Zamach na Dwighta Davida Eisenhowera

Czym byłyby wielkie armie bez wielkich dowódców? Wydaje się, iż to właśnie wojskowi na najwyższych szczeblach decydują o losach konfliktów, choć rzadko kiedy zdarza się, by szli do boju ramię w ramię ze swoimi podwładnymi. Mimo wszystko są armii niezbędni – jako planiści, organizatorzy, kwatermistrzowie, wreszcie duchowi przywódcy zdolni do tego, by pociągnąć za sobą żołnierzy i wysłać ich do walki. Okres II wojny światowej obfitował w dowódców, którzy nie bali się podjąć ryzyka, często kierowali poczynaniami swoich wojsk na pierwszej linii frontu. Wciąż żywe są wspomnienia o Erwinie Rommlu czy Waltherze Modelu, którzy wielokrotnie udawali się do ostrzeliwanych miejsc i już samym swym pojawieniem się na polu walki dodawali otuchy bijącym się oddziałom. Znane są przekazy o gen. Douglasie MacArthurze szturmującym hotel w Manili z pistoletem w ręku. Zawzięty amerykański dowódca przeszedł do legendy kampanii na Pacyfiku, stając się symbolem niesłabnącego oporu i hartu ducha. W Europie szalał gen. Patton, zaciekle szarżujący przez Francję. Wszyscy wymienieni byli jakby przeznaczeni do walki. To był ich żywioł i ich miejsce. Mimo tego to nie im przyszło decydować o losach konfliktu. 5 czerwca 1944 roku wiążące decyzje, które w konsekwencji doprowadziły do otwarcia drugiego frontu w zachodniej części Europy i lądowania sił sprzymierzonych w Normandii, podejmował Dwight David Eisenhower, dowódca, który właściwie niczym się nie wyróżniał spośród setek innych amerykańskich generałów. Chociaż nigdy nie odnosił sukcesów w polu, dał się poznać jako świetny oficer sztabowy, doskonale radzący sobie z organizacją i planowaniem. W 1942 roku został mianowany Naczelnym Dowódcą Sił Amerykańskich w Afryce Północnej, później dowodził wojskami lądującymi na Sycylii w ramach operacji „Husky” i wreszcie w 1944 roku objął dowodzenie nad planowaną operacją otwarcia drugiego frontu we Francji, która przeszła do historii jako „Overlord”. Następnie kierował poczynaniami wojsk podczas mozolnego marszu w kierunku północnym i zachodnim. Przez otoczenie opisywany był jako człowiek obdarzony charyzmą i umiejętnościami dyplomatycznymi. Powszechnie szanowany cieszył się popularnością, a kolejne zwycięskie kampanie wyrobiły mu markę naczelnego dowódcy amerykańskiego. Nic dziwnego, iż jego postać szybko zainteresowała Niemców – był przecież groźnym przeciwnikiem i mózgiem operacji alianckich. Chociaż sprzymierzeni dysponowali wieloma dowódcami na podobnym poziomie, strata Eisenhowera byłaby silnym ciosem wymierzonym w samo serce ich wojskowej administracji. Być może właśnie z takich pobudek zrodził się plan szalonej operacji.

We wrześniu 1944 roku alianci przeprowadzili kolejną z „szalonych” operacji, które w ich mniemaniu miały rozstrzygnąć losy konfliktu jeszcze przed Bożym Narodzeniem. To, co było nieodległym planem, pozostało jedynie w sferze marzeń, bowiem operacja „Market-Garden” okazała się kompletną klapą. Mimo poświęcenia żołnierzy wielonarodowej armii, nie udało się im wygrać bitwy o Arnhem, co ostatecznie przesądziło o fiasku planów marsz. Montgomery’ego i gen. Eisenhowera, który nieopatrznie zaakceptował plan desantu na holenderskiej ziemi. Mimo niepowodzenia, kolejne tygodnie przyniosły szereg sukcesów i w listopadzie wolna była nie tylko Francja, ale i kraje niderlandzkie, dzięki czemu wojska sprzymierzone stanęły u wrót III Rzeszy, a w niektórych miejscach wdarły się już na jej terytorium, zajmując chociażby Akwizgran. Adolf Hitler, przywódca Niemiec, stanął w obliczu dwustronnej klęski – z zachodu nadciągali Amerykanie i Brytyjczycy, ze wschodu Sowieci i Polacy. Siłom Wehrmachtu groziło wyniszczenie na ojczystej ziemi – coś, czego Niemcy nie zdążyli zaznać podczas I wojny światowej teraz było już tylko nieodległą przyszłością.

Być może to właśnie dlatego nazistowski wódz wpadł na szalony pomysł, który rzekomo miał jeszcze odwrócić losy II wojny światowej i oddalić widmo klęski. Zwycięstwo było jednak już tak daleko, iż nawet najbardziej śmiały plan nie mógł go przybliżyć. Hitler nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, wciąż wierząc, iż stanie się cud, a jego wojska nagle przechylą szalę na swoją korzyść. W listopadzie 1944 roku przedstawił zatem śmiały plan ofensywy i uderzenia na alianckie wojska na kierunku Antwerpii. Choć wielu wyższych dowódców było zszokowanych pomysłem, odmawiając mu realizmu, niewielu zdecydowało się na otwarty sprzeciw. Dyktator uparł się i nic nie było w stanie przekonać go, iż ofensywa w Ardenach może się nie powieść w myśl optymistycznych założeń. Nie zagłębiając się w historię operacji „Wacht am Rhein”, musimy przenieść się do Berlina, gdzie jesienią 1944 roku zapadały decyzje na najwyższym szczeblu.

21 października do Wilczego Szańca przybył Otto Skorzeny. Miał zdać relację z porwania syna węgierskiego przywódcy, Miklosa Horthy’ego. Operacja „Mickey Mouse” zakończyła się pełnym sukcesem, a Niemcy uzyskali zdecydowanie większy wpływ na decyzje podejmowane w Budapeszcie. Gdy niemiecki oficer chciał się pożegnać z przywódcą, ten dość tajemniczo powiedział mu: „Pragnę przydzielić panu najważniejsze zadanie. W grudniu Niemcy rozpoczną wielką ofensywę. Może ono zadecydować o jej powodzeniu”. O co chodziło Hitlerowi? Dlaczego zwrócił się do Skorzenego, który przecież w nazistowskiej hierarchii nie znajdował się na szczycie? Wiemy już, że Hitler planował wielką ofensywę, której głównym założeniem było zniszczenia amerykańskiego zgrupowania wroga i odsunięcie widma klęski od terytorium III Rzeszy. Niemiecki przywódca doskonale zdawał sobie sprawę, iż pierwsze skrzypce w koalicji aliantów zachodnich grali w tym okresie Amerykanie. Liczebność ich wojsk stale wzrastała, ze Stanów Zjednoczonych przysyłano sprzęt i wyposażenie, a słabnąca siła Imperium Brytyjskiego nie równoważyła już potencjału militarnego, ekonomicznego i politycznego sojusznika. Francuzi dopiero budzili się do życia, wobec czego to USA miało przesądzić o losach konfliktu. Cios wymierzony w samo serce US Army i zwycięski marsz na Antwerpię byłyby pierwszym krokiem do wyniszczenia wojsk amerykańskich na kontynencie europejskim. O ile likwidacja serca pozbawiłaby Amerykanów manewru, o tyle zamach na mózg ich operacji ostatecznie pogrążyłby wojska w chaosie. A o sile tego mózgu stanowił w tym czasie Dwight David Eisenhower. Co gorsza, alianci nie mieli dowódczej alternatywy na stanowisko zajmowane przez popularnego Ike’a. Nie ma się jednak co czarować – po krótkim bezkrólewiu miejsce Eisenhowera szybko zająłby jeden z jego współpracowników. Patton odpadał ze względu na porywczy charakter, ale już Bradley świetnie nadawał się do roli przywódcy, a przyjaźń z Eisenhowerem predysponowała go do kontynuowania drogi obranej przez Ike’a. Niemcy musieli jednak dopaść Eisenhowera – gdyby jednak jego porwanie mogło nie wchodzić w grę, należało zorganizować zamach.

Wybór padł na Obersturmbahnfuhrera Otto Skorzenego nie bez przyczyny. Nazistowski oficer nie był postacią anonimową, a Hitler zawdzięczał mu całkiem sporo i miał do niego pełne zaufanie. We wrześniu 1943 roku Skorzeny zorganizował i przeprowadził brawurową akcję odbicia Benito Mussoliniego z rąk żołnierzy włoskich. Duce, przetrzymywany na stokach masywu Gran Sasso, w hotelu Campo Imperatore, został wyswobodzony i bez trudu uciekł Pietro Badoglio i jego poplecznikom z niedawno sformowanego rządu, który we wrześniu 1943 roku podpisał separatystyczny pokój z aliantami. Operacja uwolnienia włoskiego dyktatora przebiegała szybko i sprawnie – Niemcy przylecieli, zabrali Mussoliniego i odlecieli, właściwie nie niepokojeni przez nieprzyjaciela. Hitler wyraził wdzięczność pomysłowemu dowódcy i dobrze zapamiętał jego nazwisko. Od tamtej chwili to Skorzeny stał się głównym kandydatem do wykonywania niebezpiecznych misji, często z góry skazywanych na porażkę. W październiku 1944 roku fuhrer zaproponował mu misję jeszcze bardziej ryzykowną, choć ewentualny zamach na Eisenhowera był zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Zaplanowano bowiem operację „Greif”, co w wolnym tłumaczeniu oznaczać może „Gryfa”. Jej głównym założeniem były akcje dywersyjne na tyłach amerykańskiej armii. Wśród fajerwerków przygotowanych dla żołnierzy wroga znalazło się miejsce i dla Ike’a. Specjalnie wyselekcjonowany oddział niemiecki miał udawać Amerykanów, poruszać się w jeepach w nieprzyjacielskich mundurach i bruździć, ile tylko można. W rzeczywistości ich działalność sprowadzała się do kilku przestawionych znaków, niezwykłego zamieszania na tyłach nieprzyjaciela i dziesiątek szybko wyłapanych nazistów, którzy dostarczyli aliantom informacji dotyczących nowej operacji sabotażowo-dywersyjnej. Niemcy bitwę o Ardeny przegrali, ludzie Skorzenego przepadli – jeśli mieli szczęście dostali się do niewoli i darowano im życie, część jednak postawiono przed poligonem i rozstrzelano.

Wróćmy jednak do Eisenhowera. Gdy w grudniu 1944 roku niemieccy komandosi przystąpili do wykonania szalonego planu o amerykańskim generale wiedziano wciąż niewiele. Przeprowadzone operacje wywiadowcze nie przyniosły efektu i w konsekwencji ani Skorzeny, ani jego podwładni jeszcze w październiku nie wiedzieli, gdzie ulokowana jest kwatera głównodowodzącego wojsk alianckich. Jak pisze Charles Whiting, w listopadzie Niemcy wzięli do niewoli trzech oficerów OSS, amerykańskich służb wywiadowczych. Nie wiadomo, ile zdradzili przesłuchującym ich Niemcom, ale zapewne wypłynęły jakieś kwestie dotyczące Eisenhowera, który także jako żywo interesował nazistów. Biorąc pod uwagę inne źródła informacji, szpiegów rozmieszczonych wśród Amerykanów, Brytyjczyków i, co najważniejsze, Francuzów, Skorzeny mógł poznać lokalizację kwatery głównej generała, choć stuprocentowej pewności nie miał. Sam Ike stronił od ujawniania wiadomości o kolejnych posunięciach, zdając sobie sprawę, iż jego osoba może być łakomym kąskiem dla ewentualnych zamachowców. Nie ma się co dziwić środkom bezpieczeństwa podjętym przez kwaterę główną. Jej działalność nie mogła być zakłócona przez akcje przeciwnika, a już narażanie życia w ogóle nie wchodziło w grę, wobec czego zarówno obstawa Eisenhowera jak i jego wypady na front były doskonale zorganizowane, a spotkania dokładnie rozplanowane.

Pod koniec października do niemieckich jednostek skierowano rozkaz, w którym zamieszczono nietypowe ogłoszenie – poszukiwano żołnierzy biegle posługujących się językiem angielskim. Autorem rozkazu był Wilhelm Keitel, którego mocno skrytykował Skorzeny, zdając sobie sprawę, iż amerykański wywiad nie śpi i tylko czyha na tego typu informacje, przez co całej grupie groziła szybka dekonspiracja. Mimo wszystko do misji, o której właściwie niewiele było wiadomo, zgłosiło się kilkudziesięciu ludzi. Część z nich całkiem nieźle posługiwała się językiem angielskim, choć umiejętności lingwistyczne większości ocenić można było najwyżej jako średnie. Skorzeny szybko rozpoczął szkolenie, a żołnierze otrzymali pomoc językową, która miała doszlifować ich umiejętności posługiwania się odmianą języka angielskiego, tzw. American-English, który charakteryzuje się nie tylko różnicami w akcencie i wymowie niektórych słów, ale i specyficznym słownictwem. Wszystkich obowiązywała tajemnica. Część żołnierzy miała pewne wątpliwości co do legalności określonych przez Skorzenego działań. Dowódca przewidywał bowiem, iż do sabotażu wykorzystane zostaną amerykańskie mundury i sprzęt (także zdobyty już wcześniej), co z kolei groziło rozstrzelaniem w przypadku złapania. Jak się później okazało, zapewnienia Skorzenego o legalności misji tylko częściowo odpowiadały prawdzie i szereg żołnierzy niemieckich postawiono przed plutonem egzekucyjnym. Charles Whiting dostrzega, iż to na etapie szkolenia pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Niemcy zamierzają porwać bądź zabić Eisenhowera. Ile w tym prawdy? Nie do końca wiadomo, bowiem Skorzeny konsekwentnie wypierał się nie tylko planowania zamachu, ale i dowodzenia zorganizowaną grupą, która siała spustoszenie na tyłach wojsk alianckich w okresie biwy o Ardeny. Inna sprawa, że pojmani niemieccy żołnierze poinformowali przeciwnika o rzekomej misji. Wiadomości tego typu docierały również do ppłk Gordona Sheena, który był w tym czasie oficerem kontrwywiadu, zajmując się między innymi raportowaniem o doniesieniach z obozu wroga. 16 grudnia spiskowcy zostali przydzieleni do 6. Armii Pancernej. Niektórzy zdawali sobie sprawę, iż misja ta nie ma większych szans powodzenia i może zostać określona samobójczą. Część załóg Skorzenego wyruszyła na front już 12 grudnia, mozolnie przebijając się przez linie amerykańskie.

Początek ofensywy niemieckiej był sporym zaskoczeniem dla defensywy aliantów. Amerykanie nie spodziewali się nagłego uderzenia i w pierwszych godzinach ofensywy w Ardenach zmuszeni byli do wycofywania się. Mimo tego Niemcy szybko wypadli z „rozkładu jazdy” zaplanowanego na kolejne dni i notowali znaczące opóźnienia. Miało to spory wpływ na losy operacji „Greif”, której powodzenie zależało od kilku czynników – zaskoczenia, zdobycia odpowiedniego terenu i… szczęścia. Łącznie blisko 3300 ludzi w 150. Brygadzie Pancernej. Grupa kierowana przez kpt. Stielaua miała do dyspozycji około 30 jeepów, w których zasiadało po czterech ludzi. Sęk w tym, że Amerykanie z reguły jeździli jeepami po dwóch, więc z miejsca wydało się podejrzane, iż ktoś wozi się czwórkami. Najgorsze były jednak wpadki językowe – Niemcy znający angielski bardzo często nie dostrzegali bądź po prostu nie wiedzieli o różnicach pomiędzy dialektami brytyjskim i amerykańskim, przez co dobierali słownictwo nieodpowiednie do sytuacji. Bodaj najważniejszą pomyłką, którą wielu historyków opisywało później jako kluczową, było złe zastosowanie słowa „petrol”, którego powszechnie używali w tym czasie Brytyjczycy. Amerykanie woleli własną odmianę – „gas”, o czym Niemcy nie wiedzieli. Tak czy inaczej, tuż po rozpoczęciu ofensywy siły Skorzenego (choć on sam gdzieś zniknął i właściwe kierowanie operacją pozostawił dowódcom polowym) ruszyły do natarcia, przestawiając tablicę, wprowadzając w błąd przejeżdżające kolumny wojsk nieprzyjaciela, dezinformując żołnierzy wroga, a nawet przecinając połączenie telefoniczne pomiędzy gen. Bradleyem i gen. Hodgesem. Z powodu kłopotów na linii frontu, wynikających z różnych przyczyn, często lingwistycznych, część żołnierzy niemieckich szybko wpadła w ręce aliantów. Przesłuchiwani wprawili w osłupienie oficerów wywiadu. Jeden z nich, kapral Wilhelm Schmidt, podał nawet niezwykłą informację – przybyli tu, by zabić Eisenhowera! To zszokowało Amerykanów, którzy natychmiast rozpoczęli rozsyłanie wici do innych jednostek. W tym miejscu możemy się na chwilę zatrzymać i przeanalizować odpowiedź, jaka padła z ust „zabójcy przysłanego przez Skorzenego”, jak powszechnie zaczęło się wtedy mówić o grupie dywersantów. Dlaczego właśnie Eisenhower? Nie jesteśmy pewni, czy Niemcom naprawdę zlecono porwanie bądź zabicie generała, wobec czego w grę wchodzą dwie hipotezy. Z jednej strony przerażony niemiecki żołnierz mógł powiedzieć prawdę, dekonspirując pozostałych kolegów i zdradzając prawdziwy cel ich operacji. Dlaczego miałby mówić prawdę? Być może liczył, iż waga informacji uratuje mu życie, bowiem nie ulegało wątpliwości, iż przebieranka może go drogo kosztować. 23 grudnia, po krótkim procesie wojskowym w Henri-Chapelle, Schmidt został jednak rozstrzelany. Młody wojak mógł również świadomie skłamać, co z kolei także winno wywołać zamierzony efekt. Jaki? Wydaje się, iż jeśli Niemcy nie planowali akcji na podwórku Eisenhowera, takie stwierdzenie winno skutecznie oddalić zainteresowanie aliantów od ich prawdziwych założeń. Inna sprawa, iż odpowiedź mogła być obliczona na wywołanie odpowiedniego efektu psychologicznego. Niemal z miejsca wzmocniono ochronę Ike’a, a on sam nagle zapałał miłością do swojej wersalskiej kwatery głównej. Gen. Hodges, dowódca 1. Armii przesłał informację, z której jasno wynikało, iż Eisenhower stał się celem zamachu organizowanego przez Skorzenego, a pozostali generałowie powinni mieć się na baczności, gdyż grozi im porwanie. W szeregach amerykańskich zapanowała psychoza – wszyscy bali się wszystkich i cierpieli na manię sprawdzania tożsamości innych żołnierzy. Dochodziło do tak kuriozalnych sytuacji, w których legitymowano chociażby gen. Bradleya, nie dając wiary jego dowódczym zapewnieniom. Kay Summersby, wieloletnia współpracownica i kochanka Eisenhowera wspominała ten okres: „Oficerowie służby bezpieczeństwa natychmiast zamienili kompleks kwatery głównej w fortecę. Pojawił się drut kolczasty, wjechało kilka czołgów. Straż została podwojona, potrojona, potem zwiększona cztery razy. Zamiast dawnej formalności, przepustki stały się teraz kwestią życia lub śmierci. Wystrzał samochodowego tłumika wystarczał, by przerwać pracę w każdym biurze, potem zaczynała się burza telefonów w naszym, a wszyscy pytali, czy z szefem jest wszystko w porządku. Atmosfera była gorsza niż w kwaterach polowych na froncie, gdzie wszyscy wiedzieli, jak się zachowywać w takich sytuacjach”. Wiele rzeczy się zmieniło, a wszechobecna panika z pewnością nie służyła działaniom na froncie. William Breuer dostrzega, iż amerykańscy generałowie, którzy do tej pory nie przywiązywali większej wagi do bezpieczeństwa, nagle stali się przewrażliwieni na tym punkcie. Wzmożona ochrona Eisenhowera była ledwie częścią nadnaturalnych środków zaradczych. Przewrażliwienie na punkcie Skorzenego dosięgło niemal wszystkich postawionych na wysokich pozycjach – już wkrótce Eisenhower miał go nazwać „najniebezpieczniejszym człowiekiem” poszukiwanym przez aliancki wywiad. Losy operacji „Greif” pod koniec grudnia 1944 roku były właściwie przesądzone – z ambitnych planów pozostało niewiele, a większość niemieckich żołnierzy wyłapali Amerykanie. Część z nich postawiono później przed plutonem egzekucyjnym, co było sankcją za używanie alianckich mundurów. Tymczasem kariera wojskowa Skorzenego wkraczała w nową fazę.

Wojna miała się ku końcowi, było oczywiste, że Niemcy ją przegrali, a wraz z nadejściem końca rozpocznie się sądzenie hitlerowskich zbrodniarzy. W maju 1945 roku Otto Skorzeny zdecydował, iż rozsądniej będzie oddać się w ręce Amerykanów, zanim ci zdążą go wytropić. Nie byłaby to zresztą trudna sprawa, zważywszy na to, że spokojnie zamieszkiwał sobie w Dachstein. Gdy wreszcie dotarł do linii byłych przeciwników, nie znalazł oczekiwanego zainteresowania. Dopiero po kilku nieudanych próbach doprowadził do swojego aresztowania, co zakrawało na groteskę, biorąc pod uwagę, iż swego czasu szukał go cały aliancki świat. Tak czy inaczej, Skorzeny szybko stał się więzienną gwiazdą, udzielając szeregu wywiadów zagranicznym korespondentom zafascynowanym jego wyczynami. W sierpniu 1947 roku Skorzeny został osądzony przed amerykańskim trybunałem w Dachau. Oskarżono go o sprawy drugorzędne, a Amerykanie zaczęli traktować rzekomy spisek jako niegroźną plotkę, która niegdyś namieszała im w szykach. Skazanie Niemca i jego uwięzienie potwierdziło, iż był człowiekiem groźnym, ale nie aż tak, jak się to niektórym wydawało, w tym zapewne samemu Skorzenemu. Rok później uciekł z obozu, w którym odbywał karę i wyjechał do Hiszpanii. Jego historia nie dobiegła w tym momencie końca, ale sprawa zamachu na Eisenhowera wydawała się być rozstrzygnięta – Ike żył i miał się dobrze, wkrótce został kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Najniebezpieczniejszy człowiek świata nie zdołał go zabić – czy jednak w ogóle zamierzał to uczynić?


Konkurs


Patronat


Recenzje