Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Jedna śmierć to tragedia, milion - to statystyka", Józef Stalin

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Zamach na Franza Kutscherę


Akcja "Kutschera", mimo iż nie była największą operacją polskiego podziemia, jest ogólnie znanym epizodem z czasów walki z zaborcą niemieckim. Kim był główny bohater całego przedsięwzięcia? Franz Kutschera - SS-Brigadeführer und Generalmajor der Polizei, dowódca SS i policji w dystrykcie warszawskim. Urodzony 22 lutego 1904 roku. W SS legitymował się numerem 19 659, w NSDAP 363 031. W początkowym okresie wojny zajmował wiele odpowiedzialnych stanowisk na obszarze całej Europy, podbijanej przez Niemców. Był m.in. w Norwegii, Holandii, Belgii także w Związku Radzieckim. Wszędzie dał się poznać ze swoich bezwzględnych metod działania. Był człowiekiem całkowicie oddanym ideologii nazistowskiej. 25 września 1943 roku objął stanowisko szefa SS i policji w dystrykcie warszawskim. Czas objęcia funkcji przez Kutscherę był zbieżny z rozporządzeniem Hansa Franka, traktującym o zwalczaniu zamachów na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Dokument ten był niejako wymówką i podstawą do mordowania Polaków. Kara, jaką przewidywał była tylko jedna - kara śmierci. Kutschera od razu dał się we znaki mieszkańcom Warszawy. Już 16 października odbyła się pierwsza egzekucja. Franz Kutschera był doskonałym psychologiem. Wiedział, iż publiczne egzekucje, zastraszanie ludności, życie w ciągłym stresie, gdzie każde wyjście z domu mogło skończyć się śmiercią, złamie w końcu ludność Warszawy. Miał rację. Silni do tej pory mieszkańcy stolicy zaczynali spuszczać głowy, bezsilni w starciu z Niemcami. Kolejne egzekucje następowały po sobie w niewielkich odległościach czasowych. Kutschera ogłosił, iż w odwecie za każdego zabitego Niemca, mordowani będą publicznie Polacy. Kierownictwo Walki Podziemnej stanęło przed nie lada dylematem. Z jednej strony zamachy na niemieckich dygnitarzy dawały wymierne korzyści, z drugiej jednak strony - teraz to przede wszystkim ludność mogła ucierpieć na wskutek akcji Polskiego Podziemia. Mimo dużego zagrożenia, podjęto decyzję o zlikwidowaniu Franza Kutschery. Szef SS dostał się na jedno z wyższych miejsc w tzw. Akcji "Główki".

Cała akcja musiała być poprzedzona dokładnymi przygotowaniami. Jednak w zlikwidowaniu Kutschery pomógł... przypadek. Aleksander Kunicki ps. "Rayski" prowadził akurat wywiad w pobliżu Alei Szucha i Ujazdowskich. Jego uwagę zwróciła na postać oficera SS, który codziennie przyjeżdżał do pałacyku w Alejach Ujazdowskich - siedziby komendantury SS i policji. Każdego ranka pod pałacyk zajeżdżała czarna limuzyna o numerze rejestracyjnym SS-20795, z której wysiadał dostojnik hitlerowski w skórzanym płaszczu. Zaciekawiło to "Rayskiego", który swoją obserwację przerzucił teraz na osobę oficera SS. Dzień po dniu, obserwując Niemca, zbliżał się do miejsca, z którego przybywał samochód. I tak, dotarł do budynku w alei Róż 2. Jednego dnia "Rayski" zauważył generalskie odznaczenia, co nasunęło mu prostą myśl - oficerem, którego obserwuje od tylu już dni, jest szef SS i policji, Franz Kutschera. "Rayski" zameldował o tym kapitanowi "Pługowi". Kapitan polecił dalej obserwować generała. W grudniu 1943 i styczniu 1944 roku Kutscherę obserwował zespół złożony z kilku osób. I tak w całym przedsięwzięciu brali udział następujący żołnierze: "Żak", "Kama", "Dewajtis", "Hanka" oraz "Rayski". Ustalono, iż obserwowany oficer to na pewno osławiony niemiecki oficer. Kapitan "Pług" zameldował o tym pułkownikowi Emilowi Fieldorfowi "Nilowi". Ten z kolei zlecił wykonanie akcji zamachowej. 20 stycznia 1944 roku "Rayski" złożył końcowy meldunek o zakończeniu obserwacji. Dowództwo martwiła tylko nieregularność przyjazdów celu przyszłego ataku. Rzadko, jednak zdarzało się, iż Kutschera do urzędu nie przyjeżdżał. Mimo tego Polacy postanowili dokonać zamachu, zakładając jednak element losowości. Kapitan "Pług" uznał, iż na podstawie informacji od "Rayskiego" można zacząć organizować całą akcję. Przygotowaniami zajął się pluton pierwszy oddziału "Agat". Jego dowódca ps. "Lot" osobiście miał zamiar pokierować akcją "Kutschera". Wywiad pozostawał na swoich pozycjach, nadal obserwując szefa SS. Z kolei Bronisław Pietraszewicz ps. "Lot" zabrał się do formowania oddziału, który miałby wykonać zamach. Na swego następcę wybrał Jana Kordulskiego "Żbika". W skład grupy miał również wejść Michał Issajewicz "Miś". Do tego dobrano jeszcze trzy osoby - Zdzisława Poradzkiego "Kruszynkę", Henryka Humięckiego "Olbrzyma" i Mariana Sengera "Cichego". Początkowo oddział miał mieć dwa samochody, potem dołożono jeszcze trzeci, gdyż uznano, iż jest on niezbędny przy przeprowadzeniu wyroku na Kutscherze i ewentualnej szybkiej ewakuacji.

Taktyka obrana przez Polaków nie wyróżniała się szczególnie na tle innych akcji likwidacyjnych. Zwrócić trzeba uwagę na dobór sił i środków oraz trudności logistyczne. Organizacja przedsięwzięcia tego typu wymagała daleko idących środków ostrożności, szczególnie w okupowanej Warszawie. "Lot" postanowił zatarasować drogę przewożącemu generała samochodowi. Autem miał kierować "Miś". Następnie dojść miało do strzelaniny bądź ataku granatami, co umożliwiłoby skuteczne trafienia. Dwoma pozostałymi samochodami Kazimierz Sott ps. "Sokół" oraz Bronisław Hellwig ps. "Bruno". 28 stycznia o godzinie 8:40 wszyscy byli gotowi na swych stanowiskach. Łącznicy czekali na nadjeżdżający samochód. Niestety, dzień ten był jednym z nielicznych, gdy Franz Kutschera nie jechał do komendantury SS. O godzinie 9:30 "Lot" dał sygnał do zejścia ze stanowisk. Po akcji należało bezpiecznie rozejść się do domów. "Bruno" wędrował razem z kolegą z oddziału "Junem" (Zbigniew Gęsicki). Spotkali oni "Kruszynkę" oraz "Żbika" i razem udali się w dalszą drogę. Szli parami. Z uliczki wyszedł patrol żandarmerii. Pierwsza para przeszła obok niego obojętnie. Natomiast druga została zaczepiona przez Niemców. "Żbik" i "Kruszynka" znaleźli się w opałach. Ponieważ "Kruszynka" miał przy sobie obciążające go dowody planowanej akcji zbrojnej, rzucił się do ucieczki. "Żbik" zaczął uciekać w drugą stronę. Drugi z żołnierzy dostał postrzał w przedramię, co wykluczyło go z akcji. "Bruno" i "Juno" zostali zrewidowani przez żandarmów, jednak nie mieli przy sobie nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia. Nie przyznali się też do znajomości z uciekinierami. Puszczono ich wolno. "Żbik", niestety silnie krwawiący, schronił się u ciotki, gdzie wezwano lekarza. Ręka nie nadawała się jednak do leczenia. 1 lutego odbyła się operacja ręki, połączona jednocześnie z amputacją. Nazajutrz kapitan "Pług" ustalił drugi termin akcji. Miała ona odbyć się we wtorek 1 lutego 1944 roku. "Lot" wybrał na następcę "Żbika" Stanisława Huskowskiego "Alego". Do akcji włączył również "Juna".

Wyposażenie żołnierzy, biorących udział w zamachu, przedstawiało się następująco:
"Lot" - dowódca i pierwszy wykonawca: pistolet maszynowy typu MP 40, pistolet Vis oraz granat
"Ali" - z-ca dowódcy: granaty
"Kruszynka" - drugi wykonawca: p.m. typu Sten i granaty
"Miś" - kierowca i trzeci wykonawca: 2 pistolety typu Parabellum, granaty
"Cichy" - ubezpieczenie: p.m. typu Sten, pistolet typu Parabellum i granaty
"Olbrzym" - ubezpieczenie: p.m. typu Sten, pistolet typu Parabellum, granaty
"Juno" - ubezpieczenie: p.m. typu Sten, pistolet typu Vis, granaty
"Bruno" - kierowca: 2 pistolety typu Parabellum, granaty
"Sokół" - kierowca: 2 pistolety typu Parabellum, granaty

Akcja rozpoczęła się o godzinie 9:10, gdy "Lot" niedbałym gestem zdjął kapelusz, co było umownym sygnałem do rozpoczęcia całego przedsięwzięcia. Wcześniej jednak nastąpiła praca innych wywiadowców - Maria Stypułkowska-Chojecka ps. "Kama", w momencie zauważenia samochodu Kutschery", zawiesiła pelerynę na prawej ręce. Następnie przeszła na drugą stronę ulicy. Na ten sygnał Elżbieta Dziębowska ps. "Dewajtis" podeszła do chodnika i wyciągnęła białą torebkę. Przeszła na drugą stronę, podobnie jak "Kama". Anna Szarzyńska-Rewska ps. "Hanka" odebrała znak od "Dewajtis" i przekazała ustnie sygnał "Lotowi". Ten z kolei dał wcześniej opisywany znak do rozpoczęcia akcji. Wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Najpierw "Miś" zatarasował samochodem drogę Kutschery. Następnie "Lot" przeszedł z narożnika Alei Ujazdowskich i z odległości metra zaczął strzelać do siedzącego Kutschery. W tym samym czasie w kierunku samochodu pędem ruszył drugi wykonawca zamachu. "Kruszynka" strzelił w stronę Kutschery. "Miś" wyskoczył z samochodu i razem z "Kruszynką" wywlekli Kutscherę, którego dobił "Miś". Żołnierze stracili trochę czasu, szukając ważnych dokumentów Franza Kutschery, których jednak nie znaleźli. W zamian za to wzięli oni teczkę zabitego. Rozpoczęła się walka. Z pobliskich budynków posypały się strzały. Pierwszy został ranny "Lot". Dostał w brzuch. Niemcy ranili jeszcze w głowę "Misia" oraz w brzuch "Cichego". Niestety, nikt nie słyszał rozkazu zakończenia akcji, gdyż "Lot" był ranny, a jego zastępca "Ali" nie mógł wydać dyspozycji, gdyż ruszył już do samochodów przeznaczonych do ucieczki. "Bruno" zabrał "Kruszynkę" i "Alego", natomiast "Sokół" wziął ze sobą rannych "Misia", "Lota", "Olbrzyma" oraz "Cichego" i zdrowego "Juno". Skierowali się na plac Bankowy, skąd zabrali "Doktora Maksa". Następnie udali się do Szpitala Maltańskiego, gdzie przyjęto lżej rannych "Misia" i "Olbrzyma". Dwaj pozostali zamachowcy nie mogli być przyjęci do szpitala. Rozpoczęła się ich walka z czasem i lekarzami. Żaden ze szpitali nie chciał ryzykować przyjęcia ciężko rannych pacjentów, którzy dodatkowo zamieszani byli w akcję likwidacyjną. Wreszcie udało się członkom Polskiego Podziemia znaleźć odpowiednią placówkę. Ich tułaczka skończyła się na szpitalu Przemienienia Pańskiego. "Sokół" i "Juno" z kolei udali się, aby odholować samochód, użyty w akcji. Popełnili jednak duży błąd, wracając trasą, na której dokonano zamachu. Na moście Kierbedzia zaskoczyli ich Niemcy. Obaj ratowali się skokiem do Wisły, skąd zostali wyłowieni przez Niemców. Na tym dramat zamachowców się jednak nie skończył. "Lot" i "Cichy" musieli zostać ewakuowani ze Szpitala Przemienienia Pańskiego. Zagrażali im Niemcy, którzy szybko zorientowali się w sytuacji. Polacy mieli zostać przewiezieni do Szpitala Wolskiego ("Lot") oraz do Szpitala Ujazdowskiego ("Cichy"). Niestety, i tym razem "Cichy" nie został przyjęty. Postanowiono przewieźć go zatem do Szpitala Maltańskiego.

4 lutego 1944 roku zmarł "Lot", w dwa dni później to samo spotkało "Cichego". Akcja, mimo iż udana, przyniosła straty osobowe oraz materialne. Utracono 4 ludzi oraz 3 Steny, jeden PM-40 i 8 sztuk pistoletów. Nieprzyjaciel utracił generała, który był głównym celem ataku oraz 4 żandarmów. Nic dziwnego, iż załoga wykonująca zamach, została nagrodzona. Rozkazem KG AK przyznano: Kapitan "Pług" - Krzyż Orderu Virtutti Militari kl. V, "Lot" - został mianowany pośmiertnie porucznikiem czasu wojny i odznaczony Krzyżem Orderu Virtutti Militari kl. V, Ponadto Krzyże Walecznych otrzymali "Cichy", "Sokół", "Juno", "Olbrzym", "Kruszynka", "Miś", "Bruno", "Hanka", "Kama" i "Dewajtis". Podporucznikiem został mianowany "Rayski".


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków