Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Zwycięzcy nikt nie będzie się pytał, czy mówił prawdę", Adolf Hitler

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Zamach na Adolfa Hitlera
- 20 lipca 1944 roku


Gdy Adolf Hitler zdobywał sobie uznanie i poparcie Niemców, niewielu było takich, którzy wierzyli w to, iż ten krzykacz z Monachium będzie kiedyś władał połową Europy. Mimo wszystko był on jednak zagrożeniem dla Niemiec. Dla innych jednak stał się wielką szansą - szansą na odzyskanie potęgi Rzeszy, powrót do tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego, którego główną częścią były niegdyś Niemcy. Jeszcze zanim rozpętała się II wojna światowa Adolf Hitler stał się celem zamachów zorganizowanych przez opozycjonistów. Brutalna rozprawa z legalnymi ugrupowaniami wyznającymi inne poglądy, a następnie prześladowania ludności żydowskiej i drastyczny program militaryzacji kraju przysporzyły przywódcy narodu niemieckiego wielu wrogów. Nie zdecydowali się oni wystąpić otwarcie, choć w tajemnicy organizowali się w prężnie działające ugrupowania. Spiskowcy niejednokrotnie nie wiedzieli, co właściwie chcą osiągnąć - czy ich celem miało być zabójstwo Hitlera, czy też usunięcie go od władzy? W późniejszych latach doszedł kolejny cel, o który warto było walczyć - zakończenie wojny trwającej od 1 września 1939 roku. Nas jednak ciekawi historia zamachu z 20 lipca 1944 roku, który niemalże doprowadził do śmierci führera. Zdarzenie to było idealnym przykładem na formowanie się organizacji spiskowej, jej działalności i wreszcie podjęcia próby tego, co miało doprowadzić do uratowania sytuacji narodu niemieckiego.

W połowie lat trzydziestych Niemcy z zachwytem patrzyli na postępy Wehrmachtu, który stawał się największą europejską potęgą militarną, a przywódca narodu kreowany był na bohatera, który obalił niesprawiedliwe postanowienia Traktatu Wersalskiego. Nie wszyscy jednak dostrzegali to, co jednocześnie działo się w organizowanym na nowo państwie - Niemcy zalała fala terroru i represji, doszło do krwawej rozprawy z opozycją, a coraz agresywniejsze posunięcia mogły wkrótce doprowadzić do wielkiej wojny, w której niemieckim żołnierzom przyszłoby się zmierzyć z koalicją państw europejskich póki co dość niemrawo sprzeciwiających się ponownej militaryzacji Rzeszy. Mocarstwa zachodnie nie reagowały, jednak w chwili zagrożenia pewne było, iż utworzą zwarty blok antyfaszystowski. Dlatego też ci, którzy znajdowali się na nieco wyższych stanowiskach hitlerowskiego państwa i orientowali się w prawdziwych założeniach planów militarnych, zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Jak piszą Franciszek i Julitta Bernaś ("Zamach na Hitlera") już w 1938 roku przeciwko Hitlerowi występował blok byłych zwolenników reżimu. Wśród wymienionych znajdowali się Ludwig Beck, gen. Witzleben, Wilhelm Canaris, gen. Oster, Hjalmar Schacht, Karl Goerdeler, Hans Gisevius. W latach czterdziestych do tej grupy miał dołączyć jeszcze ktoś - jeden z najbardziej utalentowanych niemieckich sztabowców, płk Claus von Stauffenberg. Wróćmy jednak do wcześniej wymienionych. Podjęli oni bowiem działania mające na celu uzmysłowienie Brytyjczykom i Francuzom zagrożenia oraz uświadomienie im, iż w Niemczech działa potajemna opozycja. Póki co nie było ona doskonale zorganizowana, jej członkowie nie byli nawet jakoś szczególnie zaangażowani w działalność spiskową - ot, była to zbieranina ludzi, którzy nagle uświadomili sobie, że nie tędy prowadzi droga do potęgi Niemiec. Często przemawiała przez nich frustracja, gdyż stopniowo odsuwano ich na boczny tor, izolując od aktywnej działalności. Przyszli alianci jeszcze nie widzieli zagrożenia własnych interesów w ekspansji hitlerowców. Dali tego dowód w Monachium, podczas specjalnej konferencji, na której bez walki oddali Hitlerowi Czechosłowację. Dopiero po zaatakowaniu przez Niemców Polski 1 września 1939 roku zachodni politycy opamiętali się, rozpoczynając wojnę, którą z czasem nazwano II wojną światową. Mimo zapewnień Hitlera o niechęci do angażowania się w walki przeciwko państwom zachodnim, w Wielkiej Brytanii i Francji ruszyły przygotowania do konfliktu zbrojnego. Zaczęto też myśleć o nawiązaniu kontaktu z opozycją antyhitlerowską, która przecież dawała już o sobie znać. Prawdopodobnie Stewart Menzies, szef wywiadu angielskiego, miał świadomość tego, iż jego odpowiednik w Rzeszy sprzyja działalności brytyjskiej i francuskiej. Informacje na ten temat uzyskał w drugiej połowie lat trzydziestych za pośrednictwem kpt. Roberta Treecka, z którym spotkał się w Luckington w Wielkiej Brytanii. Początkowo Brytyjczycy nie interesowali się działalnością Wielhelma Canarisa, nie ufali bowiem szefowi Abwehry. Czemuż mieliby mu ufać? Słusznie postępowali, bojąc się podstępu - takie zagrania wywiadów były przecież na porządku dziennym. Na pewno zaufania Brytyjczyków nie zdobyła Niemcom sprawa z Venlo. 9 listopada 1939 roku dwaj oficerowie brytyjscy zostali porwani z tej holenderskiej miejscowości przez siły niemieckie. Mjr Stevens i kpt. Best prowadzili właśnie tajne negocjacje, rzekomo z grupą opozycjonistów niemieckich. Wszystko okazało się być podstępem zorganizowanym przez Waltera Schellenberga. Canaris działał jednak rozważnie, stopniowo zdobywając zaufanie za pośrednictwem ambasady w Rzymie oraz wciągając w tajne rokowania Watykan. W Szwajcarii kilkakrotnie spotykali się specjalni wysłannicy obu stron. Canarisa i innych opozycjonistów reprezentował ambasador niemiecki w Rzymie, Ulrich von Hassel. W planach spiskowców, gdy faszystowski rząd i Hitler zostaną już obaleni, przydzielono mu stanowisko ministra spraw zagranicznych. A tymczasem Niemcy umacniali swą wiarę w Hitlera i potęgę swego kraju. Do czerwca 1940 roku podbite zostały kolejne kraje - Dania, Norwegia, Francja, Belgia, Luksemburg i Holandia. Szczęśliwa gwiazda führera nieco przygasła po przegranej bitwie powietrznej o Wielką Brytanię. Sztab generalny był zachwycony postępami niemieckiej armii i trudno było podejrzewać, iż nagle odwróci się do Hitlera w chwili jego tryumfów. Coś się musiało jednak dziać na linii Berlin-Londyn, gdyż majowa ucieczka zastępcy Hitlera, Rudolfa Hessa do Wielkiej Brytanii nie mogła być dziełem przypadku. Być może toczyły się kolejne rozmowy, prowadzane tym razem przez innego dygnitarza hitlerowskiego. A to wszystko w przeddzień kolejnej wielkiej ofensywy, tym razem celem ataku miał być Związek Sowiecki.

Po początkowych sukcesach na froncie wschodnim przyszły i porażki. Druzgocące straty przyprawiały o ból głowy niejednego wojskowego, a Hitlerowi wciąż było mało. Jego opór i wiara we własne możliwości wzrosły do tego stopnia, iż zdecydował się samodzielnie kierować wojskami, choć miał o tym niewielkie pojęcie. Wtedy wszystko zaczęło się zmieniać - z kraju słano wszelkie możliwe rezerwy, z zachodu napierali już alianci nękający niemieckie miasta nieustannymi nalotami. W ten sposób to sam Hitler ściągnął na siebie zagrożenie. Opozycja nareszcie wiedziała, o co walczy - walczyła bowiem o przetrwanie narodu niemieckiego. Spośród wszystkich grup oporu musimy wybrać jedną, tę, której dziełem był lipcowy zamach z 1944 roku.

W 1943 roku opozycjoniści zgrupowani wokół Karla Goerdelera nawiązali przyjazne stosunki z inną grupą spiskowców, która w swych szeregach miała dyplomatów, urzędników, wojskowych czy arystokratów. Należy wspomnieć Fryderyka von der Schulenburga, byłego ambasador niemieckiego w Moskwie, czy Juliusza Lebera, prawicowego socjalistę, który wkrótce miał okazję skonfrontować swe poglądy z wizją świata Clausa von Stauffenberga. Opozycjoniści połączyli swe siły, szukając alternatywnego rozwiązania, które umożliwi Niemcom zakończenie wojny i rozpoczęcie procesu odbudowy kraju. Nie ulegało wątpliwości, iż Adolf Hitler, wieloletni przywódca Rzeszy, nie zgodzi się na ustępstwa, nie cofnie też walczących na froncie oddziałów, mimo iż ponosiły one coraz większe straty. Zostawało zatem jedno wyjście - likwidacja Hitlera, odsunięcie od władzy jego głównych współpracowników i powołanie nowego rządu z członkami opozycji na czele. Tylko w ten sposób możliwe byłoby podpisanie pokoju. Oczywiście, w tym celu niezbędna była zgoda państw alianckich. Spiskowcy dość naiwnie liczyli, iż alianci muszą się zgodzić na podyktowane im warunki. W dniach 14-24 stycznia 1943 odbyła się konferencja w Cassablance, na której przywódcy aliantów zachodnich postanowili prowadzić wojnę w Europie aż do bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Niemcy przeświadczeni byli, iż uda im się przekonać Brytyjczyków do zawarcia pokoju. Słusznie twierdzili, iż dla zachodniego świata to właśnie Niemcy są barierą chroniącą przed zalewem komunizmu. Spiskowcy jakby pomijali w swych planach Amerykanów, którzy przecież w pełni zaangażowali się w wojnę, a na froncie stanowili o sile alianckiej armii. Dopiero w 1944 roku większość z zaangażowanych w zamach uświadomiła sobie, że nawet po śmierci Hitlera świat nie spojrzy łaskawym okiem na poczynania Niemców. Jeden z zamachowców powiedział nawet: "Zamach ten musi być dokonany choćby tylko jako próba rehabilitacji moralnej Niemiec, nawet jeśli po nim nie miałaby nastąpić natychmiastowa zmiana na lepsze w perspektywach Niemiec na arenie międzynarodowej". Zostawmy to jednak i wróćmy do działań opozycji na arenie wewnątrzpaństwowej.

1 października 36-letni pułkownik hr. Claus von Stauffenberg otrzymał nominację na szefa sztabu Ogólnego Urzędu Sił Wojskowych (AHA), innymi słowy - armii rezerwowej. Jego bezpośrednim przełożonym miał być gen. Friedrich Olbricht. Kaleki Stauffenberg już rok wcześniej uświadomił sobie, iż wojna jest przegrana, a jedynym wyjściem z sytuacji będzie prawdopodobnie zamordowanie führera. Był zatem niezwykle cennym nabytkiem dla Goerdelera i jego grupy. Dodatkowo młody pułkownik dysponował rozległymi kontaktami w świecie wojskowości oraz arystokracji, co czyniło z niego niezwykle ważną postać wśród działaczy ruchu oporu. Rok wcześniej Stauffenberg był na froncie wschodnim, gdzie wielokrotnie rozmawiał z najwyżej postawionymi w hierarchii wojskowej dowódcami. Wnioski wyciągnięte z dyskusji z Friedrichem von Paulusem czy Erichiem Mansteinem doprowadziły go do smutnej refleksji, iż generałowie nie są w stanie nic zrobić, a sprawy muszą wziąć w swoje ręce pułkownicy. Od Olbrichta nowy nabytek Ogólnego Urzędu Sił Zbrojnych dowiedział się o możliwości czynnego oporu przeciw Hitlerowi. Generał popierał działalność spiskową i sam w niej uczestniczył odkąd dowiedział się o planach uderzenia na Związek Sowiecki. Dodatkowo w rozmowach Olbricht-Stauffenberg uczestniczył płk sztabu Henning von Tresckow, który ówcześnie znajdował się na chwilowym urlopie, gdyż dopiero co powrócił z frontu wschodniego. Wszystko to działo się przed 1 października. Jak zatem widać, pułkownik został wciągnięty w działalność konspiracyjną zanim objął posadę w AHA. O swoich planach Claus poinformował m.in. żonę oraz brata Bertholda. Z Tresckowem znali się już wcześniej i mieli do siebie pełne zaufanie. Tresckow został zwerbowany przez Olbrichta i Goerdelera w listopadzie 1942 roku. Pułkownik szybko uświadomił sobie, że Hitler musi zostać zlikwidowany i na własną rękę szukał kolejnych sojuszników w szalonym przedsięwzięciu. W czerwcu 1943 roku rozmawiał na ten temat z pułkownikiem sztabu generalnego Helmuthem Stieffem. Działał szybko, lecz rozważnie. Razem z Clausem Stauffenbergiem stworzyli zatem wspaniały duet - wzajemnie się uzupełniali, a głęboka przyjaźń i częste rozmowy ułatwiły porozumienie w najważniejszych kwestiach. Goerdeler był niezmiernie zadowolony, iż miał ich obydwu po swojej stronie. W sierpniu 1943 roku Tresckow i Olbricht wymyślili, iż w wypadku przeprowadzenia zamachu wykorzystany zostanie specjalny plan "Walkiria" stworzony niegdyś na potrzeby Niemiec w chwili, gdy te pogrążą się w wewnętrznym chaosie. Po odpowiednich przeróbkach mógłby on zostać zastosowany i w tej sytuacji. W tym wypadku możliwe byłoby wykorzystanie jednostek frontowych do stłumienia wewnętrznych napięć. W tym samym miesiącu spiskowcy ponieśli jednak porażkę, próbując nakłonić do współpracy feldmarszałków von Kluge i Mansteina, którzy kategorycznie odmówili jakichkolwiek posunięć. W tym czasie nawiązali też kontakt z ambasadorem Schulenburgiem, jednak nie padły żadne zobowiązujące deklaracje. Spiskowcy nie tracili czasu, gotowe były nawet rozkazy, które powinny zostać wydane w chwili śmierci przywódcy Rzeszy. Do 20 lipca 1944 roku ta część planu pozostała niezmieniona. Niestety, pod koniec września Tresckow musiał powrócić na front. Zostawił jednak Stauffenbergowi pewien prezent - paczkę, w której schowana była bomba angielskiej konstrukcji. Kłopotliwy ładunek wybuchowy wkrótce trafił do Stieffa, którego Stauffenberg próbował nakłonić do przeprowadzenia zamachu. Miał on bowiem stały i w miarę regularny dostęp do Hitlera. Choć Stieff nie powiedział, iż podejmie się zamordowania Hitlera, Stauffenberg obarczył go tym zadaniem, licząc, iż ten bez wahania zgodzi się wykonać niebezpieczną operację. Stieff schował ładunek u siebie w domu, zapalnik trzymał w biurze. Następnie, 20 listopada przekazał ładunek majorowi Kuhnowi, który postąpił wysoce nierozważnie i... 28 listopada zakopał paczkę na terenie kwatery głównej. Tylko dzięki interwencji adm. Wilhelma Canarisa udało się uchronić spiskowców od przykrych konsekwencji tego czynu. Mimo iż nikt nie ucierpiał, Stauffenberg nie mógł być zadowolony. Stracił bowiem to, co powierzył mu Tresckow. W międzyczasie pułkownik z przepaską na oku pracował nad lepszym przygotowaniem planu organizacyjnego. Podzielił Rzeszę na 18 okręgów wojskowych, w których wyznaczał oficerów łącznikowych. Do pracy pozyskano pracowników dowództwa floty (kryptonim "Koralle"), kwatery głównej Hitlera ("Wolfsschanze") i kwatery OKH ("Mauerwald"). Równolegle do Stauffenberga działał Goerdeler, który zajmował się działalnością spiskową wśród cywilów. Stworzył on listę "pełnomocników politycznych", którzy działali w różnych okręgach. Jak pisze Wolfgang Venohr ("Stauffenberg - symbol oporu") pomostem między obiema grupami był gen. Beck. Pod koniec 1943 roku Stauffenberg i Goerdeler stanowili zatem swoiste przywództwo niemieckich spiskowców, choć pozycja Stauffenberga nie była tak znacząca jak Goerdelera. Między obydwoma panami doszło też do utarczki sprokurowanej przez Stauffenberga, który zmusił Goerdelera do przekazania listy pełnomocników politycznych. W ten sposób narastały spięcia, które na pewno nie wpłynęły pozytywnie na działania obu grup.

