie wymagają sprostowania. Nasz ambasador mówił już Panu o tym. To nie wyklucza możliwości podjęcia przez Wielką Brytanię, ZSRR i Stany Zjednoczone kroków dla ulepszenia składu obecnego rządu polskiego pod kątem umocnienia jednolitego frontu aliantów przeciw Hitlerowi". Ostatecznie do tak drastycznych kroków alianci nie byli zmuszeni, choć pozostał niesmak z coraz aktywniejszej polityki ZPP. Wydawało się, iż zapewnienia Stalina są mocno naciągane. Zachodni alianci nie byli jednak w stanie wpłynąć na politykę sowieckiego dyktatora, czemu wyraz dał Roosevelt w rozmowach z przedstawicielami Rządu Emigracyjnego. Ambasador polski w Waszyngtonie domagał się od prezydenta Stanów Zjednoczonych zdecydowanego poparcia polityki polskiej w sprawie granic wschodnich, na co doczekał się odpowiedzi: "Naturalnie, ale my nie możemy doprowadzić do wojny z Rosją".


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków