Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Hitlerzy przychodzą i odchodzą, a naród niemiecki i państwo niemieckie pozostają", Józef Stalin

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Uwolnienie Benito Mussoliniego przez niemieckich komandosów

Benito Mussolini jest postacią niezwykłą. Właściwie był twórcą faszystowskiego ruchu, który ogarnął Półwysep Apeniński na początku XX wieku. To właśnie wierność tej ideologii zaprowadziła go na szczyt. Przywódca Włochów, który nieprzerwanie rządził ich państwem przez ponad 15 lat, wytwarza mieszane odczucia w każdym, kto pragnie zapoznać się z jego biografią. Jest to bowiem postać pełna sprzeczności i kontrowersji, wzbudzająca zachwyt, ale i politowanie. Mussolini zdawał sobie sprawę z tego, jakie uczucia wzbudza, a jednego nienawidził szczególnie. Od dzieciństwa aż do śmierci walczył o powagę, a tymczasem jego postać jest, co tu dużo mówić, groteskowa. Zastanawiające, jak taki człowiek potrafił zdobyć sobie uznanie wielomilionowej społeczności, która wsparła go w walce o władzę. W epoce konfliktów zbrojnych, jaką niewątpliwie był XX wiek, Mussolini chciał zająć szczególne miejsce, tworząc imperium na wzór antycznego Imperium Rzymskiego. Wydaje się jednak, że celu tego nie udało się mu osiągnąć. Złożyło się na to niepowodzenie wiele czynników, w tym siła armii włoskiej i ograniczone możliwości, jeśli chodzi o rozwój militarny. Ale też w jakimś stopniu winnym przegranych na różnych frontach (wojennych i politycznych) był sam Mussolini, który jako przywódca włoskiego państwa przez rodaków nazywany był duce. Wódz i autorytet dla wielu Włochów na pierwszy rzut oka wydaje się być idealnym przywódcą państwa z Półwyspu Apenińskiego - pełen charyzmy, łatwo zdobywający sobie zwolenników, niezły orator potrafiący przyciągnąć ludzi i omamić ich rozmaitymi obietnicami. W kontaktach międzynarodowych posiadał szereg ważnych znajomości i, co najważniejsze, miał posłuch wśród podwładnych. Wydawać by się mogło, że osiągnął wszystko, czego tylko pragnął, na trwałe zapisując się w historii państwa włoskiego. Co więcej, także jego życie prywatne było pasmem sukcesów. Sielankowe życie Mussoliniego nie mogło jednak trwać wiecznie. Mocarstwowe aspiracje zmusiły go bowiem do wmieszania się w wielką politykę europejską, do czego tak naprawdę nie był przekonany. Dopóki działał na własnym podwórku miał przewagę nad przeciwnikami, gdy stanął do równorzędnej batalii z silniejszymi od siebie, nie sprostał trudnemu zadaniu, a idealny rozwój jego kariery zakłócił wybuch II wojny światowej i opowiedzenie się Włoch po stronie hitlerowskich Niemiec. Jako przyjaciel i polityczny wspólnik Adolfa Hitlera Mussolini musiał zdecydować się na tak drastyczny krok, jak wypowiedzenie wojny Francji i Wielkiej Brytanii. Spodziewał się ogromnych sukcesów i podbojów swojej armii; nie przewidywał jednak, iż siłom Państw Osi w końcu może powinąć się noga.

Na początku 1943 roku wszystko runęło. Słusznie uważa się, iż to właśnie ten rok i poprzedzające go kilka miesięcy roku 1942 był decydujący dla losów II wojny światowej. Nazwać go możemy nawet przełomowym ze względu na to, iż na frontach europejskich i światowych doszło do znaczących zmian. Dumny naród niemiecki musiał przełknąć gorzką pigułkę, gdyż to właśnie wtedy skończyło się nieustanne pasmo sukcesów Wehrmachtu - na południu, w Afryce Północnej, alianci właśnie kończyli zwycięską dla siebie kampanię, na wschodzie Armia Czerwona poczynała sobie coraz śmielej, a straty niemieckie wciąż rosły. Wierny sojusznik Hitlera, Benito Mussolini, cierpiał równie mocno, co niemiecki towarzysz. Walczący ramię w ramię z Niemcami Włosi ponosili porażkę za porażką i nie było widać końca pasma klęsk militarnych spowodowanych nie tylko świetną postawą żołnierzy sił sprzymierzonych, ale i fatalną postawą włoskich jednostek, które nie miały ochoty do walki, a ich zaangażowanie i morale szły w stronę zera. Po druzgocącej klęsce w Afryce Północnej coraz więcej ludzi, którzy do tej pory byli zaufanymi współpracownikami Mussoliniego, zaczęło oddalać się od duce. Uważali oni, iż za niepowodzenia winą należy obciążyć właśnie jego, a złe decyzje personalne i polityczne jedynie przyspieszyły przegraną, która tak naprawdę była efektem nieprzygotowanej kampanii wojennej. Narastający w samym sercu Włoch, Rzymie, bunt wkrótce miał doprowadzić do upadku jednego z najsłynniejszych dyktatorów XX wieku. Szczególną niechęć do duce wzbudziły meldunki z frontu wschodniego, gdzie w tym czasie Armia Czerwona rozbijała kolejne jednostki przeciwnika i szykowała się do przeciwnatarcia. Patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego, wiemy, iż klęska pod Stalingradem, a następnie przegrana batalia pancerna pod Kurskiem były końcem ery panowania faszystowskich sił w starciu z Sowietami. Nic zatem dziwnego, iż ci, którym dobro Włoch leżało na sercu, zdecydowali się rozpocząć regularną rewoltę. Działania, które miały na celu obalenie reżimu Mussoliniego i doprowadzenie do separatystycznego pokoju z aliantami zachodnimi, co położyłoby kres krwawym zmaganiom w basenie Morza Śródziemnego.

Z końcem 1942 roku otoczenie Mussoliniego zauważyło znaczną zmianę w jego zachowaniu i wyglądzie. Duce zawsze chciał sprawiać wrażenie obeznanego ze wszystkimi aspektami (mimo iż był dyletantem w niektórych dziedzinach) spraw politycznych i wojskowych, szczycił się swoją inteligencją i znakomitą pamięcią. Nagle jednak wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Mussolini postarzał się jakby o kilka lat, na jego twarzy odmalował się wysiłek spowodowany prowadzeniem długotrwałej wojny, a jego umysł nie był już tak przenikliwy jak kiedyś. Nawet Galeazzo Ciano, mąż Eddy Mussolini, ukochanej córki dyktatora, został odseparowany od teścia, choć do tej pory współdecydował z duce o losach państwa. I choć Mussolini starał się wtrącać do wszystkiego, jak dawniej, i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa wśród podwładnych (aby mieć lepsze rozeznanie, niejednokrotnie kontrolował ich życie prywatne), coraz częściej po prostu go oszukiwano. Odsuwając się we własny świat, duce tracił kontakt z tym realnym.

Był 7 kwietnia 1943 roku. Do barokowego zamku Klessheim przybył Benito Mussolini. Miał spotkać się z Adolfem Hitlerem i omówić nurtujące obu przywódców sprawy. Jak zwykle podczas rozmów Hitlera i Mussoliniego ten drugi starał się usunąć w cień. Hitler z kolei dominował - trzymał w dłoni wszystko, na czym zależało Mussoliniemu, w tym armię włoską i sprzęt, jakiego brakowało Włochom. Oczywiście, i tym razem duce niczego nie osiągnął, wolał bezczynnie słuchać tego, co mówił mu niemiecki sojusznik, bojąc się w ogóle wtrącić. Przeszkodą była również bariera językowa. Wspólne posiedzenia odbywały się w ojczystym języku Hitlera, po niemiecku, a Mussolini nie zawsze do końca rozumiał to, co mówi do niego Hitler. Włoch nie używał tłumacza, zdając się na własne umiejętności, ale momentami płynna niemiecczyzna przerastała jego skromne możliwości. Obserwatorzy spotkania określili rozmówców mianem dwóch trupów, nawiązując do zmian w wyglądzie obu przywódców. Wkrótce mogli powtórzyć te słowa, gdyż do ponownego spotkania na szczycie doszło jeszcze w lipcu. Wcześniej jednak zaszły wydarzenia, które miały niebagatelne znaczenie dla rozwoju sytuacji politycznej we Włoszech.

10 lipca nastąpił zmasowany atak alianckich wojsk na Sycylii. Żołnierze sił sprzymierzonych szybko opanowali wyspę, przymierzając się do kolejnej wielkiej ofensywy, której celem miał być Rzym. Choć do tak odległego punktu na Półwyspie Apenińskim alianci nie mogli dojść w przeciągu kilku dni, Włosi zaczęli panikować. 19 lipca o godzinie 9.00 w Treviso wylądował samolot Hitlera typu "Condor". Po pospiesznym powitaniu z wszelkimi honorami (na marginesie - spotkanie przygotowano nie żałując pieniędzy, ponieważ Włosi oczekiwali dłuższej wizyty Hitlera) obaj dygnitarze Państw Osi udali się na rozmowy. Nie trwały one długo. Mussolini znowu pokornie słuchał Hitlera, który nawet z nim nie rozmawiał, on prowadził monolog - pełen ekspresji i żywiołowych wtrąceń. Duce, jak to wcześniej bywało, nie wszystko zrozumiał i nie miał odwagi w ogóle się odezwać. Ku zgrozie wojskowych, a przede wszystkim gen. Ambrosio, szefa sztabu włoskiej armii. O 13.00 nastąpiła przerwa. Mussolini został otoczony kordonem wojskowych, którzy nagabywali go do sprzeciwu wobec oskarżeń Hitlera kierowanych pod adresem narodu włoskiego. Przerażony Mussolini wciąż nie reagował. Hitler naobiecywał mu niemożliwych do zrealizowania rzeczy, a duce nie śmiał pytać o szczegóły, zwracając jedynie uwagę Wilhelma Keitla, iż... prosi o nadesłanie sprzętu. Gen. Ambrosio był załamany, a jego samopoczucie pogorszyła krótka wypowiedź duce, który stwierdził, iż tym razem Hitler mówił szczerze i zapewniał o przyjaźni. Całość skończył słowami: "Oczywiście, nasze wymagania muszą być rozsądne, a nie astronomiczne". To przelało czarę goryczy. Każdy, kto choć trochę znał się na polityce, był pewien, iż koniec Mussoliniego musi nastąpić jak najszybciej.

Gen. Ambrosio nie był odosobniony w swym sprzeciwie wobec polityki duce. Miał silnego sojusznika w postaci hr. Dino Grandi. Poza tym po stronie "spiskowców" stali hr. Ciano (zięć Mussoliniego i były minister spraw zagranicznych), Dino Alfieri (ambasador Włoch w Berlinie) czy Giuseppe Bottai. Tenże Grandi, który na początku wojny zdecydowanie sprzeciwiał się przystąpieniu Włoch do konfliktu, postanowił doprowadzić do obalenia reżimu Mussoliniego, wiedząc, iż król popiera jego działania. Gen. Ambrosio, po powrocie ze spotkania z Niemcami, udał się na rozmowę do króla. Podczas wymiany zdań ustalono, iż duce nie może dłużej sprawować swoich obowiązków i wyznaczono datę uwięzienia Mussoliniego na 26 lipca. W tym dniu zaplanowano wizytę duce u króla Wiktora Emanuela III. Panowie spotykali się na cotygodniowych audiencjach, podczas które omawiano bieżące sprawy polityczne i militarne. W drugiej dekadzie lipca (jeszcze przed spotkaniem z Hitlerem) stało się coś, co rozstrzygnęło los dyktatora. Mussolini, aby wzmocnić poparcie, które, jak mniemał, przeżywało jedynie drobny kryzys, zwołał posiedzenie Wielkiej Rady Faszystowskiej. Tymczasem Grandi zbierał podpisy pod petycją, dzięki której władza znowu miała przejść w ręce króla. Mussolini zdawał sobie z tego sprawę i, być może przesadnie wierząc we własny potencjał, również z tego powodu nalegał na dawno niezwoływane posiedzenie Wielkiej Rady, którego początek wyznaczono na godz. 17.00 24 lipca. Próba sił byłaby idealnym rozwiązaniem dla Mussoliniego, który mógłby udowodnić, jak wielkim poparciem wciąż się cieszy. Na jego nieszczęście, nadzieje te nie były trafione.

O 17.00 rozpoczęło się długo wyczekiwane przez przeciwników dyktatora zebranie. Spiskowcy byli dobrze przygotowani do rozmów - nie tylko merytorycznie. Grandi przyniósł ze sobą dwa granaty, Bottai jeden. Większość członków rady przyszła uzbrojona, bojąc się, iż Mussolini nakaże ich aresztować. Duce otworzył posiedzenie dwugodzinną przemową. Następnie przemawiali Grandi i Ciano, który nie chciał wypowiadać się w ostrych słowach i nie obwiniał teścia. Mimo to Mussolini fatalnie przyjął wypowiedź Ciano. Nastąpiła przerwa, podczas której spiskowcy przygotowywali listę oskarżeń pod adresem Mussoliniego i plan działania. Galeazzo podpisał rezolucję Grandiego, mimo iż jej autor zdecydowanie mu to odradzał. Po przerwie ponownie przemówił duce. Wkrótce rozpoczęto głosowanie nad losem Mussoliniego. 19 członków rady było za pozbawieniem go władzy, tylko siedmiu poparło dyktatora (dwóch wstrzymało się od głosu). Posiedzenie skończyło się o 3.00 25 lipca. Wszyscy rozjechali się do domów. Teraz każdy w zniecierpliwieniu oczekiwał głosu króla Wiktora Emanuela III, który miał rozstrzygnąć dyskusję. To właśnie on miał podjąć ostateczną decyzję o dymisji Mussoliniego. 25 lipca duce udał się do osoby, której w żadnym wypadku nie podejrzewał o udział w spisku. Po dwudziestu minutach rozmowy król podjął jednak decyzję niezgodną z oczekiwaniami jego rozmówcy. Wiktor Emanuel przekazał Mussoliniemu, iż przyjmuje jego dymisję, a urząd premiera nowopowstałego rządu oddaje w ręce Pietro Badoglio. Po chłodnym pożegnaniu z królem duce został aresztowany, choć zagwarantowano mu osobiste bezpieczeństwo. Pierwszy tydzień aresztu spędził na wyspie Ponza, następnie przeniesiono go na wyspę La Maddalena. Nie mógł tam jednak pozostać - ze względów bezpieczeństwa wywieziono go ponownie. Włosi obawiali się, iż niemiecki sojusznik będzie naciskał na Badoglio, by ten dał sygnał do uwolnienia duce. Rodzili również przypuszczenia, iż dotychczasowy aliant może spróbować szaleńczej akcji uwolnienia Mussoliniego. Choć na pierwszy rzut oka podobna operacja nie mogła mieć racji bytu, byli tacy, którzy twierdzili inaczej.

Otto Skorzeny nie wiedział, po co został zaproszony do kwatery führera. Nie wiedział też, co może oznaczać to spotkanie. Dopiero na miejscu został poinformowany, czego się od niego wymaga. W czasie krótkiej rozmowie z Hitlerem otrzymał niezbędne informacje na temat tego, co miał zorganizować i zrobić. Skorzeny był zauroczony rozmową z przywódcą III Rzeszy - wcześniej nie dostąpił tak wielkiego zaszczytu, a teraz został specjalnie wezwany do kwatery Hitlera, aby zrealizować śmiały plan uwolnienia Benito Mussoliniego z rąk jego włoskich przeciwników politycznych. Miał zatem stanąć na czele oddziału komandosów, których zadaniem było odbicie duce z więzienia, w którym właśnie był przetrzymywany. Zadanie nie wydawało się łatwe, jednak urzeczony mową Hitlera Skorzeny zapragnął od razu spełnić jego rozkaz, tak ważny podczas kontynuacji dalszych działań na obu frontach. Hitler jak zwykle wykazał się zmysłem oratorskim. Bez trudu omotał Skorzenego, który zresztą był jego rodakiem. Obaj wywodzili się z Austrii, wobec czego nietrudno było o nić porozumienia. Tymczasem na Półwyspie Apenińskim, gdzie 10 lipca alianci rozpoczęli realizację planu "Husky", sprzymierzeni otwarli swoisty drugi front, decydując się na odciążenie Armii Czerwonej w jej walce z koalicją Państw Osi. Spotkanie w kwaterze niemieckiego dyktatora odbyło się już 26 lipca, a więc w dzień po uwięzieniu Mussoliniego. 27 lipca miała rozpocząć się wyprawa odwetowa. Skorzeny został oddelegowany do Luftwaffe i oddał się pod dowództwo gen. Kurta Studenta, któremu powierzono dowodzenie całą operacją. Zaraz po tym nastąpiło spotkanie obu panów, podczas którego omówiono szczegóły akcji. Obaj byli doświadczonymi żołnierzami i dobrze wiedzieli, iż w przypadku powodzenia operacji "Eiche", bo taki nadano jej kryptonim, zaszczyty i wyróżnienia, jakie otrzymają, będą ogromne. Dlatego też już wtedy postanowili działać na własną rękę, aby samotnie, nie bacząc na drugiego zorganizować odbicie Mussoliniego i przywiezienie go bezpiecznie na terytorium III Rzeszy. Gwarantowało to niezwykłą wdzięczność Hitlera, a ten potrafił szczodrze się odpłacić. 28 lipca cały sprzęt wraz z komandosami był już we Włoszech. Miejsce pobytu Mussoliniego wciąż nie było Niemcom znane. Włosi doskonale zdawali sobie sprawę z możliwości zorganizowania przez Niemców operacji pomocy byłemu wodzowi narodu włoskiego. Wybrali zatem najprostsze z możliwych rozwiązań - nieustannie zmieniali miejsce uwięzienia duce, przenosząc go w taki sposób, aby nikt nie wykrył, gdzie obecnie się on znajduje. Wywiad niemiecki odkrył jednak, iż Mussolini najprawdopodobniej przetrzymywany był w hotelu Campo Imperatore, w górskim masywie Abruzzów.

8 września Skorzeny i jego zastępca Karl Radl wystartowali do lotu, którego celem było sfotografowanie miejsca rzekomego pobytu Mussoliniego. Ich Heinkel He 111 był wyposażony w kamerę pozwalającą na robienie zdjęć z dużej odległości. Niestety, jak się okazało kamera nie mogła pracować w tak niezwykłych warunkach, co tłumaczone było niską temperaturą. Cała akcja wywiadowcza mogła skończyć się niepowodzeniem. Panowie postanowili zrobić zdjęcia innym aparatem. Choć nie byli przygotowani do ciężkich warunków atmosferycznych, musieli wychylić się przez mały właz i próbować uchwycić budynki i miejsce znajdujące się w dole. Udało się - wrócili więc do bazy, przeżywając jeszcze chwile grozy, gdy niezauważeni mijali wrogie myśliwce. Alianci nie spostrzegli samotnej maszyny. Gdyby zobaczyli samolot ze Skorzenym na pokładzie, być może do wydarzeń z 12 września w ogóle by nie doszło.

12 września nadszedł dzień, który wybrano jako odpowiedni do zrealizowania śmiałego i niebezpiecznego planu. Skorzeny nieco sceptycznie podchodził do pomysłu, w którym wiele spraw pozostawało nierozwiązanych. Na wszelki wypadek postanowił przygotować trzy możliwości odwrotu. Samoloty wystartowały z lotniska Practica di Mare o godzinie 13:00 i skierowały się w stronę masywu Gran Sasso. Tego samego dnia o świcie wyruszyła inna grupa, dowodzona przez majora Mossa. Jej zadaniem było zajęcie kolejki górskiej prowadzącej do Campo Imperatore, która umożliwiała bezpieczny powrót żołnierzy Skorzenego i Studenta. Lądowanie na małej łące obok hotelu, więzieniu duce, miało się odbyć o godzinie 14:00. Samoloty sformowane były w trzy grupy, z których drugą stanowili komandosi Skorzenego. Gdy zbliżali się do masywu, jego grupa wysforowała się naprzód. Łąka, na której lądowali, z bliska wydawała się być w jeszcze gorszym stanie niż to wcześniej przewidywano. Pilotom udało się jednak bezpiecznie sprowadzić maszyny na ziemię. Dzięki sprytowi dowódcy jako pierwsza lądowała na wyznaczonym miejscu grupa Skorzenego. Komandosi ruszyli przed siebie, szukając miejsca, w którym mógł przebywać duce. Szybka akcja uniemożliwiła obronę zdezorientowanym Włochom. Niemcy bez problemów poradzili sobie z kiepsko wyszkolonymi obrońcami, a sam Skorzeny uwolnił duce, odnajdując go w labiryncie pomieszczeń. Kolejka, którą mieli opanować Moss i jego ludzie została zdobyta, jednak lotnisko, z którego miał wystartować duce - nie. Jedna droga odwrotu została odcięta. Pozostawały jeszcze dwie ewentualności, jednak po uszkodzeniu jednego z samolotów Fieseler Storch kolejna z branych pod uwagę opcji została stracona. Trzecia ewentualność była najbardziej ryzykowna. Drugi ze Storchów krążył nad wzniesieniem, a kierował nim kapitan Gerlach. Wprawdzie Gerlach był świetnym pilotem, lecz zadanie, jakie mu przydzielono, wydawało się praktycznie niewykonalne. Łąka, na której kapitan posadził samolot i z której mieli startować, była zasłana wrakami maszyn. Z pomocą Włochów drżących o własne życie, udało się ją Niemcom nieco uprzątnąć. Drugi problem stanowiła długość wyboistej powierzchni przymusowo zamienionej na pas startowy. Tego już zmienić się nie dało. Skorzeny postanowił jednak zaryzykować, postawił wszystko na jedną kartę i razem z Gerlachem i Mussolinim wsiadł do samolotu. Zwalisty dowódca był potężnym obciążeniem dla niewielkiego samolotu. Skorzeny wiedział, że albo poleci z duce i cała nagroda oraz uznanie otoczenia niemieckiego wodza przypadnie jemu, albo straci ją na rzecz Studenta. Wystartowali. Pilot próbował jeszcze wykorzystać efekt katapulty (żołnierze trzymali samolot, aby osiągnąć większą prędkość startową), lecz na niewiele się to zdało. "Lotnisko" szybko się skończyło i samolot zaczął gwałtownie opadać. Zbawienny podmuch wiatru podniósł maszynę do góry, a po chwili nowy podmuch wzniósł ją jeszcze wyżej. Wszyscy trzej panowie bezpiecznie dolecieli do Practica di Mare i stamtąd udali się do Hitlera. Podróż nie trwała długo, choć zaplanowano przystanek w Wiedniu - na odpoczynek po męczącym dniu. Führer, w dowód wdzięczności, odznaczył Skorzenego Krzyżem Rycerskim i awansował do stopnia SS-Stürmbannführera. Wielka kariera Skorzenego dopiero się rozpoczynała. Wkrótce miał dać o sobie znać aliantom obradującym w Teheranie, gdzie podobno planował porwanie prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Napędził tym samym sporo strachu amerykańskim służbom, choć można mieć wątpliwości co do jego rzekomej złej sławy. Faktem jest natomiast, iż po wojnie Skorzeny walnie przyczynił się do budowania legendy pierwszego zawadiaki Europy.

Zostawmy jednak Skorzenego w spokoju, gdyż to nie on jest głównym bohaterem tej opowieści. Co ciekawe, na froncie włoskim sporo zdążyło się zmienić. W międzyczasie Badoglio zdołał doprowadzić do pokoju między Włochami i aliantami. Dokumenty sygnowano w w Cassible. Informację o podpisaniu dokumentu przez obie strony podano do wiadomości publicznej dopiero 8 września (mimo iż gen. Castellano złożył podpis 3 września). Zauważalny stał się zatem podział Półwyspu Apenińskiego na południową część, w której umacniali się Amerykanie i Brytyjczycy, oraz północną część, gdzie wkroczyły jednostki niemieckie. I to właśnie z terytorium na północ od Rzymu Adolf Hitler wiązał największe nadzieje. Tym bardziej że miał obok siebie Benito Mussoliniego, którego poplecznicy wciąż stanowili siłę zdolną do przeciwstawienia się zwolennikom nowego rządu. Duce przebywał we wrześniu w kwaterze Hitlera, skąd ogłosił swój powrót do władzy i utworzenie Włoskiej Republiki Socjalnej na terenie północnych Włoch. W przemówieniu radiowym do narodu nawoływał do ukarania uczestników spisku, nie mówiąc nic o swojej roli w doprowadzeniu Włoch do klęski. Wciąż kreowano go na bohatera, choć Włosi doskonale zdawali sobie sprawę, iż wymysły propagandy nijak się mają do rzeczywistości. Mussolini miał nadzieję na powrót do Rzymu, jednak nie mógł zrealizować tego marzenia ze względu na sprzeciw Niemców i brak masowego poparcia swojego narodu. Został zatem zakwaterowany w Gargnano nad jeziorem Garda, skąd miał dowodzić podległymi mu ludźmi i stać na czele marionetkowego państwa utworzonego tylko i wyłącznie z powodu zachcianki Hitlera. Duce, rozeźlony zapewne tym, iż przydzielono mu rolę marionetki, a także podniecany przez Hitlera, zorganizował pokazowy proces "zdrajców z dnia 25 lipca". Pięciu faszystów, którzy w lipcu zagłosowali przeciwko Mussoliniemu, stanęło przed sądem, w którym jedynym wyrokiem mogła być kara śmierci. Ponadto stworzył trybunał, którego zadaniem było sądzenie ludzi podejrzanych o zdradę idei faszyzmu. Szczególnym przypadkiem był hr. Galeazzo Ciano, zięć Mussoliniego. Pod wpływem Niemców i żony Rachele duce postanowił się zemścić na mężu swojej ulubionej córki. Egzekucja zięcia była kolejną zbrodnią ciążącą na sumieniu Mussoliniego. Kara za niesubordynację była okrutna. Ale kres rządów Mussoliniego także się zbliżał. Jego siły witalne wyczerpywały się, a zmiany w wyglądzie przywódcy Republiki Salo z każdym dniem były bardziej widoczne. Obserwatorzy zauważyli, iż był on wylękniony i jakby postarzał się o kolejne kilka lat. Warto wspomnieć, iż egzekucja piątki wrogów politycznych Mussoliniego przeprowadzona została 11 stycznia 1944 roku. Wszystko sfilmowano, a duce miał zapewne okazję do niejednokrotnego obejrzenia makabrycznego widowiska. Makabrycznego tym bardziej, iż trzeba było aż trzech salw, aby uśmiercić więźniów. Czyżby Włosi Mussoliniego nie potrafili strzelać nawet do bezbronnych i nieruchomych skazańców?

Co ciekawe, zaraz po ucieczce ze Skorzenym Mussolini rozpoczął przywracanie porządku własnemu umysłowi. Zaczął od przeglądu doniesień prasowych, które nie były szczególnie korzystne. Dowiedział się bowiem, iż w kraju jest znienawidzony i nawet dotychczasowi wielbiciele odwrócili się od niego. Ten bolesny cios rujnował psychikę duce, który zawsze starał się dbać o medialny wizerunek przywódcy i ojca narodu włoskiego. Dodatkowo niezbyt estetyczny wygląd denerwował go i wręcz zakazał umieszczania własnych zdjęć w gazetach. A prasa miała o czym pisać, gdyż cały czas spekulowano na temat rzekomego romansu duce z Clarą Petacci, kobietą młodszą od niego o ponad dwadzieścia lat. Mussoliniego irytowały plotki, choć na pewno wiele w nich było prawdy. Zauważalna stała się coraz większa drażliwość duce spowodowana przeżytymi chwilami grozy, upokorzeniami ze strony Niemców i wreszcie własną bezsilnością. Niemalże na oczach Mussoliniego zwycięstwo w II wojnie światowej oddalało się coraz bardziej. Były dyktator mógł jedynie marzyć o zebraniu wielkiej armii i przepędzeniu aliantów z południowych Włoch, jednak takie marzenie było niemożliwe do zrealizowania. Republika Salo działała, mówiąc eufemistycznie, bardzo słabo, a zaprowadzenie porządku oddalało się z każdym krokiem, jaki stawiali Amerykanie i Brytyjczycy na drodze do północnych Włoch. Brakowało armii, doświadczonych dowódców i zaangażowania do dalszego boju. A południowe Włochy z radością witały wyzwolicieli alianckich, którzy nieśli ze sobą długo oczekiwany pokój. Co więcej, na terenie Republiki działały aktywnie bojówki partyzantów dowodzonych przez tzw. Korpus Wolontariuszy Wolności. 9 kwietnia 1945 roku alianci rozpoczęli ostateczne uderzenie. Zmasowany atak wojsk sił sprzymierzonych, w tym II Korpusu Polskiego, doprowadził do wybuchu powstania antyniemieckiego na terenie Włoskiej Republiki Socjalnej.

Śmierć mogła teraz spotkać każdego z ludzi Mussoliniego, nie wyłączając samego duce. W końcowych miesiącach życia zbliżył się swoją postawą do Hitlera, rozgłaszając, iż walki trwać będą do ostatniego żołnierza. Wolał raczej poświęcić życie wielu żołnierzy oraz dobro narodu dla lansowania własnej osoby, jako niezłomnego bojownika o wolność Włochów. Nie znalazł jednak poparcia u współpracowników. Co więcej, jego pomysły sabotowano. Realizacja niektórych z nich była albo niemożliwa, albo niedorzeczna. Widmo klęski rysowało się na tyle wyraźnie, iż Mussolini zaczął szukać sposobu na skontaktowanie się z aliantami oraz partyzantami. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić, a losy wojny wydawały się być rozstrzygnięte. 18 kwietnia duce wyjechał z Gargnano do Mediolanu, gdyż w ówczesnej sytuacji pobyt w miejscowości zagrożonej atakiem sił powstańczych był zbyt niebezpieczny. 25 kwietnia przybył do siedziby arcybiskupa Mediolanu, gdzie otrzymał wiadomość od partyzantów, którzy obiecywali uczciwy proces w zamian za natychmiastową kapitulację. Początkowo duce miał przystać na propozycję poddania się, jednak nagle zmienił decyzję i postanowił wyjechać z Mediolanu. Zapewne podejrzewał, iż zostanie stracony przez Komitet Wyzwolenia. Udał się do granicy szwajcarskiej, choć nie miał nadziei na przekroczenie przejścia. Być może miał zamiar użyć siły, ale i z tego musiał zrezygnować, gdyż do Szwajcarów przyłączyła się włoska straż graniczna, uniemożliwiając ucieczkę dyktatora. Po południu Mussolini dołączył do grupki niemieckich żołnierzy i w przebraniu usiłował przekroczyć granicę włosko-austriacką. 27 kwietnia kolumnę zatrzymali żołnierze 52. Brygady Międzynarodowej. Zażądano wydania Włochów. Według jednej wersji wśród Niemców rozpoznano Mussoliniego, według innej - towarzysze wyprawy duce wydali niechcianego w kolumnie człowieka. Duce został uwięziony w ratuszu w Dongo. Następnie przeniesiono go do Germasino. 28 kwietnia wyruszono w dalszą drogą, a do grupy dołączyła Clara Petacci, która zapragnęła być z kochankiem do ostatnich chwil życia. Partyzanci dowiedzieli się, iż Amerykanie wkroczyli do Como, dlatego postanowili pozbyć się kłopotliwego bagażu. Powodem była niechęć do alianckich sądów. Istniało bowiem uzasadnione przekonanie, iż duce zostanie potraktowany pobłażliwe, a alianci nie zdecydują się na szafowanie wyrokami śmierci. Pułkownik Valerio, dowódca żandarmerii w Korpusie Wolności nakazał wyprowadzić Mussoliniego i Clarę. Po chwili obydwoje zostali zastrzeleni. 29 kwietnia ciała kochanków zostały przewiezione do Mediolanu, gdzie powieszono je za nogi na placu Loreto - wśród szyderstw tłumu wiatr bujał zwłoki jednego z najsłynniejszych dyktatorów XX wieku.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków