Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Wprowadzenie komunizmu w Polsce byłoby podobne do nałożenia siodła na krowę", Józef Stalin

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






"Szósty batalion"



Rok premiery - 2005

Czas trwania - 132 minut

Reżyseria - John Dahl

Scenariusz - Carlo Bernard, Doug Miro

Zdjęcia - Peter Menzies Jr.

Muzyka - Trevor Rabin

Tematyka - amerykańska operacja uwolnienia jeńców przetrzymywanych przez Japończyków podczas zmagań na Pacyfiku.


„6. Batalion”, „9. Pułk”, „Kompania Braci” – wszystko, co kojarzy się z funkcjonowaniem armii może być idealnym elementem chwytliwego tytułu. Chwytliwego, bo z miejsca przykuwa spojrzenie człowieka, dla którego zainteresowanie historią II wojny światowej w naturalny sposób wyznacza gust kinematograficzny. Nawet podczas cotygodniowej lektury „Tele Tygodnia” spojrzenie przeskakujące z kolejnych programów bez trudu rejestruje to, co może być przydatne w kolejnych pracach. Ba, czasem trafi się coś, co może sprawić przyjemność podczas wieczornego seansu. Sam na sam z telewizorem, jakież to romantyczne. Abstrahując od przeżyć piątkowego wieczoru, przyznać trzeba, iż twórcy dzieł filmowych nieustannie dbają o widzów, zapewniając im permanentną rozrywkę. 2005 rok miał być rokiem „6. Batalionu”. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że szykuje się nam hit na miarę najważniejszych wojennych superprodukcji. Ogromny budżet, obsada aktorska i świetny scenariusz napisany przez matkę historię były jednak argumentami, które szybko przepadły w lawinie krytycznych dyskusji.

Amerykańskie kino historyczne ma to do siebie, że miłuje patos i zadęcie. „Pearl Harbor” i inne jemu podobne opowieści z flagą i hymnem w tle umacniały mnie w przekonaniu, że naród amerykański lubuje się w swojej przeszłości, niezależnie od tego, jak jest ona prezentowana – byleby było z pompą i obowiązkowo poważnie. Nie mam nic przeciwko wzniosłym scenom, choć tradycyjne wyciskacze łez średnio na mnie działają. Gdy jednak sztampa przesłania najważniejsze aspekty obrazu, coś jest nie tak. „6. Batalion” to klasyczna opowieść o bohaterskich amerykańskich żołnierzach. Jedną grupą stanowią dzielni wojacy zamknięci przez niedobrych Japończyków w obozie jenieckim. Sadystyczni nadzorcy, okrutny komendant i spartańskie warunki życia sprawiają, iż szybko wykształca się obozowe podziemie. Poznajemy zatem przywódcę grupy uwięzionych – mjr Gibsona. W rolę tę wcielił się Joseph Fiennes, znany z kolejnej superprodukcji wojennej „Wróg u bram”. Niestety, jego postać jest płytka i niczym nie zaskakuje. O wiele lepiej prezentuje się przyjaciel majora, który stara się nim opiekować, jednocześnie obmyślając kolejny plan ucieczki. Szkoda, iż jest to postać trzecioplanowa i nie ma większego wpływu na akcję. Jedyną godną uwagi sceną będącą doskonałym podsumowaniem rzeczywistości obozu jenieckiego, jest obraz zbiorowej egzekucji więźniów przy zastosowaniu odpowiedzialności zbiorowej. Dla Amerykanów – z pewnością mocno szokujące. Dla polskiego widza – brutalna norma II wojny światowej odartej z szat wzniosłości. Reszta postaci także niczym się nie wyróżnia, a mamy przecież spojrzenie na Japończyków, filipińskie podziemie i, wreszcie, bohaterskich żołnierzy US Army, którzy zmierzają do obozu z odsieczą. Plan jest prosty – odbić jeńców i wykonać śmiertelnie niebezpieczną operację na zapleczu japońskiego frontu. Każdy dzień spóźnienia może kosztować życie przebywających za kolczastym drutem kolegów. W całość wmieszała się oczywiście kobieta, bo bez romansu film wojenny istnieć nie może. Biorąc jednak pod uwagę nieudolność w konstruowaniu wątku panny Margaret Utinsky, ograniczę się do stwierdzenia, iż wybranka majora była, działała w podziemiu i wykazywała się skrajną głupotą. Jak na konspiratorkę, marna to laurka.

Było już trochę o grze aktorskiej. Żeby nie przeciągać tematu, dodam jeszcze kilka słów. Nikt nie zachwyca, żadna z kreacji nie zapada w pamięć. James Franco w roli kapitana Prince’a jest mocno groteskowy – jego rozterki nijak się mają do stanowiska, które sprawuje. Brakuje mu wewnętrznej siły, przyznane mu dowództwo to raczej kwestia przypadku niż atrybutów prawdziwego żołnierza. Spłycono także wątek filipiński, przez co okupację japońską widzimy jedynie w strzępkach. Migawki z życia codziennego na wyspach nie są wystarczające do ukazania pełnego obrazu wojennej rzeczywistości. Także współpraca amerykańsko-filipińska ukazana jest z jednej perspektywy – Filipińczycy po prostu są. Zmarnowano chociażby możliwość wykorzystania motywu rozpoznania terenu – w konsekwencji Amerykanie podchodzą pod obóz i idą się strzelać z Japończykami. Trochę to płytkie. Niestety, nadmierne uproszczenie szeregu wątków powoduje, iż film traci na wartości. Jakby tego było mało, część scen niczego do fabuły nie wprowadza – po prostu wieje nudą. Melodramatyczne ujęcia miały chwycić za serce. Tymczasem chwycić musieli się producenci. I nie za serce, a za kieszenie. Za serce być może też, gdy zobaczyli efekt końcowy dzieła i wyniki finansowe produkcji, które w jasny sposób pokazują, jakim zainteresowaniem cieszył się film zapowiadany jako hit – kinematograficzny i kasowy.

Amerykańscy komandosi szturmujący japoński obóz dla jeńców wojennych? To nie zdarzało się codziennie, choć historie wielkich ucieczek zdumiewają do dziś. W filmie nie mamy ani odrobiny emocji. No, może poza sceną rozstrzeliwania. Tam rzeczywiście jest dramatycznie, ale podobną prezentację tego typu procederu już znamy, więc trudno o zdumienie. Ani zdjęcia, ani muzyka nie rzucają na kolana. Ot, zrobione na solidnym poziomie, przy czym ścieżka dźwiękowa z filmu szybko ucieka. Podobnie jak cały film, którego właściwie nie pamięta się tuż po wyjściu z sali kinowej. Na pochwałę zasługują natomiast efekty specjalne, których może nie ma za wiele, ale kiedy już są, stoją na niezłym poziomie. Sceny walki być może nie zostały zrobione z takim rozmachem, jak w „Szeregowcu Ryanie”, ale nie można odmówić im specyficznego uroku, który podnosi ciśnienie u każdego kinomana.

Nie chcę jednoznacznie stwierdzać, że „6. Batalion” to kiepski film bez potencjału. Potencjał był bowiem w świetnej historii i możliwości sklecenia niezłego scenariusza. Niestety, zmarnowano go wykonaniem. Nieprzekonujące kreacje aktorskie, marne dialogi i wszechogarniająca nuda sprawiają, iż zamiast historycznego kina akcji, z wyrazistymi postaciami i świetnymi zapadającymi w pamięć dialogami dostajemy produkt średniej klasy, który warto obejrzeć w ramach ciekawostki.

Ocena:


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków