Volkslisty i przymusowe wcielenia do niemieckiej armii

Polska w czasie II wojny światowej


Z perspektywy kilkudziesięciu lat łatwo jest szafować wyrokami i oskarżeniami kierowanymi pod adresem Polaków, których zmuszano do podpisywania niemieckiej listy narodowściowej. Ich społeczny odbiór przez lata był naznaczony posądzeniem o kolaborację z okupantem. Tymczasem rzeczywistość nie była tak czarno-biała.

Niemiecka koncepcja germanizacji

Słowo ,,folksdojcz" (z niem. ,,Volksdeutsch", czyli etniczny, narodowy Niemiec) ma dzisiaj niemal wyłącznie negatywną konotację. Jest związane z określeniem, które w czasie niemieckiej okupacji było stosowane na opisanie Polaków (także Niemców o polskim obywatelstwie) wpisywanych na niemiecką listę narodowościową. Okupant starał się wynarodowić Polaków, prowadząc aktywną germanizację zarówno na terenach wcielonych do Rzeszy, jak i na obszarze Generalnego Gubernatorstwa. We wrześniu 1940 roku Niemcy rozpoczęli swoisty spis ludności, kwalifikując mieszkańców podbitych ziem polskich do czterech kategorii narodowościowych (na tzw. Volkslistach):
Kategoria 1 - osoby narodowości niemieckiej bezpośrednio zaangażowane w proces wspierania III Rzeszy;
Kategoria 2 - osoby narodowości niemieckiej sympatyzujące z III Rzeszą, ale zachowujące neutralność;
Kategoria 3 - osoby niemieckiego pochodzenia, wywodzące się z niemieckojęzycznej lub historycznie związanej z Niemcami mniejszości;
Kategoria 4 - osoby niemieckiego pochodzenia otwarcie deklarujące polskość;
Poza Volkslistą znaleźli się Polacy nieposiadający niemieckich korzeni. Na listy wpisywali się nie tylko zdeklarowani Niemcy sprzyjający reżimowi nazistowskiemu, ale i osoby, które w ten sposób chciały uchronić przed represjami siebie i rodzinę. Wpis gwarantował bowiem brak prześladowań ze strony władz niemieckich oraz nadanie niemieckiego obywatelstwa. Ratunek przed represjami obligował jednak często do służby w niemieckiej armii. W konsekwencji wielu Polaków, którzy podpisali listę służyło następnie wbrew swojej woli w Wehrmachcie. Odmowa służby groziła wyrokiem śmierci. Polacy wyjątkowo często dezerterowali z niemieckiej armii, by zasilić szeregi wojsk alianckich. Mimo tego Niemcy prowadzili szeroką akcję przymusowego wcielania do wojska. Objęła ona przede wszystkim mniejszości regionalne przedwojennej Polski historycznie związane z narodem niemieckim - Ślązaków, Kaszubów czy mieszkańców Warmii i Mazur. Określano ich zbiorowym terminem Wasserpolacken (z niem. ,,rozwodnieni Polacy"). Szacuje się, że w szeregach niemieckich mogło służyć nawet ponad 350 tys. osób polskiego pochodzenia, przy czym tylko co dziesiąty wyraził zgodę na zaciąg do armii (najczęściej Niemcy z polskim obywatelstwem). Blisko 90 tys. zdezerterowało przy nadarzającej się okazji i trafiło później do Polskich Sił Zbrojnych. Znaczna część Volksdeutschy została przekazana do zasilenia niemieckiego przemysłu zbrojnego - m.in. kilkadziesiąt tysięcy przedstawicieli kategorii 3 pracowało w Organizacji Todta.

Społeczny odbiór

Na Volksdeutschy patrzono w czasie II wojny światowej jak na zdrajców, choć ich postawy były z moralnego punktu widzenia dwuznaczne. W wielu wypadkach deklaracja polskości skutkowała karą śmierci, a nierzadko także prześladowaniami rodziny ,,renegata". W niektórych przypadkach Niemcy samorzutnie przypisywali ludności konkretną kategorię, zawyżając tym samym statystyki akcji germanizacyjnej. Ogółem na niemieckich listach narodowościowych znalazło się ponad 3 mln mieszkańców ziem wcielonych do Rzeszy, przy czym niecałe 0,5 mln przypadało na kategorię pierwszą. Obecnych na liście nie można z góry potępiać, gdyż każdy przypadek należałoby rozpatrzeć odrębnie, zwłaszcza w obliczu odgórnych wpisów dokonywanych przez niemieckich urzędników bez zgody samych zainteresowanych. Warto podkreślić, że wielu Polaków nie zdecydowało się na podpisanie Volkslisty, świadomie narażając się na konsekwencje odmowy. Jednym z najważniejszych przypadków była bohaterska postawa rodu żywieckich Habsburgów, którzy mimo austriackich korzeni dochowali wierności przybranej ojczyźnie.


Polecamy


Patronat


Recenzje