Na początku 1944 roku Stauffenberg nadal nie miał nikogo na miejsce wykonawcy zamachu. Stieff zawiódł na całej linii, von Tresckowa nie było na miejscu, Axel von de Bussche, który również był przewidziany na zamachowca, nie miał otrzymał możliwości działania. W styczniu 1944 roku Stauffenberg spotkał się z Goerdelerem, który przedstawił mu swoje postulaty odnośnie terytorium Rzeszy. Spiskowcy zgadzali się, iż w granicach Niemiec winny pozostać Sudety i Austria z Tyrolem. Alzacja i Lotaryngia miałyby uzyskać szeroką autonomię. Na wschodzie postulowali granice z 1914 roku. Co ciekawe, Stauffenberg nawiązał bardzo dobre kontakty z dr Juliusem Leberem, byłym deputowanym SPD do Reichstagu. Obaj mogli skonfrontować swe poglądy, a taka znajomość winna była zaprocentować w chwili przejęcia władzy przez spiskowców. 20 stycznia spotkali się po raz pierwszy. Od tej pory ich dyskusje były niezwykle częste. Prawdopodobnie w marcu (lub wcześniej) na trop grupy wpadło SD, które nieomal aresztowało jednego z wtajemniczonych, kpt. Ludwiga Gehre. W tym samym miesiącu Claus von Stauffenberg i jego brat Berthold opracowali rozkazy wojskowe na czas zamachu stanu. Wytyczne były zatem gotowe. Ukończone było też memorandum dr Goerdelera, który w maju przedstawił pełną listę osób proponowanych na czołowe stanowiska aparatu państwowego. Namiestnikiem Rzeszy i głównodowodzącym miał zostać gen. Beck, kanclerzem Rzeszy sam Goerdeler, a na ministra spraw zagranicznych proponowano albo ambasadora von Hassella, albo ambasadora von der Schulenburga. Goerdeler naciskał teraz na Stauffenberga, aby ten jak najszybciej zorganizował zamach na Hitlera, który odwlekał się już od pół roku. Nalegania te zmobilizowały Stauffenberga i sprawiły, iż podjął decyzję, która miała zadecydować o jego smutnych losach - postanowił samodzielnie wykonać to, co bezskutecznie próbowali uczynić kolejni spiskowcy. Specjalny ładunek został pozyskany z zapasów wywiadu.

Zobaczmy zatem, co działo się w ostatnich tygodniach przed lipcową akcją pułkownika z czarną przepaską na oku. Należy wspomnieć o tym, kto został częściowo wtajemniczony w plany spiskowców. Na pewno o ambitnych planach wiedzieli feldmarszałkowie Erwin Rommel i Gerd von Rundstedt, którzy dowodzili na froncie zachodnim, feldmarszałek Kluge, generałowie Guderian, Falkenhausen, Stülpnagel, Schweppenburg, Leutwitz i Heusinger. Choć nie zgodzili się wziąć bezpośredniego udziału w zamachu, nie byli jawnymi sojusznikami, sprzyjali konspiratorom. Na nieszczęście zamachowców, 17 lipca Rommel, szykowany na głównodowodzącego na froncie zachodnim i głównego przywódcę wojsk niemieckich (były też przymiarki do oddania mu funkcji premiera) został ranny w wyniku ataku alianckiego lotnictwa na samochód, którym poruszał się feldmarszałek. Rommel trafił do szpitala i w chwili zamachu znajdował się w wyjątkowo ciężkim stanie, nie mogąc w żaden sposób wspomóc spiskowców. Franciszek i Julitta Bernasiowie snują przypuszczenia, iż o akcji mógł wiedzieć Heinrich Himmler. Prawdopodobnie za pośrednictwem dr Johannesa Popitza, który współpracował z Goerdelerem. Być może to właśnie kontakty z Popitzem doprowadziły do aresztowań wśród działaczy opozycji. W lipcu uwięziony został m.in. Leber oraz powiązani z lewicą Reichwein, Saefkow i Jacobs. Wróćmy jednak do działań spiskowców. Plan przygotowany w oparciu o "Walkirię" przewidywał użycie armii rezerwowej Friedricha Fromma. Obecny w kwaterze głównej Hitlera w Wolfsschanze gen. Fellgiebel miał zniszczyć komunikację kwatery z Berlinem. Po otrzymaniu wiadomości o udanym zamachu spiskowcy obecni w gmachu Ministerstwa Wojny przy Bendlerstrasse mieli rozpocząć plan "Walkiria". Jednocześnie z wprowadzeniem stanu wojennego winni zostać aresztowani główni działacze NSDAP, SS, SD i gestapo. Na froncie zachodnim Niemcy powinni wycofać się za Linię Zygfryda i wkrótce nawiązać rozmowy z aliantami zachodnimi, umożliwiając im przejście przez Francję do granicy niemieckiej. Główne rozkazy wydawać miał feldmarszałek Witzleben. Wszystko to jednak zostało w sferze marzeń opozycjonistów i nie zostało wykonane. Problem był prozaiczny - Adolf Hitler nie zginął 20 lipca 1944 roku...

Co ciekawe, niezwykle utalentowany sztabowiec Claus von Stauffenberg swoimi przemyśleniami i pisanymi przez siebie raportami zwrócił uwagę samego Hitlera. Jego talent doceniali też najwyżsi dowódcy, z którymi miał styczność kaleki pułkownik. Dlatego też dostał zaproszenie do kwatery głównej Hitlera, co umożliwiało mu zbliżenie się do celu jego zamachu i sfinalizowanie planu przygotowywanego od kilku miesięcy. 7 czerwca Stauffenberg po raz pierwszy był na naradzie w kwaterze głównej, odwiedzając Berghof. 6 lipca Stauffenberg po raz kolejny znajduje się na naradzie u führera, wygłaszając referat. 11 lipca ponownie zawitał w Berchtesgaden. Wziął ze sobą ładunek wybuchowy, jednak z nieznanych przyczyn nie dokonał jego detonacji. Jedna z hipotez głosi, iż nie zdecydował się na spowodowanie eksplozji, gdyż w pobliżu nie znajdował się Himmler. W nocy z 12 na 13 lipca Stauffenberg spotkał się z Giseviusem, który współpracował z wywiadem amerykańskim i dopiero co wrócił do Berlina. Przybyłego do Niemiec Goerdeler widział w roli sekretarza stanu w przyszłym antyfaszystowskim rządzie. Dodatkowo Gisevius miał odpowiadać za wewnętrzne oczyszczenie Niemiec (współpracując z Gruppenführerem SS Arthurem Nebe). Stauffenberg nie zrobił na Giseviusie piorunującego wrażenia. Co więcej, wydał się mu bezczelnym i nienauczonym szacunku. Takie podejście do postawy pułkownika zdradzało wyraźną niechęć osobistą Giseviusa względem organizatora działań spiskowych. Nie zmienia to jednak faktu, iż to właśnie w rękach (w wypadku kalekiego pułkownika takie stwierdzenie może być nieco niefortunne - miał bowiem tylko trzy palce lewej ręki, prawej nie miał w ogóle) Stauffenberga znalazł się los nie tylko zamachu, ale i wszystkich spiskowców.

14 lipca pułkownik otrzymuje rozkaz stawienia się w kwaterze głównej "Wolfsschanze" w Kętrzynie. Ci, którzy znajdują się w Berlinie, nazajutrz mają przygotować plan "Walkiria". I tym razem z zamachu nic nie wyszło. Hitler nakazał Stauffenbergowi osobiście referować omawiane zagadnienie, co uniemożliwiło pułkownikowi podłożenie ładunku i oddalenie się z miejsca zamachu. O kłopotach Stauffenberg poinformował innych spiskowców zgromadzonych przy Bendlerstrasse. 18 lipca otrzymuje jednak kolejne wezwanie do kwatery głównej. Tym razem jedzie tam z przekonaniem, iż zamach jest nieuchronny i musi nastąpić. Spotkanie w "Wolsschanze" wyznaczono na 20 lipca.

20 lipca 1944 roku. O 6.00 Claus i Berthold Stauffenbergowie wyruszają na lotnisko Rangsdorf, gdzie przybywają po 45 minutach jazdy samochodem. Dopiero po pięciu kwadransach startuje samolot, obierając kierunek na Prusy Wschodnie. Obok Clausa do Ju 52 wsiadają Stieff i von Haeften; Berthold pozostał na lotnisku. Claus ma przy sobie czarną aktówkę, w której ukryty jest ładunek wybuchowy. W drugiej teczce schowane są dokumenty Stauffenberga potrzebne mu podczas narady. O 10.15 samolot ląduje w okolicach Rastenburg, a Stauffenberg udaje się do "Wolfsschanze" specjalnie podstawionym samochodem. Narada w kwaterze głównej zaplanowana jest na 12.30, godzinę wcześniej ma przybyć Haeften, który przywiezie śmiercionośną aktówkę. Wszystko odbywa się zgodnie z planem, a około 12.25 Haeften i Stauffenberg spotykają się w jednej z sypialni, gdzie przepakowują dwa ładunki wybuchowe do aktówki Stauffenberga. Operację, utrudnioną dodatkowo przez kalectwo Clausa, zakłóca sierżant Vogel, który przynosi wiadomość o telefonie gen. Fellgiebla. Niestety, komplikuje to działania obu mężczyzn, gdyż zabrakło im czasu na uzbrojenie obydwu ładunków. Chemiczne zapalniki Stauffenberg miał wcisnąć specjalnymi obcęgami dostosowanymi do jego możliwości. Nie zdążył uruchomić obydwu z powodu wtargnięcia do pokoju Vogela. Przypuszczał jednak, iż w chwili wybuchu nastąpi reakcja łańcuchowa, a nieuzbrojony ładunek eksploduje pod wpływem zdetonowanego. Chwilę po 12.30 spieszy na naradę, aby jego spóźnienie było jak najmniejsze. Mjr John, widząc, jak kaleki pułkownik dźwiga aktówkę, próbuje mu pomóc, jednak szybko rezygnuje z tego pomysłu z powodu zdecydowanej odmowy Stauffenberga. Świadkowie zdarzenia sądzili, iż pułkownik nie chce przyznawać się do własnej słabości i w ten sposób manifestuje poczucie dumy, własnej siły i honoru. O 12.32 Stauffenberg zasiada wśród przybyłych na naradę. Prosi jeszcze o ustawienie w pobliżu Hitlera, tłumacząc się własnym kalectwem i chęcią bycia bliżej führera podczas wygłaszania swojego referatu. Według Wolfganga Venohra podczas narady za stołem siedzieli: Adolf Hitler], Claus von Stauffenberg, gen. por. Heusinger, płk Brandt, gen. Korten, gen. Bodenschatz, gen. por Schmundt, płk sztabu Borgmann, stenograf dr Berger, kpt. marynarki Assmann, gen. mjr Scherff, viceadmirał Voss, d-ca brygady SS Fegelein, płk von Below, stenograf Buchholz, sturmbannführer Günsche, mjr sztabu von Freyend, mjr sztabu Büchs, płk Weizenegger, deputowany von Sonnleithner, gen. Warlimont, gen. por. Buhle, gen. płk Jodl, feldmarszałek Keitel.

Na sali znajduje się potężny czworokątny stół drewniany oparty na dwóch podstawkach. Obok jednej z nich Stauffenberg umieszcza aktówkę, w której zapalniki czasowe ustawiono na 10 minut. Wybuch ma nastąpić około 12.42. O 12.35 Claus opuszcza naradę, pozostawia jednak swoje rzeczy, stwarzając pozory rychłego powrotu. O 12.42 powietrzem wstrząsa potężna eksplozja. Sala zostaje zamieniona w dymiące gruzowisko. Tym, którzy obserwowali wybuch z zewnątrz wydaje się, iż nikt nie miał szans przeżycia tak strasznej eksplozji. Spiskowcy ruszają wcześniej przygotowanym samochodem. Jeden z sierżantów odmawia wypuszczenia maszyny ze Stauffenbergiem i Haeftenem w środku. Dopiero po telefonie do rotmistrza Möllendorfa samochód zostaje przepuszczony. Spiskowcy pędzą teraz na lotnisko, gdzie czeka Heinkel 111, który ma zabrać ich do Berlina. Piętnaście minut później lecą już do stolicy Rzeszy, nie wiedząc, iż zamach się nie udał. Świadomość tego, że Hitler przeżył wybuch ma z kolei Fellgiebel, który nie decyduje się na przerwania połączeń z Wilczym Szańcem. Tym samym już na początku spiskowcy ponoszą klęskę, kwatera główna nie traci bowiem tego, co miało sprawić, iż hitlerowskie władze zostaną całkowicie zdezorganizowane.

Tymczasem w miejscu, gdzie eksplodował ładunek Stauffenberga... Brandt, Korten, Schmundt i Berger zginęli w wyniku eksplozji, znajdowali się bowiem najbliżej miejsca wybuchu. Ranieni zostali Bodenschatz, Borgmann i Puttkamer. Keitel biegał jak oszalały, krzycząc i szukając Hitlera. Okazało się, iż oprócz chwilowego ogłuszenia, siniaków, poparzeń i zadrapań führerowi nic się nie stało. Szybko opanowano chaos, a Hitler udał się do lekarza, który opatrzył powierzchowne rany. Führer dopatrywał się w całym zdarzeniu cudownego ocalenia przez nadludzkie moce. Do "Wolfsschanze" ma przybyć Benito Mussolini, którego Hitler chce powitać osobiście. Przybyły z Włoch gość ma okazję zobaczyć miejsce wybuchu i usłyszeć relację niemieckiego dyktatora. Sam Mussolini z zachwytem, ale i przerażeniem wykrzykuje: "To był znak niebios!". Ogólne poruszenie i radość z powodu cudownego ocalenia führera zapanowały w kwaterze głównej w Kętrzynie.

A na Bendlerstrasse nastroje były zgoła odmienne. Sprzeczne opinie mieszały się ze sobą. Z jednej strony do spiskowców zadzwonił Stauffenberg, który ogłosił, iż zamach się udał. Z drugiej jednak Fromm, poproszony o rozpoczęcie planu "Walkiria" skontaktował się z Keitlem, który zapewnił o tym, iż Hitlerowi nic się nie stało. Rozkazy płynęły więc z dwóch stron - na Bendlerstrasse w pocie czoła pracowali spiskowcy, próbując uruchomić przygotowany wcześniej plan; w Kętrzynie miotał się Keitel, który odwoływał wszystko to, co udało się wprowadzić w życie ekipie Stauffenberga i Goerdelera. W Wiedniu, Pradze, Hamburgu ci, którzy mieli rozpocząć aresztowania funkcjonariuszy państwowych, nie mieli siły przebicia, a ich postulaty albo zlekceważono, albo wyjaśniono nieporozumieniem. Nawet we Francji, gdzie wojskowy gubernator kraju gen. Stülpnagel usiłował nakłonić do współpracy feldmarszałka Klugego, zadanie nie zostało wykonane. Kluge dowiedział się bowiem, iż zamach skończył się niepowodzeniem, co sprawiło, iż nie zaangażował się w akcję. Stülpnagel postanowił popełnić samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Na jego nieszczęście, życie uratował mu szofer. Generał wkrótce miał stanąć przed funkcjonariuszami gestapo. W budynku przy Bendlerstrasse znajdowali się tymczasem m.in. Olbricht, Höppner, Beck i oczywiście Fromm, który po telefonie do Keitla odmówił wzięcia udziału w zamachu stanu. O 15.45 Stauffenberg i von Haeftebn przybywają na Bendlerstrasse. W Kętrzynie wszyscy są już pewni tego, że to Claus dokonał zamachu. Pięć minut po przybyciu Stauffenberga Fromm zostaje aresztowany i uwięziony. O 15.20 postawiono w stan pogotowia batalion "Grossdeutschland" a jego dowódca major Remer udał się do komendanta Berlina gen. por. von Hase. Gen. Stieff nie wspomógł spiskowców. Ba, zdecydował się zdradzić ich i o 16.30 poinformował szefa naczelnego dowództwa Wehrmachtu o tym, co usłyszał od kwatermistrza Wagnera, który z kolei wcześniej rozmawiał przez telefon ze Stauffenbergiem i Beckiem. Witzleben przybywa do głównego kwatermistrza do Zossen, skąd udaje się do Berlina. Przy Bendlerstrasse wciąż trwa niesamowite zamieszanie. Stauffenberg wykonuje masę telefonów i wydaje kolejne rozkazy odnośnie uruchomienia operacji "Walkiria". Tymczasem o 18.28 Radio Rzeszy podaje komunikat o nieudanym zamachu na führera. Komunikat ten jeszcze kilkakrotnie powtarzano. Claus von Stauffenberg nie wierzy tym zapewnieniom i nadal prowadzi akcję. Krótko po 19.00 do spiskowców dołącza Witzleben, który zdecydował się nie przejmować władzy nad Wehrmachtem. 10 minut później major Remer rozmawia z... Hitlerem, który nakazuje mu stłumienie buntu. O 20.00 Witzleben wyjeżdża z powrotem do Zossen. W tym samym czasie Stauffenberg dementuje plotki o rzekomym cudownym ocaleniu Hitlera i zagrzewa swoich rozmówców do działania. Remer zamiast wspierać spiskowców staje się ich największym wrogiem, dysponując osobistym rozkazem Hitlera. O 20.50 von Hase zgłasza się do Josefa Geobbelsa, gdzie zostaje aresztowany przez funkcjonariuszy SD. W Kętrzynie w pocie czoła pracuje też Martin Bormann, który rozsyła kolejne rozkazy do poszczególnych dowódców, jednostek i gauleiterów, w których zaprzecza jakoby Hitler został zabity, a władzę przejął Wehrmacht. Przy Bendlerstrasse rozgrywa się jeden z końcowych aktów dramatu. Wierni Hitlerowi oficerowie postanawiają obezwładnić spiskowców i uwolnić Fromma. Około 23 Stauffenberg i reszta jego grupy zostaje aresztowana. Claus zostaje ranny. Wraz z Beckiem, Olbrichtem, Mertzem i Haeftenem zostają uwięzieni. W innym pomieszczeniu umieszczono Fritza-Dietlofa von der Schulenburga, Petera Yorcka von Wartenburga, Berthold Stauffenberga, hr. Schwerina i Eugena Gerstenmaiera. Po 23.15 Fromm wkracza na scenę. Wiedział, iż zeznania tych, którzy właśnie zostali pojmani przyczynią się do jego oskarżenia, dlatego postanowił zlikwidować potencjalne zagrożenie.

Friedrich Fromm, który postanowił w jedyny możliwy sposób oczyścić się z zarzutów, zorganizował szybki sąd i skazał wszystkich oskarżonych na śmierć. Beckowi umożliwił honorowe samobójstwo, jednak ten, podobnie jak Stülpnagel, nie trafił i brocząc krwią został zaprowadzony przed pluton egzekucyjny wraz z Stauffenbergiem, Mertzem, Olbrichtem i von Haeftenem. Fromm pozwolił skazanym napisać ostatnie słowa do rodzin. Wyrok śmierci Fromm nakazał wykonać żołnierzom z batalionu "Grossdeutschland", którzy przybyli na Bendlerstrasse. Beck zostaje dobity przez jednego z żołnierzy. Pięć minut po północy skazańcy zostali wyprowadzeni na podwórze, gdzie o 0.15 wszyscy zostają rozstrzelani. Według naocznych świadków przed śmiercią Claus von Stauffenberg wykrzykuje "Niech żyją Niemcy".

Krótko po północy przemówienie do narodu niemieckiego skierował Adolf Hitler. Powiedział m.in.: "Niewielka klika ambitnych, pozbawionych sumienia i zarazem zbrodniczych i głupich oficerów, uknuła spisek, żeby mnie usunąć, a wraz ze mną cały sztab niemieckiego dowództwa wojskowego. Bomba podłożona przez pułkownika hrabiego Stauffenberga wybuchła w odległości dwóch metrów z mojej prawej strony. Spowodowała ciężkie obrażenia u wielu moich drogich współpracowników, jeden z nich zmarł. Ja sam pozostałem nietknięty, nie licząc paru zadrapań skóry, potłuczeń czy poparzeń […]".

Echo wybuchu z 20 lipca 1944 słyszalne było wkrótce w całej Rzeszy. Sprawa, co oczywiste, została nagłośniona, a hitlerowcy szybko zaczęli eliminowanie kolejnych spiskowców, którzy jeszcze nie zdążyli odebrać sobie życia lub, jak to było w wypadku zakładników Fromma, nie zostali rozstrzelani. Specjalnie stworzony Trybunał Ludowy miał sądzić m.in. Witzlebena. Prezydentem trybunału był Roland Freisler. Rozprawa odbyła się 7 sierpnia 1944 roku. Wyrok mógł być tylko jeden. Trybunał Ludowy bezlitośnie karał podejrzanych o zdradę, a w tym wypadku o spisek mający na celu pozbawienie życia Hitlera. 8 sierpnia Witzleben i tzw. "inni" w liczbie siedmiu (wśród nich: Erich Hoeppner, Helmuth Stieff, Albrecht von Hagen, Paul von Hase, Robert Bernardis, Friedrich-Karl Klausing i hr. Peter York von Wartenburg) zostali straceni przez powieszenie. Nadgorliwość Fromma w wypełnianiu obowiązków okazała się dla niego zgubną. Hitler słusznie zinterpretował zachowanie dowódcy wojsk rezerwowych i nakazał jego aresztowanie. Długie śledztwo przeciągnęło się do 19 marca 1945 roku, kiedy to Fromma stracono. Kluge również nie uszedł z życiem - zdecydował się na samobójstwo, zażywając truciznę 19 sierpnia 1944 roku. Warto też wspomnieć o Rommlu, który, mimo iż podczas zamachu stanu leżał w szpitalu, również został wmieszany w spisek. Doprowadziło go to do śmierci samobójczej w dniu 14 października 1944 roku. I wreszcie zobaczmy, co stało się z głównym inicjatorem spisku - dr Carlem Goerdelerem. Od dnia zamachu ukrywał się on i do 12 sierpnia udało mu się pozostać na wolności. Za informacje odnośnie miejsca pobytu Goerdelera wyznaczono nagrodę w wysokości miliona marek. Nic więc dziwnego, że zbieg został pochwycony. To dzięki reakcji pracowniczki służby pomocniczej Luftwaffe Goerdelera pochwycono w jednej z karczm w wiosce Konradswalde. Helena Schwärzel wkrótce otrzymała obiecaną nagrodę. Po uwięzieniu przez gestapo Goerdeler wcale nie ukrywał swojej działalności spiskowej. Co więcej, szafował kolejnymi nazwiskami, ujawniając przesłuchującym go najdrobniejsze szczegóły akcji. Znacznie ułatwił zadanie gestapowcom, którzy potrzebowali takich informacji, aby ostatecznie rozprawić się z opozycją. W konsekwencji Goerdeler wydał Himmlerowi wielu swoich towarzyszy, a sam został skazany na śmierć. Wyrok wykonano 2 lutego 1945 roku. Ostatnie słowa Goerdelera zapisane na ścianie jego celi brzmiały: "Zwracam się do świata z prośbą, by przyjął nasze męczeństwo jako pokutę za lud niemiecki". 23 stycznia 1945 roku zginął hr. Helmuth James von Moltke, jeden z członków grupy "Kreisau". Hrabia Trott zu Solz również przypłacił życiem udział w spisku - 26 sierpnia 1944 roku wykonano na nim wyrok śmierci.

Fala represji, jaka ogarnęła Niemcy po lipcowym zamachu, trwała do ostatnich dni III Rzeszy. Choć Freisler zginął podczas jednego z bombardowań Berlina, znaleźli się kontynuatorzy jego niechlubnego dzieła. Tak skończyły się sny o wolnych Niemczech. Sny Clausa von Stauffenberga i jemu podobnych. I dopiero alianci przynieśli to, co nazwać możemy wyzwoleniem.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków