Pięciu braci zginęło na jednym okręcie - największa rodzinna tragedia marynarska II wojny światowej

Artykuły serwisu "II wojna światowa"



II wojna światowa jak żaden inny konflikt obfitowała w ludzkie dramaty i cierpienie. Hekatomba ludności cywilnej, niemieckie obozy koncentracyjne, masowe zbrodnie, wreszcie krew przelewana na licznych frontach. Wszystko to stało się smutnym elementem wojennej rzeczywistości, codzienności, z którą mierzyli się wówczas obywatele wielu krajów. Polacy wiedzą o tym najlepiej. Doświadczyli bowiem tragedii, która odcisnęła trwałe piętno na historii narodu. Nie sposób zliczyć wszystkich osobistych dramatów, jakie rozgrywały się na całym świecie. Każdy ofiara złożona w imię pokoju zasługuje na odrębne potraktowanie. Są wśród nich przypadki szczególne. Do takich z pewnością możemy zaliczyć historię pięciu braci, którzy zginęli jednego dnia.



Bracia Sullivan ruszają na front

Było ich pięciu. Prawdziwa duma ojca Toma i matki Allety, którzy w 1931 roku przeżyli pierwszą rodzinną tragedię, gdy zmarła ich nowonarodzona córka. Najstarszy George urodził się w 1914 roku. Najmłodszy Albert w 1922 roku. Pochodzili z rodziny o irlandzkich korzeniach mieszkającej w Waterloo w stanie Iowa. Gdy w grudniu 1941 roku Japonia zaatakowała amerykańską bazę morską w Pearl Harbor, wielu młodych Amerykanów postanowiło zaciągnąć się do marynarki wojennej, by bronić swojej ojczyzny. Sullivanowie szybko podjęli decyzję o rozpoczęciu służby, motywując ją utratą bliskich kolegów w czasie japońskiego nalotu. Oprócz George'a i Alberta do US Navy przyjęto jeszcze Francisa, Josepha i Madisona. Zapisali się już 3 stycznia 1942 roku, zastrzegając, iż chcieliby służyć na jednym okręcie. Trudno dzisiaj powiedzieć, dlaczego dowództwo przystało na ten warunek. Amerykanie zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakie dla członków rodziny stwarzała służba w jednym miejscu, ale w obliczu niespodziewanej wojny, wobec trudności w rejestracji rekrutów, a także wychodząc naprzeciw oczekiwaniom braci, zgodzono się na ich wspólną służbę. Otrzymali przydział na krążownik USS ,,Juneau", nowoczesną jednostkę zwodowaną ledwo półtora roku wcześniej. Krążownik dopiero co wszedł do służby, ale wobec postępów japońskiej armii było oczywiste, iż Sullivanowie szybko znajdą się w samym sercu kampanii na Pacyfiku.

Tragedia USS "Juneau"

14 lutego 1942 roku wyruszyli w pierwszy rejs. Fotograf marynarki zrobił im wtedy zdjęcie, które wykorzystywano jako propagandówkę potwierdzającą ogromne zaangażowanie amerykańskiego społeczeństwa w służbę ojczyźnie. Tom i Alleta także znaleźli się na świeczniku, jako rodzice młodych bohaterów. Alletę poproszono nawet o bycie matką chrzestną podczas uroczystości wodowania okrętu holowniczego USS ,,Tawasa". W połowie 1942 roku ,,Juneau" włączono do grupy okrętów operujących w rejonie Wysp Salomona. Toczyły się tam wówczas ciężkie walki - morskie, powietrzne i lądowe - których punktem kulminacyjnym była bitwa o Guadalcanal. ,,Juneau" głównie eskortował lotniskowce i wyprawy desantowe, jego załoga wzięła także udział w bitwie w rejonie Santa Cruz. W listopadzie ,,Juneau" ponownie osłaniało wyprawy amerykańskie, tym razem z posiłkami na Guadalcanal. W rejonie wyspy doszło do starcia z zespołem japońskim. W trakcie walk amerykański krążownik został trafiony torpedą wystrzeloną z niszczyciela ,,Amatsukaze". Przetrwał, ale stracił część mocy, co ułatwiło przeciwnikowi misję wykończenia okrętu. W nocy z 12 na 13 listopada został dobity przez japoński okręt podwodny ,,I-26", który ponownie trafił ,,Juneau" torpedą, co wywołało ogromną eksplozję i doprowadziło do zatopienia krążownika. ,,Juneau" został praktycznie przepołowiony zanim poszedł na dno. Zginęło 683 członków załogi, uratowała się ledwie garstka tych, którzy przetrwali kilka dni na improwizowanych tratwach. Towarzyszące ,,Juneau" okręty początkowo odpłynęły, obawiając się kolejnych ataków. Nie spodziewano się także, by ktoś mógł przeżyć tak potężny wybuch. Ocaleli cudem marynarze raportowali później o dziesiątkach kolegów, którzy dryfowali w morzu po kolei pożerani przez rekiny. Wielu z nich początkowo unosiło się na tratwach i szczątkach ,,Juneau", ale pomoc nie nadchodziła. Z wycieńczenia osuwali się do wody, gdzie czekała ich pewna śmierć. Odnotowano także przypadki pomieszania zmysłów - odwodnieni, przerażeni marynarze po prostu skakali do wody. Wśród dryfujących mogli się także znajdować bracia Sullivanowie. Według dokumentacji dwóch z nich przeżyło zatonięcie ,,Juneau", ale zginęło na wodach wokół Guadalcanal, nie doczekawszy ratunku.

Trudno powiedzieć, czy zatopienie krążownika ,,Juneau" rozpatrywano bardziej jako tragedię amerykańskiej marynarki wojennej czy też rodziny Sullivanów. US Navy rosła w siłę, nawet ciężkie straty można było uzupełnić. Zabitym braciom nikt nie mógł wrócić życia. Rodzina, a wraz z nią całe Waterloo, pogrążyło się w żałobie, choć nie od razu. Początkowo do rodziny zmarłych docierały jedynie szczątkowe informacje o storpedowaniu krążownika. Brakowało potwierdzenia śmierci rodzeństwa, choć miejscowi plotkowali o szczegółach zdarzenia. Wreszcie Alleta Sullivan zdecydowała się napisać list do prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Prosiła o jakąkolwiek odpowiedź, choć wtedy pewnie przeczuwała już, co stało się z jej synami. W krótkiej notce powoływała się na sąsiadów, do których dotarł list jednego z marynarzy informującego o śmierci Sullivanów. 13 stycznia 1943 roku prezydent odpisał zdruzgotanej matce. Ze względu na okoliczności zrobił to osobiście. Wyraził swój żal i wdzięczność za służbę Sullivanów. Zanim list przyszedł do Waterloo Alleta dostała już jednoznaczną odpowiedź. 11 stycznia 1943 roku odwiedził ją oficer US Navy, który przekazał kondolencje wraz z informacją o śmierci pięciu synów. Alleta i Tom złożyli ogromną ofiarę, ale nie zakończyli swojej służby dla amerykańskiego narodu. Dowództwo marynarki zorganizowało im serię objazdowych odczytów, w czasie których dzielili się swoimi doświadczeniami oraz zachęcali innych rodziców do wspierania wysiłku gospodarki przestawionej na tory produkcji wojennej. 22 lutego 1943 roku Alleta ochrzciła też USS ,,Tawasa". Jednostka służyła US Navy przez ponad trzydzieści lat.


Przypadek Borgstromów

Tragedia braci Sullivanów nie była odosobnionym przypadkiem. Często zdarzało się, że na jednym okręcie służyli członkowie rodziny. Wynikało to z chęci podtrzymania więzi i relacji. Długotrwała służba, z dala od domu. Wykorzystywano zatem każdą okazję, by zbliżyć się do rodziny. W konsekwencji obecność braci lub ojca z synem na pokładzie jednostki bojowej nie była niczym szczególnym. W takich momentach nie kalkulowano ryzyka, rozdzielając się celowo, by uniknąć wspólnej śmierci. W tym kontekście na uwagę zasługuje historia braci Borgstromów, amerykańskich żołnierzy z farmerskiej rodziny z Utah. Ich rodzice, Alben i Gunda, mieli łącznie aż dziesięcioro dzieci, z czego pięciu synów służyło na różnych frontach w czasie II wojny światowej. Śmierć mogła ich dopaść wszędzie, ale prawdopodobieństwo, że wszyscy zginą od kul wroga było minimalne. W końcu nie znajdowali się na jednym okręcie.

Tylko w teorii. Najstarszy LeRoy Elmer zginął 22 czerwca 1944 roku w czasie walk we Włoszech. Kilka miesięcy wcześnie, 17 marca 1944 roku, zginął Clyde Eugene, który walczył w rejonie Guadalcanal, czyszcząc rejon Wysp Salomona z japońskich niedobitków. Rolon Day i Rulon Jay, bliźniaki z 5 maja 1925 roku, mieli ledwie 19 lat, gdy trafili na front w Europie w składach dwóch załóg bombowców. Zginęli niemal jednocześnie. Rolon nie przeżył jednej z wypraw bojowych. Zmarł w wyniku odniesionych ran po powrocie do Anglii w dniu 8 sierpnia 1944 roku. 25 sierpnia 1944 roku kule dosięgły także samolot z Rulonem na pokładzie. Na wieść o śmierci czwartego z synów rodzice zwrócili się do US Navy z prośbą o zwolnienie urodzonego w 1921 roku Boyda. Początkowo otrzymali szokującą odpowiedź: Boyd wykorzystał już cały przysługujący mu urlop, więc zostaje na froncie. Dopiero po interwencji prominentnego polityka, który dowiedział się o sprawie, amerykańskie dowództwo postanowiło odwołać ostatniego ocalałego Borgstroma. Boyd został zwolniony ze służby w październiku 1944 roku i bezpiecznie wrócił do rodzinnego Utah. Razem z resztą rodziny opłakiwał poległych braci. Alben i Gunda byli wielokrotnie odznaczani przez amerykańską armię, otrzymali Złotą Gwiazdę dla Rodziny. Honory nie mogły im jednak wrócić poległych synów. Boyd do końca życia zmagał się ze skutkami depresji spowodowanej śmiercią braci, co przyczyniło się do rozbicia jego rodziny i przedwczesnej śmierci.


Sole Survivor Policy, czyli "Szeregowiec Ryan" w praktyce

Tragedia ,,Juneau", a wraz z krążownikiem także rodziny Sullivanów, dała amerykańskim dowódcom do myślenia. Na pierwszy plan wysuwała się oczywiście troska o dobro pozostałych przy życiu członków rodziny - podobne tragedie były źródłem niewyobrażalnego cierpienia. Z drugiej strony śmierć niemal całej rodziny na froncie była silnym ciosem propagandowym raczej zniechęcającym do służby. W efekcie po wojnie opracowano procedury zapobiegające podobnym wypadkom w przyszłości. Sęk w tym, że nawet tzw. Sole Survivor Policy ma istotne luki. Odnosi się bowiem przede wszystkim do czasu pokoju i zakłada odesłanie do domu ostatniego żyjącego z rodzeństwa, jeśli jego/jej brat lub siostra stracił życie na służbie. Praktyka pokazuje, że w czasach wojny tego typu obostrzenia nie mają większego znaczenia, a problem wspólnej służby nie jest odosobniony.

W tym kontekście warto także odwołać się do historii Polski. Rodzinne tragedie były wręcz naturalnym elementem okupacyjnej codzienności. Niemcy i Sowieci likwidowali całe rodziny, nie zwracając uwagi na żadne sentymenty. Co więcej, w wielu przypadkach wyłapanie członków rodziny było celem samym w sobie. Okupant zwalczał w ten sposób polski ruch oporu lub mścił się za działalność Polskiego Podziemia. Pamiętając o tragedii Sullivanów i Borgstromów, nie można zapominać o tym, czego doświadczyło polskie społeczeństwo, mierząc się ze stratą bliskich każdego dnia ponad pięcioletniej brutalnej okupacji.


Polecamy


Patronat


Recenzje