Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "W Armii Czerwonej trzeba mieć więcej odwagi, żeby się cofać, niż iść do przodu", Józef Stalin

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Rząd Polski na Emigracji
Alianci wobec Powstania Warszawskiego


Lipiec w Londynie był bardzo gorącym miesiącem. Dosłownie i w przenośni. Szczególna sytuacja polskiego Rządu Emigracyjnego spędzała sen z powiek nie tylko dyplomatom Rzeczypospolitej, ale i aliantom zachodnim. Zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie zdawali sobie sprawę, iż Polska bezpowrotnie utraciła tereny położone na wschód od linii Curzona, ponieważ tam lokowali się już Sowieci i podległa im administracja. Kwestią do rozwiązania pozostał problem ustalenia nowych władz w powojennym kraju. Jako że to Armii Czerwonej przypadło w udziale wyzwolenie ziem polskich, Związek Radziecki miał największy wpływ na kształtowanie powojennej rzeczywistości w Rzeczypospolitej. Sprawy wymykały się spod kontroli Rządu Emigracyjnego oraz jego krajowej reprezentacji, która od początku roku zaciekle rywalizowała o prymat z Krajową Radą Narodową, utworzoną z ramienia komunistów. Tymczasem delegacja przywódców organizacji uzurpującej sobie prawo do reprezentowania narodu polskiego, przybyła w maju do Moskwy, gdzie podejmował ją Stalin. Polacy zdecydowanie opowiedzieli się za sojuszem ze Związkiem Radzieckim oraz odrzucili jakiekolwiek zwierzchnictwo Rządu Emigracyjnego. Starali się pokazać siebie jako niezależny ośrodek władzy, który cieszy się szerokim poparciem mas ludności, co zresztą bezpośrednio stwierdzili w rozmowie z sowieckim dyktatorem. Edward Osóbka-Morawski, przewodniczący delegacji, oświadczył 19 maja: "Przybyliśmy, aby nawiązać stosunki z rządami sojuszniczymi". 28 maja Związek Patriotów Polskich udzielił pełnego poparcia Krajowej Radzie Narodowej. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż obie organizacje sterowane były przez Moskwę, choć może w przypadku KRN były to manipulacje na mniejszą skalę. Gdy 6 lipca do Moskwy przybyła kolejna delegacja, tym razem dowództwa Armii Ludowej z gen. Michałem Rolą-Żymierskim na czele, było jasne, iż stworzony został potężny front mający oparcie w Moskwie, którego głównym celem było zdetronizowanie Rządu Emigracyjnego. Rzeczywiście, 22 lipca utworzony został Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który Kreml zainstalował w wyzwolonym niedawno przez Armię Czerwoną Lublinie. Tego samego dnia moskiewskie radio poinformowało świat o powstaniu nowego ośrodka polskiej władzy. Co więcej, PKWN natychmiast podjął się rozmów z Sowietami, zakończonych podpisaniem porozumienia w dniach 26-27 lipca, które ostatecznie przekreślało politykę prowadzoną przez Mikołajczyka i jego poprzednika. Jednym z głównych ustaleń dokumentu była weryfikacja graniczna z pozostawieniem linii Curzona jako linii oddzielającej ziemie polskie od radzieckich. Zaniepokojony rozwojem wydarzeń w kraju Mikołajczyk coraz usilniej zabiegał o interwencję Churchilla i Roosevelta. Premier brytyjski jeszcze 20 lipca zwrócił się z listowną prośbą do Stalina: "Gdyby Mikołajczyk poprosił o zezwolenie na wizytę u Pana, to mam nadzieję, że wyrazi Pan zgodę". W trzy dni później sowiecki dyktator replikował: "Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego zamierza przystąpić do tworzenia administracji na polskim terytorium i mam nadzieję, że to zrealizuje". Dalej mówił, iż jest zdecydowany przyjąć Mikołajczyka w Moskwie, choć zastrzegał, iż dla członków PKWN widzi miejsce w przyszłym rządzie Rzeczypospolitej. W tym czasie PKWN rozwijał prężną działalność, co skłoniło Rząd Emigracyjny do zwrócenia uwagi sojuszników na nielegalność takich posunięć. 24 lipca minister Romer przekazał Brytyjczykom memoriał sporządzony przez Radę Ministrów, który w pełni wyrażał obawy gabinetu Mikołajczyka. Alianci nie traktowali jednak serio zastrzeżeń Polaków. Churchill wolał, aby sprawa rozwiązała się sama dzięki wyjazdowi Mikołajczyka do Moskwy. Nazajutrz poinformował Stalina, iż 26 lipca w nocy premier Rządu Emigracyjnego wyjedzie z Londynu. Gdy Mikołajczyk wyleciał do Moskwy, Churchill pisał jeszcze: "Jestem pewien, że pan Mikołajczyk bardzo pragnie pomóc sprawie zjednoczenia wszystkich Polaków na podstawie tych wytycznych, co do których, jak sadzę, Pan, ja i Prezydent byliśmy zgodni. Sądzę, że Polacy przyjaźnie usposobieni do Rosji, powinni zjednoczyć się z Polakami przyjaźnie usposobionymi wobec Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, tak aby stworzyć silną, wolną i niepodległą Polskę [...] Byłoby bardzo pożałowania godne, a nawet byłoby nieszczęściem, gdyby zachodnie demokracje uznały jeden organ władzy Polaków, a Wy uznalibyście inny". Churchill wyrażał zatem możliwość utworzenia wspólnego rządu opartego na przedstawicielstwie obu stronnictw. Brał także pod uwagę możliwość powstania dwuwładzy na ziemiach polskich, co oczywiście rozbijałoby odbudowywane państwo od środka. Wydawało się, iż przyjęte zostanie rozwiązanie podziału miejsc rządowych pół na pół, co byłoby najrealniejszym połączeniem dwóch ośrodków władzy. 26 lipca Mikołajczyk był już w drodze do Moskwy. W tym samym czasie wysłał do Warszawy depeszę adresowaną do delegata Jankowskiego, upoważniając go do podjęcia decyzji o wybuchu powstania w okupowanym kraju. Jeszcze tego samego dnia Polskie Podziemie odpowiedziało premierowi depeszą o bardzo optymistycznej wymowie. Zakładano, iż poczynione przygotowania są wystarczające do opanowania Warszawy, przed którą stały już siły Armii Czerwonej. Mikołajczyk, lecąc do Moskwy, z pewnością podejrzewał, iż zwycięskie powstanie byłoby mocnym atutem w rozmowach ze Stalinem. Nie wiedział tylko, jak naprawdę wyglądać będą kwestie militarne w kraju. W Kairze, gdzie odbyło się międzylądowanie samolotu z Mikołajczykiem na pokładzie, premier spotkał się z Tomaszem Arciszewskim i Józefem Retingerem, z którymi przedyskutował zbliżającą się wizytę w Moskwie. Także tam dotarła do niego wiadomość o podpisaniu układów między Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a rządem radzieckim, co mocno zniechęciło szefa Rządu Emigracyjnego do kontynuowania misji. Chciał nawet wycofać się i wrócić do Londynu, jednakże poganiali go przywódcy państw anglosaskich. Ostatecznie odleciał do Moskwy. 30 lipca znalazł się w stolicy Związku Sowieckiego. Plan, z jakim tutaj przyjechał, był dość skomplikowany. Starał się uzyskać możliwie jak największe ustępstwa terytorialne ze strony Sowietów, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii "zatrzymania wielkich centrów kultury narodowej", innymi słowy - Wilna i Lwowa. Dodatkowo Mikołajczyk liczył na nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Sowietami i zdyskredytowanie PKWN-u, który dla Rządu Emigracyjnego był niczym innym, jak uzurpatorską organizacją utworzoną z ramienia Kremla. W Moskwie polska delegacja spotkała się m.in. z ambasadorem brytyjskim sir Archibaldem Clark-Kerrem, który doradzał przyjęcie postulatów Stalina, a wśród nich reorganizacji rządu i zaakceptowania linii Curzona jako wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Ambasador amerykański Averell Harriman był pesymistycznie nastawiony co do wyników spotkania i niechętnie wypowiadał się o szansach powodzenia delegacji polskiej (w sumie do Moskwy udali się Mikołajczyk, minister Romer oraz Stanisław Grabski reprezentujący Radę Narodową). Mikołajczyk nie zamierzał godzić się na jawne interwencje w suwerenność i niepodległość państwa polskiego, dlatego też postanowił samodzielnie rozegrać ostatnie karty, jakie pozostały w jego talii. Wciąż liczył na pełne powodzenie Powstania Warszawskiego, które wybuchło po południu 1 sierpnia. 31 lipca premier Rządu Emigracyjnego spotkał się z ministrem Mołotowem, który przedstawił stronie polskiej radziecki punkt widzenia. Dopiero 3 sierpnia Mikołajczyk został przyjęty przez Stalina. W tym momencie Sowieci byli już doskonale poinformowani o rozwoju sytuacji w rejonie Warszawy i na terenie samego miasta. Niestety, ta nie wyglądała dla Polaków tak, jak się tego spodziewał Mikołajczyk. Powstańcy nie uzyskali pełnego powodzenia, co oznaczało, iż walki o stolicę albo mocno się przeciągną, albo zakończą klęską warszawiaków. W czasie swojego pobytu w Moskwie Mikołajczyk konferował z radzieckim dyktatorem dwukrotnie. Aż trzykrotnie spotykał się z delegatami PKWN-u, którym raz towarzyszył Mołotow. Wspomniana rozmowa powitalna z radzieckim ministrem była jedynym spotkaniem Mikołajczyka i Mołotowa w cztery oczy. Podczas pierwszej wizyty u Stalina poruszono przede wszystkim kwestie związane z powoływaniem nowego rządu oraz wyzwoleniem Warszawy. Mikołajczyk ubiegał się nawet o możliwość wyjazdu do stolicy, gdzie rozgrywał się pierwszy akt dramatu.

Podczas narady gen. Komorowskiego i gen. Okulickiego oraz ich najbliższych współpracowników w dniu 21 lipca zapadła decyzja o rozpoczęciu walk o Warszawę. Szczególnym orędownikiem takiego rozwiązania był Okulicki, późniejszy komendant główny Armii Krajowej. Zaaprobowano zatem plan włączenia stolicy do akcji "Burza", choć tak naprawdę Warszawa wydawała się być nieprzygotowana do boju, mimo ofiarności i poświęcenia żołnierzy podziemia przebywających w mieście i jego okolicach. Śmiały plan zaakceptował również delegat Jankowski oraz członkowie Rady Jedności Narodowej, co nadawało decyzji "Bora" mocy prawnej. O wszystkim informowano oczywiście Londyn, który 26 lipca upoważnił Jankowskiego do: "ogłoszenia powstania w momencie przez was wybranym". W ten oto sposób, gdy premier udawał się na rozmowy do Moskwy, w Warszawie zapadła historyczna i tragiczna w skutkach decyzja. Mikołajczyk nie uzyskał żadnego atutu dzięki wybuchowi walk o Warszawę. Stawił się natomiast w niezręcznej sytuacji człowieka, który zmuszony jest prosić o pomoc. Wspomniana przez nas rozmowa Mikołajczyka ze Stalinem z dnia 3 sierpnia nie przyniosła walczącej Warszawie nic nowego. Stalin nie miał zamiaru godzić się na warunki premiera Rządu Emigracyjnego, który planował utworzenie nowego gabinetu w oparciu o przedstawicielstwo czterech stronnictw i komunistów. Taki podział miejsc dawał bowiem tylko 20% stanowisk sprzymierzeńcom Moskwy. Także prośby o wsparcie dla walczącej Warszawy nie zostały zrealizowane. Gen. Komorowski podsumował to słowami: "Widocznie nie na rękę była Stalinowi ta propozycja, gdyż odparł na to, że w Warszawie są jeszcze ciągle Niemcy". Jakby nie był to fakt oczywisty. Polacy nie prosiliby o pomoc w wyzwalaniu stolicy, gdyby nie było tam Niemców. W dalszej części wypowiedzi dyktator radziecki w ostrych słowach krytykował Armię Krajową: "Cóż to jest ta wasza Armia Krajowa. Co to za armia bez artylerii, bez czołgów, bez lotnictwa. Nawet broni ręcznej nie ma ona dosyć. W świetle nowoczesnej wojny to jest nic. To są drobne oddziałki partyzanckie, a nie regularna siła zbrojna. Słyszę, że Rząd Polski polecił tym oddziałom wypędzić Niemców z Warszawy, nie rozumiem, jak to zrobią, bo przecież nie mają na to siły. Ludzie ci zresztą przeważnie nie walczą z Niemcami, tylko kryją się po lasach, nie są oni w stanie zrobić nic innego". A jednak przez 63 dni udawało się im stawianie zaciętego oporu regularnym jednostkom niemieckim w Warszawie. W dniach 6-7 sierpnia Mikołajczyk i jego towarzysze spotkali się z Bolesławem Bierutem i Edwardem Osóbką-Morawskim, którym towarzyszli jeszcze Michał Rola-Żymierski, Andrzej Witos i Wanda Wasilewska. Propozycja obozu PKWN-owskiego brzmiała - utworzenie Rządu Narodowego z 4 przedstawicielami Londynu i 14 Lublina pod kierownictwem Mikołajczyka. Nazajutrz doszło do spotkania obu delegacji z Mołotowem, który, co oczywiste, popierał plany Bieruta i Osóbki-Morawskiego. Mikołajczyk był pod wrażeniem przyjęcia w Moskwie i właściwie nie do końca orientował się, jakie ma szanse negocjacji z Krajową Radą Narodową i Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego. Wstępnie przystał na propozycje podziału miejsc, choć nie odniósł się do proporcji proponowanych przez jego adwersarzy, ale uzależnił to od zatwierdzenia projektu przez Rząd Emigracyjny i Radę Narodową. 9 sierpnia doszło do drugiego spotkania Stalin-Mikołajczyk. Gruzin uzależniał pomoc dla warszawiaków od rozwoju sytuacji na froncie wschodnim, uzasadniając brak działań ofensywą prowadzoną przez siły niemieckie. Oceniał ich wartość bojową na pięć dywizji pancernych, choć w istocie były to "Hermann Göring", "Viking" i "Totenkopf Standarte". Ostatecznie Stalin nie obiecał Polakom niczego konkretnego. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż atuty są po jego stronie, a powstańcy i siły niemieckie wyniszczają się nawzajem. Interwencja radziecka nie była tam zatem potrzebna i mogła jedynie skomplikować sytuację na niekorzyść Sowietów. Tym niezbyt pozytywnym akcentem zakończyła się wizyta premiera Rządu Emigracyjnego w Moskwie. Wprawdzie udało się mu częściowo porozumieć ze Związkiem Radzieckim, jednakże nie uzyskał konkretów, a te były najważniejsze w tak napiętej dla powstańców chwili. Wynik rozmów podsumował ambasador Harriman, który w dniach 10-12 sierpnia posłał trzy kolejne raporty do Waszyngtonu, oceniając, iż sprawy mogą się znacznie skomplikować, a porozumienie nie zostało wypracowane. Szczególną uwagę zwracał fakt kwestionowania przez Mikołajczyka praw PKWN do reprezentacji narodu polskiego. Premier, zresztą słusznie, uważał, iż poplecznicy Moskwy nie cieszą się szerokim poparciem narodu. 14 sierpnia, już po powrocie do Londynu, spotkał się z Anthony'm Edenem i dał wyraz swoim spostrzeżeniom w rozmowie z szefem Foreign Office. Ten nie do końca zgadzał się z poglądami Polaka i zachęcał Mikołajczyka do jak najszybszego porozumienia, także ze względu na na walczącą Warszawę.

Starania Rządu Emigracyjnego o wsparcie powstania powszechnego w Polsce w lipcu były ciągiem przedstawiania argumentów i postulatów, których realizacji strona brytyjska konsekwentnie odmawiała. 25 lipca Komorowski raportował do Londynu, iż powstanie nie ma szans powodzenia bez akcji państw sojuszniczych. Na szczególną uwagę zasługiwała kwestia wykorzystania lotnictwa bombowego oraz zrzutów ekwipunku dla powstańców, a także wykorzystania polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej i nadanie praw kombatanakich żołnierzom Armii Krajowej. Dlatego też 27 lipca ambasador Raczyński spotkał się z Edenem, starając się ustalić strategię sprzymierzeńców na najbliższe tygodnie. W tym czasie decyzja o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego była już niemalże przesądzona. Eden ze zrozumieniem przyjął do wiadomości polskie postulaty, ubolewał jednak nad faktem niemożności przeprowadzenia tak szeroko zakrojonej pomocy lotników brytyjskich. Alianci po raz kolejny tłumaczyli się kłopotami logistycznymi, odsyłając Polaków do sojusznika najbardziej zainteresowanego przebiegiem powstania w okupowanym kraju, a więc do Sowietów, którzy byli na miejscu i mieli wystarczające do pomocy siły militarne. Eden przedstawił też projekt użycia eskadr amerykańskich z wykorzystaniem radzieckich lotnisk, co było od dawna praktykowaną czynnością. Połączony Komitet Szefów Sztabów zupełnie inaczej oceniał sytuację, a Waszyngton negatywnie wypowiedział się w kwestii wsparcia powstańców. Polacy zdawali sobie z tego sprawę już wcześniej. Co ciekawe, już 7 lipca na ręce gen. Tatara i płk Mitkiewicza spłynął dokument ze sztabu brytyjskiego, w którym czytamy: "Na przygotowanie generalnego zbrojnego powstania w Polsce powietrznymi transportami z Zachodu nie ma co liczyć - możliwe to jest jedynie lądem lub morzem i to wyłącznie z operacjami Związku Radzieckiego". I dalej: "Ani Combined Chiefs of Staff, ani gen. Eisenhower nie są w możności określić, kiedy ma nastąpić wybuch powstania w Polsce. To należy do Rządu Polskiego w Londynie który powinien to uzgodnić ze Związkiem Sowieckim, bo tylko Rosja Sowiecka jest bezpośrednio zainteresowana tym działaniem". Tym bardziej dziwi fakt swoistej samowolki Polaków, którzy wiedząc o obiekcjach sojuszników, zdecydowali się na wybuch Powstania Warszawskiego. 28 lipca Brytyjczycy podsumowali wcześniejsze wywody Edena: "Same tylko względy operacyjne muszą nas powstrzymać od zaspokojenia trzech żądań, jakie Panowie wysunęli w związku z niesieniem pomocy powstaniu warszawskiemu. Nie byłoby rzeczą możliwą przerzucenie brygady spadochronowej nad terytorium niemieckim aż do Warszawy, bez zaryzykowania nadmiernych strat. Wysłanie eskadr myśliwców na lotniska w Polsce stanowiłoby również długi i skomplikowany proces, który musiałby być w każdym razie uzgodniony z rządem sowieckim [...] Jeśli chodzi o zbombardowanie lotnisk warszawskich, to Warszawa znajduje się poza normalnym zasięgiem operacyjnym bombowców RAF i bombardowanie lotnisk mogłoby być w każdym razie dokonywane w sposób znacznie bardziej właściwy przez bombowce działające z baz kontrolowanych przez Sowiety". Niestety, tak niefortunnego obrotu spraw nie brał pod uwagę Tadeusz Komorowski, gdy 31 lipca wydawał pamiętny rozkaz. 1 sierpnia rozpoczęły się walki o stolicę Rzeczypospolitej. Nazajutrz po południu do Londynu dotarły informacje o wybuchu powstania. Sojusznicy zdziwieni byli decyzją Polaków, nie informowali wcześniej Sowietów o możliwości wystąpienia walk w ich rejonie operacyjnym, co dodatkowo komplikowało decyzję. Rząd Emigracyjny przesadnie wierzył w siłę Brytyjczyków i Amerykanów, przesadnie ufał w ich rycerskość i szlachetność, nie biorąc pod uwagę realizmu i powagi sytuacji. Warszawa została właściwie skazana na powolną zagładę. Minister Kukiel szybko podjął się kolejnych rozmów z Brytyjczykami, starając się uzyskać ich maksymalną pomoc. Kontynuował w zasadzie drogę obraną przez Tatara, który na dzień przed rozpoczęciem walk o Warszawę starał się naciskać na szefa Special Operations Executive (SOE - Zarządu Operacji Specjalnych). Bezskutecznie. Niestety, 2 sierpnia Kukiel także otrzymał odmowną odpowiedź na postulat wysłania do Polski brygady spadochronowej z gen. Sosabowskim na czele. Szczególną pozycję w staraniach Polaków zajmował marsz. John Slesssor, który dowodził w tym czasie siłami powietrznymi Brytyjczyków na froncie włoskim. Był on przeciwny szeroko zakrojonej operacji, uważając ją za zbyt ryzykowną. Ogółem siły aliantów w basenie Morza Śródziemnego liczyły 147 dywizjonów USAAF pod dowództwem gen. Ira C. Eakera. Były one sformowane w różne jednostki taktyczne, wśród których warto wspomnieć o działalności eskadry przynależnej do Polskich Sił Powietrznych (1586. Eskadra do Zadań Specjalnych S/L Eugeniusza Arciuszkiewicza). Slessorowi podlegało 334. Skrzydło do Zadań Specjalnych, co oznaczało, iż to w jego gestii leżało zawiadywanie operacjami takimi, jak ta w Warszawie. 3 sierpnia Polacy rozpoczęli starania u marsz. Slessora oraz nowego dowódcy 205. Grupy RAF w Fogii, bryg. J. T. Durranta o zorganizowanie akcji zrzucania zasobników z wyposażeniem dla powstańców. Polscy lotnicy we Włoszech z niepokojem przyjęli do wiadomości informacje o wybuchu Powstania Warszawskiego, ale mieli nadzieję, iż będą pierwszymi, którzy polecą stolicy na pomoc. Slessor szybko odpowiedział do Londynu: "[Przeprowadzenie operacji] z pewnością nie jest [wykonalne] z uwagi na prognozy pogody na najbliższą noc". Marszałek kontaktował się w tej sprawie z Arciuszkiewiczem, który miał do dyspozycji 9 maszyn i 6 pełnych załóg. Cztery z nich wyraziły gotowość natychmiastowego wsparcia warszawiaków. 4 sierpnia eskadra mogła rozpocząć operację. Jeszcze tej samej nocy do Polski wysłano trzy Liberatory, cztery Halifaxy oraz siedem Halifaxów ze 148. Dywizjonu RAF. Pięć samolotów nie powróciło do bazy we Włoszech. Nad Warszawą pojawiły się prawdopodobnie trzy, z których dwie maszyny dokonały celnego zrzutu. Polskie Podziemie sygnalizowało miejsca, w których alianci mieli zrzucać zaopatrzenie. Najczęściej wybierano rozległe tereny cmentarzy trzymanych przez powstańców, które oświetlano w umówiony sposób. Niemiecka artyleria nie próżnowała, ostro ostrzeliwując nadlatujące maszyny. Przy sporych stratach kończył się pierwszy dzień pomocy Powstaniu Warszawskiemu. Pomocy, która nie wystarczyła, aby doprowadzić je do zwycięskiego końca.

Slessor, poirytowany słabym wynikiem operacji, postanowił przerwać ją na cztery dni. Polskie załogi stały bezczynnie i gorączkowo oczekiwały na rozkazy dowództwa. A to wahało się, obawiając lawinowo rosnących strat. W tym czasie amerykańscy lotnicy startujący z lotnisk w Wielkiej Brytanii dokonywali bombardowań celów położonych w okupowanej Polsce. Niewielki to miało wpływ na wynik toczącej się w Warszawie walki. Ludność Warszawy z napięciem oczekiwała kolejnej nocy i z równie wielkim rozczarowaniem musiała przyjąć do wiadomości, iż znowu nad stolicą nie pojawili się lotnicy alianccy. Cały czas trwała szeroko zakrojona akcja dyplomatyczna Rządu Emigracyjnego. 6 sierpnia w Waszyngtonie spotkali się ambasador Jan Ciechanowski oraz podsekretarz stanu Edward Stettinius. Polak wyłożył Amerykaninowi swoje racje, które zostały przyjęte ze sporymi zastrzeżeniami. Spotkanie nie przyniosło nic nowego w kwestii sprawy walczącej Warszawy, ponieważ Amerykanie uchylali się od brania jakiejkolwiek odpowiedzialności za los powstania. W ich opinii była to kwestia Sowietów, którzy znajdowali się blisko i mogli bez trudu nieść pomoc Armii Krajowej. Ciechanowski nie był zadowolony z wyniku rozmów, o czym informował londyńskich mocodawców. A tam także trwał bój z sojusznikiem. 2 sierpnia Churchill wygłaszał przemówienie w Izbie Gmin, z którego jasno wynikało, iż Brytyjczycy nie zdecydują się na aktywne wsparcie Polaków. Zachęcał jednocześnie Rząd Emigracyjny do porozumienia z Moskwą: "Ofiarują Polakom wolność, suwerenność i niepodległość. Domagają się, by Polska w przyszłości była przyjazna wobec Rosji. Wydaje mi się to uzasadnione". Ale plany strategiczne Armii Czerwonej wykluczały na razie walki o Warszawę, czyli wsparcie AK. Artyleria ostrzeliwująca Pragę ucichła, a bój o prawobrzeżną Warszawę wydawał się być dość odległą wizją. Gen. Komorowski wspominał, iż niemal codziennie nasłuchiwał odgłosów walk z przeciwległego brzegu Wisły. Bezskutecznie. Podobnie rzecz przedstawił gen. Henry Wilson, który we Włoszech spotykał się 3 sierpnia z Sosnkowskim. Działania Mikołajczyka w Moskwie, jak widzieliśmy, efektu nie przyniosły, a Stalin zdecydowanie odciął się od powstańców. Wyraz temu dała 12 sierpnia agencja TASS, która informowała świat, iż "aluzje, jakoby powstańcy pozostawali w kontakcie z dowództwem radzieckim, które nie okazało im należytej pomocy" są fałszywe. Winą za wybuch walk obarczono Rząd Emigracyjny i, chociaż Sowieci często uciekali się do rozmaitych przekłamań i oszustw, tym razem mieli rację. 16 sierpnia Stalin wysłał do Churchilla list, w którym powtórzył z grubsza to, co zostało już powiedziane. Nazajutrz spotkał się z ambasadorami Clarkiem-Kerrem i Harrimanem. Podczas rozmowy zaatakował Polskie Podziemie i Rząd Emigracyjny i odmówił udzielenia wsparcia walczącej Warszawie. Nie pomogły nawet prośby i perswazje Churchilla i Roosevelta, którzy pisali do Stalina kolejne depesze i listy. Gruzin był nieugięty, a czas działał na jego korzyść. Jednocześnie w Londynie spotykali się przedstawiciele Rządu Emigracyjnego oraz dyplomaci aliantów zachodnich. 8 sierpnia wicepremier Kwapiński i ambasador Raczyński dyskutowali z Edenem na temat pomocy niesionej Warszawie, a ten przedstawił treść telegramu marsz. Slessora: "Operację zrzutów na Warszawę uważam za tak niebezpieczną i nie rokującą powodzenia, że odmawiam zgody na podjęcie jej przez podległe mi siły lotnicze. Zdania swego nie zmieniam. Wobec jednak zgłoszonej ze strony dywizjonów polskich woli podjęcia się tej ryzykownej operacji, nie widzę możności odmówienia podległemu mi dzielnemu dowódcy polskiemu mego zezwolenia. Dałem mu je wobec tego, choć powinienem był właściwie podtrzymać swój sprzeciw. Wobec tego dywizjon polski podejmie operację. Nie jest ona możliwa dzisiaj wieczorem, jeśli jednak pogoda dopisze, będzie ona dokonana jutro, 8 sierpnia. Lotnikom polskim udzielamy wszelkiej pomocy w tym przedsięwzięciu". A więc właściwie pozwolono Polakom ryzykować w myśl: "chcecie zginąć, proszę bardzo, ale bez nas". Nie można się dziwić decyzji Slessora, choć oczywiście dysponował on takimi środkami, iż mógł przynajmniej próbować organizować szeroko zakrojone wyprawy do Polski. Rzeczywiście, 8 sierpnia nad Warszawą pojawiły się polskie maszyny oznaczone biało-czerwoną szachownicą Polskich Sił Powietrznych. Tej nocy wyleciały z bazy we Włoszech trzy samoloty - Halifaxy JP 251 P W/O Jastrzębskiego i JP 252 L W/O Owsianego oraz Liberator KG 890 S F/L Szostaka. Następnego dnia w Londynie spotkał się z Sosnkowskim gen. Alan Brooke, który stał an czele Imperialnego Sztabu Generalnego. Podczas lunchu Polak ostro atakował Brytyjczyków za postawę w stosunku do Powstania Warszawskiego. Brooke niewiele mógł zdziałać w tej sytuacji, nie w jego kompetencjach leżało decydowanie o tym, kto i gdzie leci z zaopatrzeniem. Przerzucenie Samodzielnej Brygady Spadochronowej było w tym czasie rojeniami lekko paranoicznego Sosnkowskiego. Tego samego wieczora, choć oczywiście nie miało to związku z londyńską rozmową, do Warszawy poleciały kolejne cztery polskie maszyny. Ale była to pomoc niezwykle wątła, jak na tak napiętą sytuację w Warszawie, gdzie przecież Niemcy mieli sporą przewagę nad powstańcami. Na razie jednak Polakom udało się opanować znaczną część miasta, choć okupant skutecznie wydzierał z rąk powstańców kolejne rejony. Także w sierpniu toczyły się dyskusje na temat uznania członków Armii Krajowej za integralną część Polskich Sił Zbrojnych. To umożliwiałoby nadanie Polskiemu Podziemiu praw kombatanckich. Powstańcy i Rząd Emigracyjny długo zabiegali o deklarację Brytyjczyków i Amerykanów w tej sprawie. Skandalicznym było wahanie sprzymierzeńców, którzy przez niemal cały sierpień zwlekali z podjęciem ostatecznej decyzji. Dopiero 30 sierpnia ogłoszony został tekst aliantów, w których czytamy: "Armia Krajowa stanowi integralną część Polskich Sił Zbrojnych i w tych warunkach wszelkie akty represji w stosunku do jej żołnierzy stanowią pogwałcenie praw wojny, które Niemców wiążą, a winni tych represji pociągnięci będą do odpowiedzialności". W deklaracji nie uwzględniono żołnierzy Armii Ludowej, którzy także znaleźli się wśród oddziałów powstańczych. Kontrowersje wzbudzał fakt nieuwzględnienia postulatów potępienia zbrodni niemieckich na ludności cywilnej. Dopiero 10 września Brytyjczycy wypowiedzieli się w tej kwestii, zdecydowanie potępiając działalność nieprzyjaciela. Akcja dyplomatyczna Rządu Emigracyjnego dotyczyła również innych państw, w tym niezaangażowanych w walkę. 12 sierpnia prezydent Raczkiewicz pisał do Watykanu, aby poruszyć sumienie papieża. Ten jednak nie zdecydował się na słowa nagany względem Niemców, a odpowiedź z 4 września była utrzymana w wyjątkowo łagodnym tonie. Czytamy w niej: "Jeśli chodzi o Polskę, która słusznie szczyci się nazwą Semper Fidelis, niejednokrotnie zanosiliśmy modły o jej zmartwychwstanie". Stolica Apostolska zachowała się co najmniej dziwnie, być może nie chcąc narażać się Niemcom (a Rzym od 4 czerwca 1944 roku znajdował się w rękach alianckich). Także z Warszawy słano do Watykanu dramatyczne apele. Jednym z nich była odezwa polskich kobiet, którą puściło w obieg 21 sierpnia Polskie Radio. Czytamy w niej: "Ojcze Święty, my, kobiety polskie, walczymy w Warszawie, kierowane przez nasz patriotyzm i przywiązanie do ziemi Ojców naszych. Brak nam żywności i środków opatrunkowych. Twierdzy naszej bronimy już przez trzy tygodnie. Warszawa jest w gruzach. Niemcy mordują rannych w szpitalach. Kobiety i dzieci pędzą przed czołgami. Nie są przesadą wiadomości, że na ulicach Warszawy walczą dzieci, niszcząc czołgi nieprzyjacielskie butelkami z benzyną [...] Ojcze Święty, nikt nam nie pomaga. Armie rosyjskie już od trzech tygodni stoją u bram Warszawy, nie posuwają się z pomocą ani kroku. Z Anglii dopiero teraz otrzymujemy pomoc, jednak w znikomej ilości. Świat nie chce wiedzieć o naszej walce [...]". Wróćmy teraz do dalszego rozwoju działań lotniczych nad walczącą Warszawą. 10 sierpnia Jan Stanisław Jankowski wysłał depeszę do Londynu, w której czytamy: "Powtarzam stanowczo, że bez natychmiastowej pomocy, zrzutów broni i amunicji, bombardowania obiektów trzymanych przez nieprzyjaciela i desantów - walka nasza w dniach najbliższych się załamie. Natomiast przy wymienionej pomocy trwać będzie nadal. Oczekuję w tym kierunku najwyższego wysiłku". Nazajutrz wicepremier Kwapiński spotkał się z szefem Labour Party, Clementem Attlee. Być może rozmowa przyniosła jakiś efekt, ponieważ już 12 sierpnia dokonano kolejnej wyprawy. Do 17 sierpnia co noc brytyjskie bombowce pojawiały się nad Warszawą. W sumie 98 samolotów poleciało w rejs do Polski, z tego 42 dokonały zrzutów. 20 z ładunków otrzymali powstańcy walczący w Warszawie. Straty były wysokie, ponieważ 17 samolotów zostało zestrzelonych, a 3 kolejne rozbiły się przy lądowaniu. Marsz. Slessor ponownie zarządził wstrzymanie operacji, która była nie tylko ryzykowna, ale i kosztowna. Dzięki naciskom Churchilla Slessor ugiął się i postanowił nie utrudniać operacji zrzutów prowadzonej przez polskie załogi. Ostatecznie nocami między 21 a 25 sierpnia 26 samolotów wykonało zadanie bez strat, ale ich zrzuty były wyjątkowo niecelne i powstańcy nie otrzymali praktycznie żadnego z zasobników. 27-28 sierpnia ponownie prowadzono operację - tym razem z 12 maszyn powróciło 7, co przekonało Slessora o niemożności wspierania Warszawy. O wiele łatwiej byłoby lotnikom, gdyby mogli wykonywać międzylądowania na lotniskach radzieckich. Niestety, w tej kwestii Sowieci byli nieprzejednani. 15 sierpnia zastępca komisarza spraw zagranicznych ZSRR, Andriej Wyszyński, przekazał ambasadorowi USA oświadczenie Związku Radzieckiego: "Władze radzieckie oczywiście nie mogą sprzeciwiać się zrzutom broni dokonywanym przez brytyjskie i amerykańskie samoloty w rejonie Warszawy, gdyż jest to sprawa samych Brytyjczyków i Amerykanów. Jednak zdecydowanie sprzeciwiają się temu, by amerykańskie i brytyjskie samoloty, po dokonaniu zrzutów broni w rejonie Warszawy, lądowały na terytorium ZSRR, gdyż rząd radziecki nie życzy sobie jakichkolwiek związków - czy to pośrednich, czy bezpośrednich - z awanturą w Warszawie". Wypowiedź ta była co najmniej skandaliczna. Nazajutrz Stalin kontaktował się z Churchillem i trochę łagodniej wyłożył ten sam dziwny punkt widzenia. Slessor miał związane ręce i tylko dzięki interwencjom Sosnkowskiego i Churchilla, którzy opowiadali się za działaniem polskich załóg, 1 września w nocy zorganizowano nową wyprawę. W rejs udało się 7 samolotów, z których 4 nie wróciły do bazy. Tego było za wiele - marszałek postanowił definitywnie przerwać akcję zaopatrywania Warszawy. Na 159 samolotów zginęło 27 i tylko 25 zrzutów udało się nad Warszawą. W ostatniej dekadzie sierpnia trwała debata Churchilla i Roosevelta nad wykorzystaniem do celów operacji amerykańskich samolotów. Jednocześnie przywódcy mocarstw zachodnich zastanawiali się nad postawą Stalina, który skazał Warszawę na zagładę. 20 sierpnia wystosowali do niego list: "Zastanawiamy się nad reakcją światowej opinii publicznej, gdy walczący z nazistami powstańcy zostaną pozostawieni sami sobie. Uważamy, że wszyscy trzej powinniśmy uczynić wszystko, co w naszej mocy, by uratować tylu polskich patriotów, ile się tylko da. Liczymy, że wesprzecie polskich patriotów z Warszawy natychmiastowymi zrzutami zaopatrzenia i amunicji - chyba że zgodzi się Pan niezwłocznie wesprzeć w tym zadaniu nasze samoloty? Wyrażamy nadzieję, że się Pan na to zgodzi. Pośpiech jest tu wyjątkowo ważny". Stalin nie miał zamiaru się uginać pod presją sojuszników. A sprzymierzeńcy nie chcieli na niego zanadto naciskać. W tym czasie wściekłość Sosnkowskiego osiągnęła apogeum. 1 września, w rocznicowym rozkazie nr 19 dla Armii Krajowej z okazji pięciu lat II wojny światowej, dał upust swojej niechęci do aliantów zachodnich: "Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką [...] Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, nie na zapewnienia litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie prosi ona, niby ubogi krewny, o okruchy ze stołu pańskiego, lecz żąda środków walki, znając zobowiązania i umowy sojusznicze". O tekście rozkazu oczywiście dowiedzieli się Brytyjczycy, którzy poczuli się urażeni ostrymi słowami Sosnkowskiego. Naczelny Wódz miał rację, cóż z tego, kiedy siła jego przeciwników była za duża, aby mógł się jej samotnie przeciwstawić. Już 4 września minister Eden przekazał Mikołajczykowi do wiadomości, iż strona brytyjska jest mocno poruszona oskarżeniami Sosnkowskiego. Co więcej, kampanię w tej sprawie rozpoczęła prasa brytyjska, która w ostrych słowach traktowała polskiego Naczelnego Wodza. Sosnkowski nie był postacią lubianą na emigracji, a Rządowi Emigracyjnemu nawet na rękę było takie zamieszanie, ponieważ mogło doprowadzić do usunięcia generała z pełnionej funkcji. Dlatego też 22 września Rada Ministrów zdecydowała się na wystosowanie żądania odwołania gen. Sosnkowskiego ze stanowiska Naczelnego Wodza. Prezydent apel zaakceptował i 30 września udzielił generałowi dymisji. Na jego miejsce powołano gen. Tadeusza Komorowskiego, choć była to nominacja bardziej honorowa niż praktyczna. "Bór" w kilka dni później dostał się do niemieckiej niewoli.

Straciliśmy na chwilę z oczu walczącą Warszawę. Tymczasem Amerykanie, na prośbę Brytyjczyków, mieli przygotować operację lotniczą. 5 września Roosevelt odebrał niepokojące sygnały, iż powstańcy zrezygnowali z oporu, a Warszawa zajęta jest przez Niemców. Błędne doniesienia wywiadu zniechęcały go do organizowania ryzykownej wyprawy. Mówił nawet Churchillowi, iż "problem pomocy dla powstańców został, niestety, rozwiązany przez zaistniałą zwłokę oraz działania sił niemieckich i że w obecnej sytuacji nie można uczynić nic, by im pomóc". Dziwne to były założenia, choć nie możemy wykluczyć tego, iż upadek Starego Miasta poczytywano na zachodzie jako upadek stolicy w ogóle. Dopiero 9 września Związek Radziecki wyraził zgodę na międzylądowania samolotów alianckich na sowieckich lotniskach. 12 września oficjalnie poinformowano sojuszników, iż Armia Czerwona jest przygotowana na podejmowanie lotników. Dwa dni wcześniej ruszyła radziecka ofensywa na Pragę. Dzielnica została zdobyta po krótkotrwałym boju i już w nocy z 14 na 15 września znalazła się w rękach żołnierzy sowieckich. Dalsze działania zostały odwołane i tylko niewielkie wsparcie zostało udzielone lewobrzeżnej Warszawie. Przez Wisłę przeprawiali się małymi grupami żołnierze 1. Armii Ludowego Wojska Polskiego, ale nie wpłynęli oni znacząco na wynik walk na Czerniakowie i Marymoncie.

Zgoda wyrażona przez władze radzieckie zdopingowała nareszcie Amerykanów i Brytyjczyków. Postanowili oni zorganizować największą w czasie dwumiesięcznych walk operację powietrzną. 15 września wyprawa miała wyruszyć z brytyjskich lotnisk w celu zrzucenia zaopatrzenia walczącej Warszawie. Niestety, na przeszkodzie stanęły kiepskie warunki atmosferyczne, czym dowódcy alianccy motywowali odwołanie akcji. Mikołajczyk, informując Warszawę o zaistniałej sytuacji, pisał tego dnia: "Nie mamy stanowczo szczęścia. Po zezwoleniu Rosjan na wjazd samolotów amerykańskich, wczoraj rano, czternastego, były gotowe w dużej liczbie - nie mogły startować z powodu mgły na lotniskach brytyjskich. Dziś rano, piętnastego, wystartowały - trafiły na tak złą pogodę nad Europę, że musiały zawrócić z drogi. Boję się myśleć, co jutro przyniesie, zarówno w warunkach atmosferycznych, jak i Waszym położeniu". W nocy lotnicy radzieccy dokonywali zrzutów dla powstańców. Dodatkowo siły 1. Armii Wojska Polskiego starały się wesprzeć Polaków, przesyłając na lewy brzeg Wisły kilka tysięcy żołnierzy w ciągu najbliższych dni. Niestety, nie osiągnęli oni sukcesów i zmuszeni byli powrócić na Pragę bądź też zostali wyniszczeni przez Niemców. 16 września Rada Jedności Narodowej wystosowała do Stalina apel, w którym czytamy: "RJN zwraca się przeto z gorącym apelem o stałe zrzuty broni, amunicji i żywności oraz zorganizowanie stałej osłony lotniczej i bombardowanie ośrodków niemieckiej agresji. Wróg wciąż wzmocnionymi siłami atakuje miasto. Brak szybkiej i skutecznej pomocy może spowodować katastrofę". Pomoc radziecka nadchodziła jednak zbyt późno i w zbyt małych ilościach, aby uratować powstańców. W nocy z 17 na 18 września wreszcie udało się Amerykanom dolecieć nad Warszawę. 108 Boeingów B-17 zrzuciły na Mokotowie i Śródmieściu zaopatrzenie dla Armii Krajowej. Niestety, okazało się, iż tylko 16 ton ładunków, a więc 20% całości przywiezionego materiału, trafiło w ręce Polaków. Resztę albo zniósł wiatr, albo Amerykanie zrzucili wprost na głowy Niemców. Gdyby pomoc lotnicza przyszła wcześniej Powstanie Warszawskie z pewnością mogłoby trwać dłużej, miałoby też większe szanse zakończenia sukcesem. Teraz było już zbyt późno, niemieccy żołnierze trzymali większą część miasta, a opór powstańców trwał jeszcze w Śródmieściu i na Mokotowie. W powstańczym dowództwie kiełkowała myśl o kapitulacji i zakończeniu rozlewu krwi. W ostatnich dniach września trwały pertraktacje między obiema stronami. 27 września "Bór" prosił marsz. Rokossowskiego o wsparcie. Odpowiedzi się nie doczekał. Jednocześnie Jan Stanisław Jankowski twierdził: "Dalsza walka jest bez najmniejszego celu, jest szaleństwem. Niemniej jednak politycznie zyskaliśmy bardzo wiele. Ponieważ jednak nie uzyskaliśmy pomocy tej, na jaką oczekiwaliśmy, trzeba więc ratować to, co mamy najdroższego, a tym jest biologiczna substancja Narodu. Jest to tym więcej ważne, że w Warszawie zgrupowała się cała elita kulturalna i naukowa społeczeństwa [...]". 29 września premier Mikołajczyk zwrócił się do Stalina: "PO 60 dniach nieustającej walki ze wspólnym wrogiem obrońcy Warszawy są u kresu ludzkiej wytrzymałości. Generał "Bór" donosi, że po upadku południowego odcinka obrony miasto może wytrwać jeszcze tylko kilka dni. W tej godzinie największej potrzeby zwracam się z apelem do Pana Marszałka o wydanie rozkazów do podjęcia natychmiastowych działań, które by przyszły z odsieczą walczącej Warszawie i doprowadziły do uwolnienia stolicy. Generał "Bór" wystosował taki sam apel do marszałka Rokossowskiego". Wiadomość przekazał Gruzinowi Churchill, który pod koniec września nagle poczuwał się do odpowiedzialności za ratowanie powstania. Było jednak zbyt późno, aby cokolwiek ratować. 2 października pełnomocnicy "Bora" płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki i ppłk dypl. Zygmunt Dobrowolski podpisali w Ożarowie dokument ogłaszający kapitulację powstańców na zasadach wynegocjowanych z gen. von dem Bachem. Ludności cywilnej zagwarantowano opiekę, żołnierzom Armii Krajowej prawa kombatanckie. Radiostacja warszawska informowała Londyn o zaistniałej sytuacji. Tuż po kapitulacji przesłała oskarżającą i dramatyczną w swej wymowie depeszę, którą Polacy przekazali Churchillowi: "Oto naga prawda. Zostaliśmy potraktowani gorzej niż satelici Hitlera, gorzej niż Włochy, Rumunia, Finlandia. Oby Bóg, który jest sprawiedliwy, wydał wyrok za tę straszną niesprawiedliwość, jakiej doznał naród polski, i oby ukarał wszystkich winnych... Nieśmiertelny jest naród, który może zdobyć się na tak powszechne bohaterstwo. Gdyż ci, którzy zginęli, zwyciężyli, a ci, którzy przeżyli, nie spoczną w walce, zwyciężą i ponownie dadzą świadectwo, że jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy". To był koniec 63-dniowego powstania, które, jak wiele zrywów niepodległościowych w historii Polski, zakończyło się katastrofą. Jak pisze prof. Wojciech Roszkowski: "Nie były to jednak ofiary zupełnie daremne. Stalin przekonał się, że bolszewizacja Polaków, zdolnych w obronie niepodległości do każdego szaleństwa, nie pójdzie łatwo. Tym samym w jakimś stopniu powściągnąć musiał myśl o uczynieniu z Polski republiki radzieckiej. Zagłada Warszawy kosztowała ZSRR parę miesięcy przestoju na froncie. W tym czasie armie angloamerykańskie dotarły do granicy Niemiec na zachodzie [...] Powstanie nie tylko uratowało od bolszewizacji zachodnią część Niemiec, ale i przez to uchroniło Polskę od losu kadłubowej republiki zgniecionej przez Rosję i czerwone Niemcy". W twierdzeniach tych wiele jest racji. Sukces powstańców miał różne aspekty. Zamanifestowali oni, iż są gotowi walczyć o niepodległość, pokazując tym samym, iż nawet komuniści nie są w stanie ich złamać. Nadal jednak trwała batalia o powojenne losy Rzeczypospolitej. 5 października Churchill i Eden odlecieli do Moskwy, gdzie mieli dyskutować ze Stalinem zagadnienia dotyczące kształtowania powojennej Europy. Przed odlotem premier obiecał Mikołajczykowi, iż na sprawę Polski także znajdzie się dużo czasu, a on sam powinien oczekiwać zaproszenia do stolicy Związku Radzieckiego. Na konferencję miał również przybyć ambasador Harriman, jako specjalny wysłannik Roosevelta, którego o swoich planach informował Churchill 29 września. Premier brytyjski szybko nawiązał w Moskwie nić porozumienia ze Stalinem, stojąc na gruncie ustalenia granicy wschodniej Rzeczypospolitej na linii Curzona oraz fuzji obydwu ośrodków władzy. 11 października do stolicy ZSRR przybyła delegacja ośrodka lubelskiego z Bierutem, Osóbką-Morawskim i Rolą-Żymierskim w składzie. Nazajutrz przylecieli Mikołajczyk, Romer i Grabski. Do pierwszego spotkania wszystkich stron doszło 13 października. Dyskutowano tekst memorandum Rządu Emigracyjnego z 29 sierpnia. Nawet Churchill przeciwny był koncepcji cztery plus jeden zawartej w dokumencie. Postulował on szukanie "równiejszej proporcji sił pomiędzy Rządem a Komitetem w stosunku liczbowym do ustalenia teraz między nami". Stalin wypowiadał się dużo ostrzej i był całkowicie przeciwny ustaleniom sprzyjającym Rządowi Emigracyjnemu. Następnie skupiono się na sprawie granic wschodnich. Tutaj Churchill i Stalin byli całkowicie zgodni. Gruzin stwierdził wręcz: "Jeżeli panowie chcą mieć stosunki z rządem radzieckim, to nie mogą osiągnąć tego inaczej, jak przez uznanie linii Curzona jako zasady". Chwilę potem premier brytyjski dodał: "Co zaś do spraw granicznych, to muszę oświadczyć w imieniu rządu brytyjskiego, że ofiary Związku Radzieckiego poniesione w ciągu tej wojny z Niemcami i to, co uczynił dla oswobodzenia Polski, uprawniają go w naszym mniemaniu do ustalenia zachodniej granicy wzdłuż linii Curzona". Dalej mówił o możliwości rekompensaty dla Polaków kosztem terytoriów niemieckich. Mikołajczyk nie chciał się zgodzić z rozmówcami i powołał się na poparcie Roosevelta. Jakież było jego zdziwienie, gdy Mołotow przekazał mu, iż Amerykanin w Teheranie przystał na koncepcję linii Curzona. Słowa te potwierdził Churchill, co ostatecznie zniszczyło całą strategię Mikołajczyka. Premier kontaktował się listownie z Harrimanem 16 października, żądając adekwatnych do sprawy wyjaśnień. Amerykanie uchylili się jednak od zajęcia jednoznacznego stanowiska. Jednocześnie ambasador zalecał, aby spieszyć się z negocjacjami, ponieważ "każda zwłoka pogorszyć może tylko położenie rządu polskiego w kraju i za granicą". Ostatecznie podczas pierwszego dnia obrad ustalono niewiele, choć Mikołajczyk powoli zaczynał się uginać pod presją "sprzymierzeńców". Spotkanie delegacji londyńskiej i lubelskiej także nie przyniosło niczego konkretnego, a ośrodek proradziecki stał na straży wcześniejszych postulatów. Krótko przed północą zakończyła się pierwsza tura rozmów. Churchill postanowił poinformować o tym Roosevelta. Następnego dnia Brytyjczycy starali się wywrzeć presję na Mikołajczyka, aby ten uległ w sprawie linii Curzona. To otwierałoby drogę do porozumienia rządowego. Churchill grzmiał podczas spotkania z Mikołajczykiem. Posunął się nawet do gróźb: "Nie macie poczucia odpowiedzialności [...] Nie myślicie o przyszłości Europy, macie na myśli tylko swój własny, pożałowania godny interes [...] Nie wiem, czy rząd brytyjski będzie was nadal uznawał". Jednocześnie obiecywał premierowi Rządu Emigracyjnego, iż jest w stanie wynegocjować dobre warunki podziału miejsc w nowym gabinecie: "Mogę uzyskać więcej aniżeli pół na pół. Myślę, że powinienem osiągnąć 60:40". Mikołajczyk tłumaczył cierpliwie, iż samorzutnie nie może zaciągnąć tego typu zobowiązań. Musi to najpierw skonsultować ze swoim gabinetem. Churchill z kolei oczekiwał przynajmniej wstępnej akceptacji warunków przedstawionych przez stronę sowiecką. Atakowany zewsząd premier Rządu Emigracyjnego zgodził się zatem na uznanie linii Curzona, choć decyzja ta nie miała mocy wiążącej. 14 października, co godne podkreślenia, strona brytyjska przedstawiła dokument, który wyznaczał zakres polskiego posiadania na zachodzie. W myśl projektu Rzeczpospolita miałaby uzyskać tereny po Odrę i Szczecin i zostałyby one "przyłączone do Polski, a ich posiadanie zostanie zagwarantowane przez Rząd Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i Rząd Jego Królewskiej Mości". Dalej czytamy: "Rozumie się także, że ludność niemiecka z wymienionych terenów zostanie repatriowana do Niemiec, a wszyscy Polacy w Niemczech w zależności od ich życzenia zostaną repatriowani do Polski". Nazajutrz ostatecznie określono powojenny stan posiadania Rzeczypospolitej, dając tym samym podwaliny pod wyniki rozmów w Jałcie. 16 października Mikołajczyk zgodził się nareszcie na stanowisko zajmowane przez Brytyjczyków, choć postulował przyjęcie linii Curzona na wschód od Lwowa. To ponownie poirytowało Churchilla i Edena, którzy opuścili salę konferencyjną. 17 października Mikołajczyk spotykał się z Bierutem, który jasno postawił sprawę podziału miejsc w gabinecie, oczekując zdecydowanej przewagi PKWN-u nad Rządem Emigracyjnym. Bierut odcinał się również od oskarżeń o zależność od Kremla: "Gwarantujemy pełną swobodę politycznego działania. Nie jesteśmy żadnymi agentami sowieckimi, nie chcemy Polski sowietyzować, pragniemy jedynie tylko - Polski demokratycznej i złamania wszelkiej reakcji". Ostatecznie stanęło na odwrotnym parytecie niż ten, który proponował obóz londyński. Konferencja moskiewska zakończyła się zatem fiaskiem wszystkich stron, choć znacznie bliżej uzyskania swoich celów był Stalin, oczekując całkowitego załamania się Mikołajczyka. Premier Rządu Emigracyjnego 22 października powrócił do Londynu. Do Wielkiej Brytanii przybył także Churchill. Obaj politycy musieli stanąć przed swoimi gabinetami, aby zreferować wyniki rozmów moskiewskich. 24 października uczynił to Mikołajczyk, ale ograniczył się on do ogólników. W dwa dni później doszło do spotkania polskiego premiera, Romera i Raczyńskiego z Churchillem i Alexandrem Cadoganem. W ciągu niecałej godziny omówiono dotychczasowe osiągnięcia lub ich brak, a Churchill obiecał wstawiennictwo w kwestii podziału miejsc w nowym rządzie. W tym punkcie wyraził pełne poparcie dla stanowiska Mikołajczyka, ganiąc Bieruta za dziwne pomysły. Następnego dnia premier brytyjski przemawiał przed Izbą Gmin. Nie powiedział nic konkretnego w sprawie Polaków, choć oczywiście nazwał ją "najbardziej naglącą i palącą sprawą". Dalej w tym tonie utrzymywał, iż przed aliantami stoją "dwa kapitalne problemy. Pierwszym jest sprawa wschodniej granicy Polski z Rosją i linii Curzona, jak jest ona nazwana, oraz nowych terytoriów, które mają być oddane Polsce na północy i na zachodzie. To jest pierwsze zagadnienie. Drugim jest stosunek pomiędzy rządem polskim a Lubelskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego". Brytyjczycy nie mieli jednak wątpliwości, iż cała sprawa zostanie rozstrzygnięta na korzyść Stalina. Strona polska postanowiła szukać sprzymierzeńca w Waszyngtonie, zwracając się do prezydenta Roosevelta, który z niepokojem oczekiwał czwartych dla siebie wyborów, skrupulatnie licząc głosy, w tym także od kręgów polonijnych. 26 października Mikołajczyk napisał list do Roosevelta, prosząc o zajęcie przychylnego stanowiska przynajmniej w sprawie Lwowa. Amerykanie zwlekali z odpowiedzią, dając sobie czas na przeprowadzenie wyborów prezydenckich w dniu 7 listopada. Im później wyszłyby na jaw ich matactwa w kwestii Polaków, tym lepiej byłoby dla elekta Roosevelta. 2 listopada nadeszła wreszcie długo oczekiwana odpowiedź Alexandra Cadogana na notę Rządu Emigracyjnego z 31 października. Z listu Brytyjczyka wynikało, iż Wielka Brytania zobowiązuje się do gwarancji terytorialnych przy ustalaniu granic Polski opartych na linii Curzona i linii Odry. Wieczorem doszło do spotkania Mikołajczyka, Romera, Raczyńskiego, Churchilla i Cadogana. Obrady zakończono po północy. Premier brytyjski nalegał, aby Mikołajczyk powrócił do Moskwy, uważając, iż Polak winien uczynić to dużo wcześniej. Na spokojne tłumaczenia Mikołajczyka uniósł się gniewem i wyrzucił: "Dobrze! Niech więc Polacy z Lublina wezmą nadal kierownictwo spraw polskich w swe ręce, skoro go im odebrać nie chcecie. Brudne, obmierzłe, bestialskie Quislingi polskie znajdą się na czele waszego kraju! Wy sobie możecie siedzieć tu dalej, ale Rosja nie zechce już z wami gadać!" Wybuch premiera brytyjskiego nie był pierwszy w historii polsko-angielskich rozmów. Co więcej, Churchill dał Polakom ultimatum - albo w ciągu 48 godzin porozumieją się oni z Sowietami i zgodzą na proponowane warunki, albo bezpowrotnie stracą jego poparcie. Nazajutrz spotkała się Rada Ministrów, która nie zdecydowała się na przyjęcie warunków, ogłaszając tekst uchwały: "Pierwszym warunkiem wstępnym, postawionym Rządowi Polskiemu na Konferencji w Moskwie, od którego uzależnia się porozumienie polsko-sowieckie, jest żądanie natychmiastowego uznania tzw. linii Curzona jako podstawy granicy polsko-sowieckiej. Zważywszy: że - poza względami natury zasadniczej i formalnoprawnej - Rząd Polski miałby, bez prawa odczekania końca wojny i konferencji pokojowej, przyjąć niezwłocznie i definitywnie nową granicę Polski na wschodzie, że natomiast ustalenie i zatwierdzenie nowych granic Polski na zachodzie i północy miałoby nastąpić dopiero po układzie pokojowym, że niepodległość, suwerenność i integralność terytorialna Polski w nowych granicach nie może być w obecnym stanie rzeczy w pełni i trwale zagwarantowana przez Główne Mocarstwa Zjednoczone, że Rząd Stanów Zjednoczonych nie miał dotychczas możności zająć stanowiska w tych sprawach - Rząd Polski - aczkolwiek całkowicie docenia naglącą potrzebę porozumienia polsko-sowieckiego, gorąco go pragnie i nie zrezygnuje z dążeń i wysiłków do jego osiągnięcia - nie widzi możności wyrażenia swej zgody na warunki postawione na Konferencji w Moskwie i zwraca się o ponowne rozpatrzenie w najbliższej przyszłości całokształtu tych spraw w gronie Trzech Głównych Mocarstw Zjednoczonych z udziałem Rządu Polskiego". Następnie tekst przekazano Brytyjczykom i Amerykanom. Strona polska wyraźnie zwlekała, starając się rozegrać sprawę rękami Amerykanów, choć ci nadal nie informowali sojusznika o swoich postanowieniach w tej kwestii. 6 listopada doszło natomiast do spotkania Mikołajczyka, Romera i Raczyńskiego z Edenem i Cadoganem. Rozmowy przebiegały w przyjaznej atmosferze, a szef Foreign Office wydawał się rozumieć rozterki adwersarzy. Mimo to doradzał im przyjęcie warunków radzieckich. Stalin wciąż czekał i nie niecierpliwił się, wiedząc, iż czas gra na jego korzyść.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków