Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Nie wycofujemy się - idziemy do przodu w innym kierunku", Oliver P. Smith

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Polscy kryptolodzy w walce z niemiecką Enigmą

Zwycięstwo w wojnie to często nie tylko wysiłek wielomilionowej rzeszy żołnierzy, ale i ogromne poświęcenie ludzi pracujących za kulisami konfliktu. Tysiące specjalistów od rozmaitych zagadnień toczy zacięty bój, starając się zwiększyć potencjał armii, często w oryginalny sposób. Nie brakuje bowiem szalonych planistów, których pomysły przyprawić mogą o zawrót głowy (ot, chociażby rewolucyjna idea jednego z Amerykanów wykorzystania nietoperzy przenoszących ładunki wybuchowe do bombardowania Japonii), są też i tacy, dla których niezwykłe przedsięwzięcia przyjmują inny wymiar. Wśród nich na pierwszy plan wysuwa się wąska grupa naukowców zajmujących się kryptologią. Dziedzina ta wzięła nazwę ze zbitki greckich słów – „kryptos” i „logos”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczyć może „ukryte słowo”. Już w starożytności znalazła sobie liczne grono zwolenników, którzy w umiejętny sposób potrafili szyfrować przekazywane wiadomości, zabezpieczając je tym samym przed niepowołanymi adresatami. Z czasem proces kryptologicznego ukrywania treści ewoluował, a współcześnie skomplikowanie kodów wyraża się przede wszystkim w matematyczno-informatycznych ciągach znaków, których analiza i łamanie zależy już nie tylko od umiejętności kryptologów, ale i wydajności sprzętu, jakim dysponują. Komputeryzacja świata sprawiła, iż ciężar szyfrowania i dekryptażu przeniósł się z człowieka na maszyny. Postęp technologiczny przyniósł rewolucyjne rozwiązania w dziedzinie kryptoanalizy, a wraz z tego typu rozwojem do lamusa odeszli prawdziwi bohaterzy niegdysiejszych operacji kryptologicznych. Wspaniałe karty historii kryptologii zapisano także podczas II wojny światowej. Co więcej, przy ogromnym udziale polskich naukowców, którzy pokazali, iż o końcowe zwycięstwo walczyć można na zapleczu frontu, bez karabinów i czołgów.

Bezpieczeństwo to sprawa najwyższej wagi państwowej – o słuszności tego twierdzenia wielokrotnie przekonywali się dowódcy wielu armii. II wojna światowa, stając się największym konfliktem militarnym w dziejach ludzkości, testowała prawdziwość sentencji na własny sposób. Służby wywiadowcze wszystkich krajów posługiwały się własnym systemem zabezpieczeń, starając się szyfrować bezcenne wiadomości militarne, polityczne. Wydaje się, iż w przypadku wojskowości raporty z frontu, plany uderzeń czy też doniesienia z obozu wroga opatrzone były nie tylko rangą najwyższej poufności, ale i doniosłości ze względu na tysiące ludzkich istnień, których być albo nie być zależało od bezpieczeństwa przekazywanych danych. Przechwycenie założeń operacyjnych wroga mogło nie tylko zniweczyć jego plany, ale i zniszczyć wojska ruszające na doskonale przygotowanego przeciwnika, który miał również świetne rozeznanie w nieprzyjacielskie strategii. Niewątpliwie, wojna to wyjątkowo „gorący” okres pracy dla kryptologów z całego świata. Zwłaszcza, gdy mają oni świadomość, iż rywalizująca z nimi grupa kryptoanalityków nie śpi i tylko czeka na drobne potknięcie przeciwnika, by obalić misternie skonstruowany system kodów, tajemnic i szyfrów.

Jesienią 1919 roku znany wynalazca Hugo Koch pokusił się o stworzenie nowej maszyny. Holenderski inżynier opracował urządzenie szyfrujące, które jednak dalekie było od ideału. Koch postanowił nie rozwijać projektu i zbyć prawa do jego użytkowania koledze po fachu. Wirnikowa maszyna była wówczas rozwiązaniem dość oryginalnym, choć Koch nie był jedynym, który pracował nad zastosowaniem wirników przy szyfrowaniu wiadomości. Wynalazek opatentował, ale póki co maszyna nie znalazła większego zastosowania. Mniej więcej w tym samym czasie prace nad podobnym projektem prowadził niemiecki inżynier Arthur Scherbius, który w 1923 roku założył przedsiębiorstwo Chiffrermaschinen Aktien Gesellschaft. Spodziewał się sporych zysków, ale dopiero odkupienie patentu Hugona Kocha przyniosło rewolucyjne zmiany w jego kryptologicznej karierze. Koch zmarł zresztą 3 marca 1928 roku i nigdy nie zdołał doprowadzić do końca swojego śmiałego projektu, który stał się podstawą dla działalności Scherbiusa. W tym samym roku zakupił on patent Holendra, łącząc dotychczasowe osiągnięcia z pracą Kocha. Już w latach dwudziestych pierwsze modele maszyny szyfrującej Scherbiusa trafiły na rynek, wchodząc do komercyjnej sprzedaży. Produkt adresowany był do wielkich przedsiębiorstw, jednakże Scherbius doskonale zdawał sobie sprawę, iż jego wykorzystaniem zainteresowane będą również służby wywiadowcze i armia, bowiem zastosowanie nowych rozwiązań z zakresu kryptologii było ogromną szansą na skuteczne wdrożenie w życie bezpiecznego systemu szyfrowania. Masowa produkcja maszyn szyfrujących stała się możliwa dzięki licznym zamówieniom cywilnym i wojskowym, przy czym Scherbiusowi udało się pozyskać niezwykle ważnego partnera – niemiecką marynarkę wojenną, której śladem podążyła armia lądowa. W 1929 roku niemiecki inżynier zmarł, ale jego dorobek przeżył twórcę i szybko przyćmił nazwisko Scherbiusa.

I wojna światowa wywarła ogromne piętno na świadomości niemieckiego społeczeństwa. Bolesna była nie tylko porażka, ale i kompromitacja służb wywiadowczych. W okresie dwudziestolecia międzywojennego Brytyjczycy potwierdzili, iż nie mieli problemu z dostępem do depesz niemieckiego dowództwa, a ich dekryptaż następował niemal automatycznie. Stąd rozkazy niemieckie były doskonale znane przeciwnikowi, a wraz z nimi plany operacyjne, co umożliwiało opracowywanie strategii i wyprzedzanie niemieckich posunięć. Szczególne znaczenie miało to dla Royal Navy, brytyjskiej marynarki, znakomicie radzącej sobie w starciu z Kriegsmarine. Nic dziwnego, iż tuż po zakończeniu działań zbrojnych Niemcy zaczęli skrupulatnie pracować nad nowym systemem szyfrującym, by podobne sytuacje nie zdarzały się w przyszłości. Zakupy poczynione w 1926 i 1928 roku były preludium do stworzenia urządzenia idealnego, kodu nie do złamania. Jak się jednak miało wkrótce okazać, posunięcia niemieckich służb armijnych z zainteresowaniem śledziły ościenne kraje, wciąż obawiające się wzrostu imperialistycznych nastrojów na terenie Niemiec. Zarówno Polacy jak i Francuzi nie mieli zamiaru obserwowania rozwoju wypadków z założonymi rękami. Pomimo niewielkiego rozeznania w krokach podejmowanych przez Niemców, istniały słuszne obawy, iż urządzenia przeznaczone do szyfrowania wiadomości zostaną ulepszone i wykorzystane na większą skalę w armii. W styczniu 1929 roku do profesora Zdzisława Krygowskiego nadszedł list, którego nadawcą był Sztab Główny w Warszawie. Wojsko Polskie poszukiwało zdolnych studentów Uniwersytetu Poznańskiego uczących się pod czujnym okiem wykładowcy z Instytutu Matematyki. Warunkiem była znajomość języka niemieckiego i dobre noty w nauce. Wybrani spotkali się z mjr Franciszkiem Pokornym i por. Maksymilianem Ciężkim, którzy zaprosili ich na kurs kryptologiczny organizowany przez Wojsko Polskie. Tam, po zastrzeżeniu tajemnicy, przeszli gruntowane przeszkolenie z zakresu dekryptażu. Warto podkreślić, iż wybór Poznania na Mekkę polskiej kryptologii nie był przypadkowy – wojskowi doskonale zdawali sobie sprawę, iż praca nad szyframi niemieckimi wymagać będzie gruntownej wiedzy matematycznej i umiejętności lingwistycznych. O ile lata dwudzieste ubiegłego wieku były prawdziwym renesansem polskiej matematyki i niemal w każdym wielkim ośrodku miejskim znaleźć można było liczących się fachowców w tej dziedzinie naukowej, o tyle kwestie językowe miały ścisłe powiązanie z Poznaniem, gdzie przez lata zaborca próbował wykorzenić polską mowę, stosując politykę germanizacji. Stąd też znajomość języka niemieckiego była dla poznańskich studentów, w większości mieszkańców Wielkopolski, czymś naturalnym, a ich umiejętności warto było wykorzystać podczas pracy na rzecz polskiej armii. Niemal w tym samym czasie na drugim biegunie państw sąsiadujących z Niemcami trwały aktywne prace nad zorganizowaniem siatki wywiadowczo-kryptologicznej, która miała zająć się łamaniem niemieckich szyfrów i śledzeniem rozwoju technologii. Kpt. Gustav Bertrand, z francuskiego Sztabu Generalnego, z wielkim zainteresowaniem obserwował sytuację polityczną w latach dwudziestych, orientując się w założeniach niemieckiego planu kryptologicznego. Jakież było jego zdziwienie, gdy dowiedział się, iż powszechnie wykorzystywaną maszyną szyfrującą jest projekt Scherbiusa zaadaptowany do wymogów bezpieczeństwa wojskowego. Co więcej, Niemcy chełpliwie zapewniali, iż tym razem ich kod będzie nie do złamania. To zaalarmowało Sekcję D zajmującą się dekryptażem. Od 1930 roku na jej czele stał właśnie Bertrand. Kapitan szybko zorganizował prace placówki, a w 1931 roku dotarł do młodego niemieckiego szyfranta, Hansa-Thilo Schmidta, który zdecydował się na współpracę z Francuzami. Kooperacja układała się nad wyraz dobrze. Niemiec dostarczył bezcennych informacji dotyczących funkcjonowania urządzenia, przekazując kopie kluczy, opisy systemów stosowanych przez maszynę. Francuzi wiedzieli już, iż mają do czynienia z niezwykłym rozwiązaniem technologicznym – mieli przed sobą pierwsze tak poważne dokumenty potwierdzające ich wcześniejszą tezę – Niemcy wykorzystywali zmodyfikowany model urządzenia Scherbiusa o kryptonimie Enigma.

Gdy ktoś spojrzy na zachowane egzemplarze niemieckiej maszyny szyfrującej bądź na archiwalną dokumentację fotograficzną, z pewnością zauważy podobieństwo do zwyczajnej maszyny do pisania. Zbieżność wyrażała się głównie w 26 klawiszach oznaczających poszczególne znaki alfabetu. Każdy z nich wyposażony był w lampkę-żarówkę zapalającą się przy naciśnięciu przycisku. Komplikacje pojawiały się przy analizie funkcjonowania maszyny szyfrującej. Klawisze osadzono na jednej osi, której podstawą były wirniki, nazywane również rotorami. Obracające się elementy umożliwiały kodowanie informacji, przypisując kolejnym znakom losowe wartości, co było następstwem elektrycznych impulsów przebiegających wewnątrz maszyny. Przy odbiorze i odcyfrowywaniu wiadomość obsługujący Enigmę dostawał zwrot w postaci zapalających się lampek, które wskazywały oryginalne litery. Z czasem liczba schematów i możliwości wirników została zwiększona, co przełożyło się także na różne typy urządzeń szyfrujących użytkowanych przez poszczególne siły zbrojne. Odczytanie wiadomości uzależnione było od odpowiedniego ustawienia maszyny. Posługując się dużym uproszczeniem, niemiecka armia dysponowała konkretnymi kluczami wykorzystywanymi w danym okresie, co umożliwiało uzyskanie zbieżności pomiędzy poszczególnymi egzemplarzami maszyny szyfrującej. Warto zwrócić uwagę, iż częste zmiany ustawień znacznie utrudniały pracę kryptologów próbujących rozszyfrować kod Enigmy. W celu ujednolicenia systemu kodowania Niemcy posługiwali się najczęściej książkami kodowymi, których przechwycenie było dla aliantów równie ważne, co posiadanie egzemplarzy samej maszyny. Z technicznego punktu widzenia Enigma była urządzeniem mocno zaawansowanym, którego kod, jak na owe czasy, był niezwykle nowoczesny. Liczba kombinacji generowanych przez maszyny w praktyce wykluczała udane próby złamania kodu. Jak się miało okazać, przeciwnicy niemieckiej machiny wojennej nie mieli zamiaru rezygnować z kolejnych prób.

„Jest miesiąc wrzesień 1930 roku. Do kraju przyjechał z Niemiec matematyk, absolwent Uniwersytetu Poznańskiego, Marian Rejewski, młodzieniec niewysoki, szczupły, wobec otoczenia życzliwy, w odezwaniach się rozważny i skromny. Przyjemnie mu powrócić z niemiłej obczyzny do starych kątów w Poznaniu, gdzie uzyskał stopień magistra, uzupełniając później wiedzę na rocznym stażu w Getyndze”. Tymi słowami Stanisław Strumph-Wojtkiewicz opisywał powrót Rejewskiego do kraju. Młody polski matematyk zapewne nie zdawał sobie wtedy sprawy, iż stanie się jedną z kluczowych postaci formowanej naprędce grupy kryptologów, których głównym zadaniem było rozprawienie się z szyfrem Enigmy. W gmachu uniwersyteckim w Poznaniu naprzeciw wyszli mu koledzy z dawnych lat, Henryk Zygalski i Jerzy Różycki, witając przyjaciela z uśmiechami na ustach. Każdy z nich przybył na specjalne zaproszenie jako najlepsi kursanci szkolenia organizowanego przez Krygowskiego. Spotkanie z profesorem i majorem Pawłowiczem przebiegło w miłej atmosferze, a cała trójka młodych matematyków zdecydowała się przystąpić do projektu. Nie spodziewali się, iż tak mocno zwiążą swoje losy z niemiecką maszyną szyfrującą Enigma. W tym samym czasie z Wilna do Warszawy powoli sprowadzał się Gwido Langer. Podpułkownik święcił tryumfy jako świetny sztabowiec, znakomity organizator i pasjonat nowoczesnej techniki. Przełożeni ze Sztabu Głównego Wojska Polskiego szybko dostrzegli jego potencjał i zaproponowali objęcie posady kierownika komórki zajmującej się kryptologią. Co więcej, wkrótce miał zjednoczyć pod swym rozkazem speców od dekryptażu, przejmując od Franciszka Pokornego Biuro Szyfrów, do pomocy dobierając Maksymiliana Ciężkiego oraz Antoniego Pallutha. Ten ostatni zakupił cywilny egzemplarz maszyny Scherbiusa, który stał się podstawą do dalszych badań prowadzonych przez polskich kryptologów. To, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się utopią, pod koniec 1930 roku nabrało realnych kształtów. Niepozorna komórka wywiadowcza przekształciła się w świetnie zorganizowane, choć wciąż borykające się z licznymi problemami logistycznymi Biuro Szyfrów, którego kierownik miał nie tylko potencjał, pasję i wiedzę, ale i świetny zespół podkomendnych, którzy z zapałem zabrali się do pracy, poświęcając się jej bez reszty. Zwieńczeniem ich wysiłku były pierwsze sukcesy, wśród których wymienić trzeba przywiezienie Enigmy przez Pallutha, a następnie przeróbki, jakie Polakom udało się wprowadzić w cywilnej wersji maszyny. Przełomem stały się kontakty z francuskim odpowiednikiem Langera w postaci Gustava Bertranda, którego mocno interesowały postępy polskich kryptologów. Wziąwszy pod uwagę, iż sam nie mógł się poszczycić ani sukcesami, ani dobrze zorganizowanym zespołem, liczył na wydatną pomoc Polaków. Miał jednak asa w rękawie w postaci zwerbowanego do współpracy Niemca, któremu nadano kryptonim „Asche”. Schmidt okazał się przydatnym źródłem informacji, w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy przekazując szereg cennych danych, które Bertrand przesłał później Polakom. Do pierwszego spotkania doszło w grudniu 1932 roku, kiedy to Francuz przybył do Warszawy. Łącznie odbyło się 26 tego typu spotkań, przy czym wizyty polskich i francuskich delegacji na terytorium sojusznika rozłożyły się równomiernie. Zapisy konferencji znamy głównie z powojennych przekazów, gdyż brak jest jednolitej dokumentacji kontaktów polsko-francuskich. Wspomnienia obu stron często nie są zbieżne. Różnice wynikać mogą zarówno z naturalnego procesu zapominania pewnych faktów i przeinaczania innych, jak i tendencji do wyolbrzymiania swoich osiągnięć, co sprawia, iż współczesna ocena wkładu obu stron w rozwiązanie tajemnicy Enigmy nie jest w pełni rzetelna. Pierwsza konferencja w dniach 7-11 grudnia 1932 roku była preludium dla dalszej współpracy. Sojusznicy podzielili się również obowiązkami, przy czym Polakom przypadła w udziale praca kryptologiczna, a Francuzom głównie nasłuchowa, co było konsekwencją realnych możliwości obydwu stron. Dzięki wsparciu materiałami przywiezionymi przez Bertranda Rejewski miał nieco łatwiejsze zadanie. 8 grudnia do jego rąk trafiły pierwsze francuskie arkusze. Jeszcze przed Nowym Rokiem udało się mu odcyfrować niemiecką depeszę kodowaną przy użyciu Enigmy. 31 grudnia 1932 roku Polacy po raz pierwszy złamali kod Enigmy. Jak się miało okazać, dalece wykraczali poza możliwości sojuszników, którzy do końca okresu międzywojennego nie byli sobie w stanie poradzić z kodowaniem Enigmy. Właściwie w styczniu 1933 roku depesze niemieckie nie miały już dla Polaków tajemnic. Rejewski i jego zespół wykorzystali czysto matematyczne umiejętności, co w połączeniu z rekonstrukcją maszyny dało nadspodziewanie dobre rezultaty. Po latach Gustav Bertrand, choć tak nieprzychylny Polakom, dał się ponieść emocjom i stwierdził: „To tylko im [Polakom] należy się cała zasługa i chwała za doprowadzenie pod względem specjalistycznym do końca tej niewiarygodnej historii. Nastąpiło to dzięki ich wiedzy i uporczywości, nie mających sobie równych w świecie! Pokonali trudności, które Niemcy uważali za niemożliwe do przezwyciężenia”.

W 1932 roku dysponowano zaledwie jednym egzemplarzem przerobionej przez Rejewskiego Enigmy. Szybko zlecono opracowanie kolejnych modeli urządzenia, a firmą wynajętą przez wywiad była Wytwórnia Radiotechniczna „AVA” z Warszawy, która kilkukrotnie wspomagała już Wojsko Polskie w podobnych projektach. Dzięki kompetencji i fachowości udało się stworzyć kilkanaście duplikatów Enigmy, które funkcjonowały już w 1934 roku. Problemem były jednak coraz częstsze zmiany ustawień oryginalnych Enigm, co powodowało trudności z dostosowaniem polskich wersji urządzenia. Jeszcze w 1934 roku polscy kryptolodzy opracowali rewolucyjne rozwiązanie polegające na zautomatyzowaniu przekręcania ułożenia klucza. Cyklometr Rejewskiego i klucz Różyckiego uwydatniły prace polskich kryptologów. Utrudnieniem mógł być również fakt stosowania różnych rodzajów Enigmy przez przedstawicieli niemieckich sił zbrojnych. Już tylko w marynarce występowały trzy wersje kodu, które dość długo opierały się próbom ataku. Niestety, polskie Biuro Szyfrów często borykało się w kłopotami finansowymi, które uniemożliwiały jeszcze wydatniejszą pracę nad odcyfrowywaniem niemieckich depesz. Z kolei sukcesy kryptologów przekładały się na ich możliwości finansowe. Langer i Ciężki dostali chociażby wysokie nagrody przydzielone przez przełożonych. Langer mógł sfinansować budowę warszawskiego domu. Rejewski zakupił mieszkanie na Żoliborzu. Marek Grajek ocenia, iż fakt nagłego polepszenia sytuacji materialnej kryptologów sprawiał, iż w pewien sposób byli oni alienowani w towarzystwie kolegów z armii. Wojskowi nie do końca orientowali się w sprawach wywiadu, zwłaszcza kwestiach tak delikatnych jak łamanie kodu Enigmy, stąd też nie zdawano sobie sprawy, skąd wziął się nagły przypływ gotówki u Langera czy Ciężkiego. Niezrozumienie tych kwestii zaowocuje w późniejszym okresie szeregiem spięć i nieporozumień, których źródeł doszukiwać się możemy także w zazdrości oficerów Wojska Polskiego.

Na drugim biegunie walki także zachodziły zmiany. Niemcy nie próżnowali i stopniowo udoskonalali swoje urządzenia, czyniąc kod jeszcze trudniejszym do złamania. W 1938 roku okazało się, iż cyklometr Rejewskiego nie znajduje już zastosowania. Zmiany w konstrukcji Enigmy oraz coraz częstsze przestawianie kluczy dla urządzenia sprawiły, iż odkrycia Polaków odeszły do lamusa. Biuro Szyfrów jak zwykle mogło liczyć na geniusz Mariana Rejewskiego. Nie zagłębiając się przesadnie w aspekty techniczne zmian zachodzących w Enigmie, dość powiedzieć, iż Rejewski i jego koledzy zrekonstruowali innowacje zaproponowane przez Niemców. Polski matematyk skonstruował wreszcie urządzenie, które z braku innych koncepcji nazwano „Bombą Rejewskiego”. Jej działanie opierało się na dostosowaniu wewnętrznych ustawień do otrzymanego kodu. Zmiany charakterystyki cykli zostały częściowo wyłapane przez nowe urządzenie nazywane płachtami Zygalskiego. Wprawdzie stopień skomplikowania konstrukcji Enigmy znacznie wzrósł, a Polacy napotykali na coraz większe problemy w odczytywaniu niemieckich depesz, jednak intelektualnie nadążali za zmianami zachodzącymi w maszynach. Brakowało jednak rąk do pracy i funduszy na prowadzenie działalności wywiadowczej na szeroko zakrojoną skalę. Warto jednak podkreślić, iż zarówno bomba Rejewskiego jak i płachty Zygalskiego były rozwiązaniami niezwykle nowoczesnymi jak na owe czasy, wykraczając poza osiągnięcia ówczesnych kryptologów.

A przecież nad Enigmą głowili się także naukowcy francuscy. Na arenie pojawili się również Brytyjczycy, których dominacja na morzach i oceanach powoli stawała się odległym mitem. Nowe systemy kodowania wprowadzone przez nieprzyjaciela dodatkowo pogłębiały chaos militarny i polityczny. Ferment w Wielkiej Brytanii miał trwać do maja 1940 roku, gdy stanowisko premiera objął wojowniczy Winston Churchill. Dwa lata wcześniej jeden z organizatorów kryptologicznej pracy brytyjskiego wywiadu, adm. Hugh Sinclair, zdecydował się rozlokować kryptologów na terenie XIX-wiecznej posiadłości w Bletchey Park. W sierpniu 1939 roku zaczęli tam przybywać naukowcy, którzy z miejsca podjęli się prac nad niemieckim systemem kodowania. Rekrutowali się z miejscowych uniwersytetów, a do Government Codes and Ciphers School mieli wstęp tylko najlepsi. Wśród nich w 1939 roku znalazł się wybitny matematyk Alan Turing. Brytyjski geniusz był autorem szeregu innowacyjnych rozwiązań w dziedzinie technologii, które stały się podstawą współcześnie rozumianej informatyki. Społeczeństwo brytyjskie zapamiętało go jako wybitnego kryptologa, który niemal w pojedynkę złamał kod niemieckiej Enigmy. Zanim jednak Bletchley Park ruszyło z pełną mocą, Brytyjczycy udali się na spotkanie z Polakami. Konferencja miała wstrząsnąć ich dotychczasową wizją niemożliwości złamania niemieckiego kodu. Gdy w styczniu 1939 roku Francuzi podejmowali Polaków w Paryżu, nie byli w stanie zaproponować niczego, co mogłoby zmienić sytuację polskich kryptologów. Przybyli na spotkanie wysłannicy brytyjscy, w tym szef sekcji Alastair Denniston, także nie mogli poszczycić się sukcesami na polu dekryptażu. Sytuacja miała zmienić się diametralnie, gdy 24 lipca do Warszawy przyjechali wysłannicy Francji i Wielkiej Brytanii. Warto podkreślić, iż stosunki na linii Paryż-Warszawa-Londyn nie układały się wówczas szczególnie dobrze. Polacy nie mieli zaufania do Francuzów, podejrzewając nawet, iż mogą być źródłem szeregu przeciwników zagrażających całej akcji. Brytyjczycy z kolei dość pogardliwie odnosili się do wschodniego sojusznika, bagatelizując jakiekolwiek sukcesy polskich kryptologów. Inna sprawa, iż kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, co w tym czasie działo się w Biurze Szyfrów. Gdy Denniston otrzymał zaproszenie do Warszawy, sprawę wyjazdu ocenił dość sceptycznie. Mimo tego towarzyszył Bertrandowi w dalekiej podróży. Wraz z nimi zachodni sojusznicy przywieźli szereg fachowców z dziedziny kryptologii. Nie spodziewali się, iż to, co ujrzą i usłyszą za zamkniętymi drzwiami budynku, w którym mieściła się siedziba BS4 wstrząśnie ich poukładanym światem.

Obecny na spotkaniu Alfred Dillwyn Knox początkowo z pogardą przyglądał się temu, co zobaczył w Polsce. 25 lipca polski zespół przedstawił rezultaty wieloletnich prac nad Enigmą, pokazując sporządzone na miejscu egzemplarze oraz demonstrując ich działanie. Brytyjczycy i Francuzi byli pod wrażeniem tego, co mogli zobaczyć, choć nie kryli rozczarowania nieufnością sprzymierzeńca, który dopiero w przeddzień wojny postanowił podzielić się wynikami badań. Każda z delegacji otrzymała egzemplarz Enigmy oraz pełną dokumentację. Wkrótce maszyny trafiły do Londynu i Paryża, gdzie natychmiast stały się materiałem dalszych badań. Szef brytyjskiego wywiadu, Stewart Menzies, przeznaczył na nie ogromne środki finansowe i zaprzągł do pracy dziesiątki techników i matematyków, którzy już wkrótce mogli poszczycić się pierwszymi sukcesami. Warto przytoczyć słowa Mariana Rejewskiego, który w 1940 roku spisał raport z dotychczasowych prac: „Na spotkaniu tym powiedzieliśmy wszystko, co sami wiedzieliśmy, i pokazaliśmy wszystko, co mieliśmy do pokazania. Dwie Enigmy z pięcioma bębenkami dostarczyliśmy majorowi (a później generałowi) Bertrandowi, który zobowiązał się, że jedną z tych maszyn przekaże potem Anglikom, co też uczynił. Od naszych gości nie dowiedzieliśmy się niczego. Ani Anglicy, ani Francuzi nie zdołali pokonać pierwszych trudności, nie mieli połączeń bębenków, nie mieli żadnych metod”. 1 września 1939 roku wywrócił poukładany, choć często mocno skomplikowany świat polskich kryptologów do góry nogami. Ich brytyjscy i francuscy koledzy zyskali znaczną przewagę czasową i finansową, która umożliwiła im nie tylko praktyczne wykorzystanie technologii przywiezionych z Warszawy, ale i udoskonalenie ich, co w praktyce równało się wznowieniu walki z Niemcami. W momencie wybuchu II wojny światowej rozpoczął się mimowolny, morderczy wyścig z czasem, którego zwieńczeniem miał być ostateczny tryumf alianckich kryptologów.

Gdy na Polskę spadały pierwsze niemieckie bomby, kryptolodzy przewidywali, iż ich praca może być niezwykle przydatna podczas nadchodzącego konfliktu. Marek Grajek słusznie ocenia, iż zadaniem Langera i jego ludzi nie było w tym czasie pomaganie wojsku, bo takowe nie miało większych szans w starciu z niemiecką potęgą militarną, lecz ratowanie dobytku i tajemnicy Enigmy. Ośrodek w Lesie Kabackim został zlikwidowany, dokumenty zniszczono. W dniach 5-6 września Biuro Szyfrów pospiesznie ewakuowało się z zabudowań i ruszyło w stronę granicy. Po dotarciu do Rumunii kryptolodzy planowali obranie kursu na zachód i przedostanie się do Francji, gdzie Bertrand miał czekać z otwartymi ramionami na swoich niezwykle utalentowanych przyjaciół. Niestety, grupa została podzielona. Część kryptologów miejscowe władze zatrzymały w Rumunii, jednakże Polakom udało się dotrzeć do ambasady francuskiej, która dość sprawnie załatwiła przerzut kryptologów. Nie wszyscy mieli tyle samo szczęścia. Choćby Langer i Ciężki, których internowano w Rumunii. Francuzi szybko poradzili sobie z trudnościami dyplomatycznymi i wyposażyli Polaków w bilety do Paryża. Sytuacja była jednak napięta. Polacy tylko cudem uniknęli spotkania z niemieckimi wojskami i niemal w ostatniej chwili umknęli z kraju pogrążonego w chaosie wojny. Dekonspiracja była blisko, z czego doskonale zdawali sobie sprawę i Langer, i Bertrand, dla którego utrzymanie tajemnicy Enigmy stanowiło teraz kwestię numer jeden. W październiku 1939 roku ekipa z Biura Szyfrów była niemal w komplecie. Początkowo zakwaterowano ich we francuskich hotelach, skąd trafili do willi Vignoles nieopodal Paryża. Utworzono tam nowy ośrodek, który otrzymał kryptonim „Bruno”. Jeszcze w październiku polscy kryptolodzy mogli wznowić prace pod czujnym okiem francuskich zwierzchników. Utworzony na emigracji rząd gen. Władysława Sikorskiego oraz odtwarzane w pośpiechu siły zbrojne nie zainteresowały się działalnością Langera, który szybko znalazł się na cenzurowanym jako osoba rzekomo związana z reżimem sanacyjnym. Ten rozdźwięk w polskich elitach wojskowych zaowocował przeniesieniem Polaków pod komendę Bertranda, który mocno zaangażował się w zorganizowanie nowego miejsca pracy Polaków oraz współpracę z Anglikami, którzy coraz aktywniej działali w Bletchley Park nazywanym „Ypsylon” od kryptonimu „Y”, jakim opatrzono siedzibę brytyjskiego radiowywiadu. W grudniu Langer i Ciężki polecieli do Londynu, aby dyskutować tam warunki dalszej kooperacji. Polakom i Brytyjczykom udało się ustalić, iż zmiany w kodach stosowanych przez Luftwaffe oparte są na zasadzie wzajemności. Obie strony informowały się o postępach prac. Polacy otrzymali od Brytyjczyków 60 płacht perforowanych. Rejewski ocenia, iż gest ten nie stanowił dla sojusznika trudności ze względu na ogromne możliwości finansowe. Przesyłkę podpisał sam Knox, który w ten sposób wyrażał wdzięczność dla Polaków. Rejewski stwierdza, iż na samym początku wojny Bletchley Park zatrudniało 60 kryptologów, a później daleko więcej. „Nic więc dziwnego, że gdy korzystając z arkuszy perforowanych zaczęliśmy odtwarzać klucze dzienne i wzajemnie je sobie poprzez Kanał przesyłać na każde 100 odnalezionych kluczy 83 pochodziło od Brytyjczyków, a tylko 17 od nas, Polaków”. Zainteresowanie obu stron było wprost proporcjonalne do postępów obu ekip. Zwróćmy uwagę, iż 9 stycznia 1940 roku Alistair Denniston napisał do Stewarta Menziesa list, w którym jednoznacznie wypowiedział się o Rejewskim, Różyckim i Zygalskim: „[…] doświadczenie tych młodych ludzi może skrócić nasze wysiłki o miesiące. […] Posiadają 10 lat doświadczenia i już krótka ich wizyta może dowieść ich ogromnej wartości!”. Następnego dnia szef brytyjskiego wywiadu wystosował list do swojego odpowiednika po stronie francuskiej z zaproszeniem dla trójki polskich matematyków.

Sytuacja polityczna była tymczasem coraz bardziej napięta. Gdy 9 kwietnia 1940 roku Hitler uderzył na Danię i Norwegię, wszyscy byli pewni, iż wojna na froncie zachodnim jest już nieunikniona. 10 maja Niemcy rozpoczęli kampanię francuską. Wraz z postępem armii przeciwnika, ośrodek „Bruno” był coraz bardziej zagrożony. Bertrand zdecydował, iż kryptolodzy zostaną przeniesieni, aby kontynuować swoje prace. 20 maja niemieckie Enigmy stosowane w marynarce, armii lądowej i flocie zmieniły walce. Nie nastręczyło to wielkich problemów polskim matematykom, którzy jeszcze tego samego dnia odtworzyli oryginalny układ. Dzięki sukcesom kryptologów dowództwo francuskie miało możliwość odczytywania niemieckich dokumentów, co jednak nie przełożyło się znacząco na sytuację na froncie. Kapitulacja Francji była coraz bliżej. 14 czerwca ośrodek „Bruno” został zlikwidowany, a polskich kryptologów przeniesiono do Algieru. Cała dokumentacja została zabrana bądź zniszczona na miejscu. Po działalności polsko-francuskiej ekipy nie pozostał żaden ślad.

Krótko jednak przebywali poza europejską częścią francuskich posiadłości. Już we wrześniu powrócili na kontynent europejski i zorganizowali się w nieokupowanej przez Niemców Republice Vichy. Decyzja o powrocie była podyktowana ambicjami Bertranda, chęcią wykazania się i kontynuowania prac za wszelką cenę. Nie był to jednak rozsądny pomysł, zważywszy na łatwą możliwość dekonspiracji ośrodka. Langer starał się wydostać swoich ludzi poza Vichy, dostrzegając wagę problemu. Skontaktował się nawet z gen. Juliuszem Kleebergiem, który pozostał zwierzchnikiem Polaków na terenie południowej Francji. Na nic zdały się ostrzeżenia o nadmiernym ryzyku, o możliwości złamania tajemnicy Polaków. Londyn nakazał Langerowi pozostanie we Francji i wykonywanie rozkazów Bertranda. Wzajemne animozje między Polakami i Francuzami zaczęły przybierać na sile. Polacy rozmieścili się w Château des Fouzes niedaleko niewielkiej miejscowości Uzès. Ich ośrodek otrzymał kryptonim „Cadix”. Rejewski podsumował ten okres jako czas odwrotu od dotychczasowej pracy. Niemcy udoskonalili metody szyfrowania, co nastręczało Polakom sporo kłopotów. Genialny matematyk stwierdził później: „A w miarę jak Niemcy doskonalili sposoby przekazywania depesz, pomoc mechaniczna konieczna dla złamania szyfru stawała się coraz bardziej skomplikowana i coraz kosztowniejsza. Równolegle wzrastała też ilość materiału podsłuchowego potrzebna do uporania się z szyfrem. Tymczasem w warunkach, w jakich we Francji, w strefie wprawdzie nieokupowanej, jednak przez Niemców kontrolowanej, wówczas przebywaliśmy, materiału podsłuchowego otrzymywaliśmy niedużo, a o wykoncypowaniu, a tym bardziej zbudowaniu skomplikowanych i kosztownych maszyn, jakie wówczas były potrzebne, nawet marzyć nie mogliśmy. Anglicy w Bletchey już w 1940 roku przerobili polskie bomby z 1938 roku odpowiednio do zmienionych potrzeb, zachowując nazwę bombs i ich charakter elektromechaniczny. Potem budowali dla potrzeb łamania szyfru Enigma maszyny coraz to bardziej skomplikowane, aż wreszcie jedna z nich, która weszła w życie na sam koniec 1943 roku, była […] pierwszym zbudowanym na świecie autentycznym elektronicznym komputerem”. O sukcesach Brytyjczyków powiemy teraz kilka słów, przerywając nieco tok narracji poświęconej perypetiom polskich kryptologów.

Wspominaliśmy już o początkach ośrodka w Bletchley Park. Dzięki nakładom finansowym był on w stanie przyjmować kolejnych młodych, utalentowanych pracowników wyposażonych w nowoczesny sprzęt i, jak na owe czasy, świetną technologię. Brytyjczycy produkowali już swoje wersje płacht Zygalskiego, udoskonalając jednocześnie bombę Rejewskiego. Jak wiemy, nie zmieniła się nomenklatura i angielskie bombs umożliwiły im zbudowanie specjalnej maszyny, która analizowała i odnajdowała klucze używane przez niemieckich szyfrantów. Choć nad projektem pracował szereg naukowców, największe zasługi przypisuje się Alanowi Turingowi. Urodzony w 1912 roku matematyk jeszcze w latach trzydziestych dał się poznać jako znakomity kryptolog wykorzystujący potencjał królowej nauk. Pracował na uniwersytetach Princeton oraz Cambridge. Szybko zapoznał się z działaniem „polskiej Enigmy”, rozpracował elektromechaniczny system rządzący maszyną. Wielokrotnie kontaktował się z polskimi naukowcami, uzyskując cenne informacje, które umożliwiły mu kontynuowanie ich prac na szeroko zakrojoną skalę. Rekrutacja do Bletchley Park przebiegała dwutorowo. Z jednej strony pozyskiwano wszystkich o określonym potencjale intelektualnym, przy czym w przypadku Turinga zadecydowały możliwości matematyczno-logiczne. W zespołach nie brakowało też szachistów, lingwistów, a nawet specjalistów od krzyżówek. Drugim etapem była szczegółowa analiza przeszłości i zaangażowania naukowców. W Chatham rozmieszczona została stacja nasłuchowa, która przechwytywała treść niemieckich depesz. Następnie przesyłano je do Bletchley Park, gdzie brytyjscy kryptolodzy głowili się nad znaczeniem zaszyfrowanych wiadomości. Ośrodek podzielono na szereg sekcji zajmujących się poszczególnymi szyframi, w tym wojsk lądowych i lotnictwa kierowaną przez przyjaciela Polaków Alfreda Dillwyna Knoxa. Połączenia między wojskowymi a jednostkami kryptologicznymi realizowane były za pośrednictwem systemu Special Liaison Unit. Nie wszyscy byli jednak poinformowani o działalności Bletchley Park, co uzasadnione było kwestiami bezpieczeństwa. Dzięki zmechanizowaniu procesu odczytywania niemieckich depesz możliwe było szybsze i wydatniejsze opracowywanie odszyfrowanych wersji rozkazów nieprzyjaciela. Turing jeszcze pod koniec 1939 roku opracował swoją bombę, która umożliwiała mechaniczne dostosowanie maszyny do ustawień używanych przez niemieckich szyfrantów. Zerwał z dotychczasowym schematem łamania kodu na podstawie powtórzeń stosowanych przez Niemców, uznając, iż błąd ten zostanie wyłapany i wkrótce informacja ta nie będzie do niczego przydatna. Szyfranci powtarzali trzyznakowy klucz, dzięki czemu wskazywali kryptologom pracującym dla obcego wywiadu szczątkowy układ ustawień Enigmy. Nowym zadaniem Turinga był atak na tekst szyfrogramu oparty na analizie ułożenia poszczególnych znaków. Dzięki temu skonstruował maszynę analizującą ustawienia niemieckiej Enigmy. Kryptonimem dla brytyjskich badań było słowo „Ultra”. Co więcej, informacje te wykorzystywano już podczas bitwy o Wielką Brytanię! Alianci z wyprzedzeniem reagowali na niemieckie wyprawy powietrzne, dzięki czemu obrona Wyspy była możliwa w tak wielkim stopniu. Ultra umożliwiała odczytywanie rozkazów, które mogły stać się kluczowe dla przebiegu kolejnych batalii. Rozkazy dowództwa Luftwaffe nie stanowiły dla Brytyjczyków tajemnicy. Nawet starcie na niebie Wielkiej Brytanii z 15 września 1940 roku, które w praktyce rozstrzygnęło losy niemieckiej inwazji, zostało po części wyreżyserowane – dowódcy RAF-u wiedzieli, gdzie i kiedy spodziewać się wyprawy nieprzyjaciela (co czasem wprawiało w zdumienie alianckich pilotów). Już w dwa dni później Ultra zakomunikowała – operacja zostaje zawieszona – widmo inwazji zostało oddalone. 14 listopada 1940 roku Niemcy zorganizowali nalot na Coventry. Mimo iż Brytyjczycy wiedzieli o planowanej operacji, sprowadzili jedynie służby sanitarne i gaśnicze, nie decydując się na ewakuację miasta. Był to oczywisty krok w celu ratowania tajemnicy Enigmy-Ultry. W późniejszym okresie jeszcze kilkukrotnie stosowano podobny zabieg, dzięki czemu sekret utrzymano do końca wojny. Ultra zaczęła znajdować coraz liczniejsze zastosowania. Wykorzystano ją chociażby na froncie afrykańskim, co pozwoliło poznać plany gen. Erwina Rommla. Marynarka miała dostęp do informacji z analizy depesz Kriegsmarine, dzięki którym operacje konwojowe prowadzono z mniejszym narażeniem cennego ładunku. Bitwa u przylądka Matapan była jakby pokłosiem rozszyfrowania rozkazów przesyłanych dla włoskiej floty, a jej zwieńczeniem było wspaniałe zwycięstwo adm. Cunninghama. Wkrótce Brytyjczycy podzielili się sekretem z Amerykanami, którzy zostali wyposażeni w egzemplarze maszyn konstruowanych przez Bletchley Park. Ich pomoc okazała się nieoceniona, gdy do akcji weszli Japończycy. Ultra umożliwiła odczytywanie depesz dowódców Kraju Kwitnącej Wiśni, w których zapisywano plany operacyjne, zestawienia wojsk, a nawet program wizytacji jednostek przez adm. Isoroku Yamamoto, co w kwietniu 1943 roku walnie przyczyniło się do jego śmierci. Samolot, którym przewożono Japończyka wpadł w zasadzkę przygotowaną przez amerykańskie lotnictwo. Yamamoto został zestrzelono i zginął w katastrofie. Potencjał militarny i finansowy Amerykanów umożliwił im wsparcie badań prowadzonych w Bletchley Park i rozpoczęcie własnego programu kryptologicznego. Końcowy tryumf w wielu bataliach II wojny światowej alianci zawdzięczali dokładnemu rozeznaniu wojsk i taktyki przeciwnika. Ultra dała im możliwość dogłębnej analizy posunięć nieprzyjaciela, czytania jego rozkazów, a nawet wykrywania szpiegów działających w swoich szeregach bądź zwalczania niekompetencji niektórych wojskowych i polityków, o których wpadkach dowiadywano się z niemieckich raportów. Podczas operacji „Overlord” dowództwo sprzymierzonych z uwagą śledziło posunięcia niemieckich wojskowych, co walnie przyczyniło się do końcowego tryumfu. Nieco inaczej przebiegały prace nad złamaniem szyfru Enigmy przygotowanej dla sił morskich. Komórka Hut-8 w Bletchey Park napotkała na liczne trudności związane ze zwiększoną liczbą wirników. Enigma M długo opierała się atakom kryptologów i dopiero w połowie 1941 roku przestała stanowić tajemnicę. Brytyjczykom udało się bowiem przechwycić kilka niemieckich okrętów, na których znaleziono tabele kluczy używanych przez Kriegsmarine. 9 maja 1941 roku udało się zająć okręt podwodny U-110. Niemcy nie zdawali sobie z powagi sytuacji, dlatego nawet utrata cennych dokumentów nie zaalarmowała ich przywódców, dla których złamanie kodu Enigmy bez posiadania aktualnych tabel kluczy nie było możliwe. W praktyce brytyjska Admiralicja analizowała odtąd wyprawy niemieckich U-Bootów, dzięki czemu uniknięto wielu strat Royal Navy podczas bitwy na Atlantyku. Wprawdzie kwestie łamania kodów Enigmy nie były tak oczywiste jak przed wojną, jednakże podstawy technologiczne wypracowane przez Brytyjczyków umożliwiły im skuteczne dostosowywanie się do zmieniającej sytuacji. Ze zmianami musieli radzić sobie także polscy kryptolodzy, dla których sprawa Enigmy wydawała się być zamknięta.

Losy Polaków skomplikowały się dość mocno, gdy wojska sprzymierzonych postanowiły rozstrzygnąć patową sytuację w basenie Morza Śródziemnego. 8 listopada 1942 roku alianci rozpoczęli swoistą kampanię afrykańską. Lądowanie na wybrzeżu Afryki Północnej skutecznie utrudniło funkcjonowanie wojsk niemieckich na tamtejszym froncie. Decyzje militarne miały także wpływ na działalność polskich kryptologów. Niemcy zdecydowali się wkroczyć do nieokupowanej dotąd części Francji i tam przygotowywać nową linię defensywną. Bertrand postanowił przerzucić Polaków w bezpieczne miejsce. Najpierw dotarli na Lazurowe Wybrzeże, aby stamtąd wyruszyć w kierunku granicy hiszpańskiej. Nie wszystkim sprzyjało jednakowe szczęście. Gwido Langer, Ciężki dostali się w ręce francuskich żandarmów, którzy zawrócili ich na północ. Przy kolejnej próbie przedostania się przewodnik zdradził swoich podopiecznych i wydał ich Niemcom. Ci jednak nie zorientowali się, iż mają w ręku najważniejsze ogniwa operacji przeciwko Enigmie. Nie powiodło się także Palluthowi i kilku mniej znaczącym postaciom z byłego Biura Szyfrów. Wszyscy trafili do niemieckiej niewoli. Langer i Ciężki przebywali najpierw w Stalagu 122 w Compiegne. Rok później przeniesiono ich do zamku Eisenberg. Obydwaj mieli uzasadniony żal do Francuzów, którzy nie traktowali ich jak równorzędnych partnerów i nie pozwolili niegdyś na ucieczkę do Wielkiej Brytanii, gdzie potencjał Polaków mógłby zostać w pełni wykorzystany. Tymczasem w marcu 1944 roku Niemcy nieoczekiwanie zainteresowali się polskimi oficerami. Ciężki i Langer mieli wystarczająco dużo czasu, by ustalić wspólną linię obrony. Otwarcie przyznali się do prób złamania kodu Enigmy, ale potwierdzili przypuszczenia przesłuchujących, którzy spodziewali się, iż cała operacja skończyła się fiaskiem. Wkrótce Polaków pozostawiono samym sobie, a do sprawy Niemcy nie wrócili. Mniej więcej w tym samym okresie przydarzyła się tragedia. 19 kwietnia 1944 roku Palluth zginął w obozie pracy. Langer i Ciężki doczekali w niewoli końca wojny i w maju 1945 roku zostali wyzwoleni przez wkraczających na terytorium III Rzeszy Amerykanów. Odnieśli jednak spory sukces, gdyż tajemnica Enigmy nie ujrzała światła dziennego. Warto jeszcze wyjaśnić sprawę ich nagłego przesłuchania, na które nic wcześniej nie wskazywało. Na początku 1944 roku w niemieckie ręce dostał się Gustave Bertrand. Prawdopodobnie to on wskazał Niemcom osoby, z którymi kontaktował się przed wojną, jednakże nie obciążył nikogo kluczowymi zeznaniami. Niemiecki wywiad uwierzył w jego wyjaśnienia i pozostawił go na wolności, co okazało się błędem. Bertrand został ewakuowany do Wielkiej Brytanii. Także jemu udało się w tajemnicy utrzymać prawdę o pracach nad złamaniem niezwykłego kodu. Wróćmy jednak do pogranicza francusko-hiszpańskiego, gdyż to tam rozeszły się drogi Langera, Ciężkiego, Rejewskiego i Zygalskiego (Różycki zginął 9 stycznia 1942 roku w katastrofie morskiej na Morzu Śródziemnym na pokładzie statku pasażerskiego „Lamoricière” – wraz z nim życie stracił między innymi kpt. Jan Graliński, szef referatu sowieckiego Biura Szyfrów). Dwaj polscy matematycy dotarli do Hiszpanii, a stamtąd 3 sierpnia 1943 roku, po wielu perypetiach, zostali przerzuceni do Wielkiej Brytanii. Po drodze zostali obrabowani przez przewodnika i przeszli gehennę hiszpańskich więzień. Gdy przyjechali do Londynu, nie byli witani jak bohaterowie. Na miejscu weszli w skład komórki zajmującej się kryptologią, jednakże nie udało się im powtórzyć spektakularnych sukcesów sprzed wojny. Nie pracowali już nad Enigmą, zajmując się innymi kodami. W rzeczywistości nie mieli dostępu do osiągnięć brytyjskich kolegów i do 1945 roku służyli w Polskich Siłach Zbrojnych, wykonując zadania zlecone przez przełożonych.

Koniec wojny nie przyniósł Langerowi i Ciężkiemu końca rozczarowań. Długo wyczekiwana wolność miała gorzki smak przeżytych w niewoli trudnych dni i porażki, jaką obydwaj ponieśli na polu politycznym. Odstawieni na boczny tor nie mogli kontynuować niezwykłej operacji, która tak naprawdę została zapoczątkowana w latach trzydziestych w Pyrach. 10 czerwca 1945 roku obydwaj dotarli do upragnionego Londynu, który kilka lat wcześniej był celem ich wędrówki. Zamiast podziękowań i docenienia wkładu w ostateczny tryumf po raz kolejny czekało ich rozczarowanie. Langer nie tylko nie doczekał się uznania, ale i szybko przekonał się, iż polskie kręgi polityczne nie są mu przychylne. Marek Grajek ocenia, iż wpływ na ten stan rzeczy mogły mieć również rewelacje przywiezione przez sprowadzonego do Wielkiej Brytanii Bertranda. Ten tłumaczył, iż polscy kryptolodzy nadużywali alkoholu, co spowodowało zepchnięcie ich na boczny tor. Polski historyk ze zdumieniem stwierdza: „Z zaskoczeniem odkrył, że jego argumenty o braku współpracy i nadużywaniu alkoholu przez Langera i Ciężkiego są wdzięcznie przyjmowane przez jego rozmówców, którzy najwyraźniej szukają dodatkowego potwierdzenia własnej, negatywnej opinii na temat obu oficerów. W ten sposób pod nieobecność Gwidona Langera i Maksymiliana Ciężkiego w lokalnym, polskim środowisku wojskowym ukształtowała się skrajnie niesprawiedliwa i oderwana od rzeczywistości ocena ich postawy. Oznaczała w praktyce kontynuację banicji, na której przebywali przez poprzednie 6 lat. Major Ciężki, mniej widoczny ze względu na swoją pozycję zastępcy, zyskał w końcu przydział do mieszczącego się w szkockim Kinross Centrum Wyszkolenia Łączności, a z czasem objął w nim stanowisko komendanta szkoły radiowywiadu. Ppłk Langer także trafił do Kinross, jednak nigdy więcej w Wojsku Polskim nie uzyskał przydziału służbowego”. Nie można całkowicie rozgrzeszać polskich kryptologów, bowiem doniesienia o nadużywaniu alkoholu nie były wyłącznie plotkami. Jak się jednak okazało, sprawy te nie miały wpływu na działalność ośrodka „Bruno”, a problem został sztucznie wyolbrzymiony w celu skompromitowania obu oficerów. Losy Langera doczekały się smutnego epilogu. Zmarł bowiem 30 marca 1948 roku w wyniku zatrucia pokarmowego. Niewiele więcej szczęścia miał Ciężki, który doczekał 1951 roku, umierając na obczyźnie na nowotwór płuc. Rejewski powrócił do kraju w 1946 roku. Następnie pracował w kilku zakładach, wydał też swoje wspomnienia. Zmarł w 1980 roku. Jego kolega z przedwojennej ekipy, Henryk Zygalski, pozostał na emigracji i pracował w charakterze nauczyciela matematyki. Zmarł w 1978 roku. Ich działalność doczekała szeregu akcji upamiętniających, wśród których wymienić należy cyfrową inicjatywę prezentującą cenne materiały archiwalne dotyczące operacji łamania kodu Enigmy dostępne na stronie internetowej http://www.spybooks.pl/pl/enigma.html. Żeby jednak być sprawiedliwym w ocenie, trzeba powiedzieć, iż koleje życia brytyjskich bohaterów operacji często nie były wiele lepsze od tego, co życie przyniosło Polakom. Alan Turing, geniusz i prekursor komputeryzacji, popełnił samobójstwo 7 czerwca 1954 roku w wyniku prawdziwych oskarżeń o homoseksualizm i procesu sądowego, który zszargał reputację kryptologa. Jego śmierć dała podstawy do rozważań na temat brytyjskiego systemu prawnego, stając się również bodźcem dla teorii spiskowych, których autorzy chcieli widzieć w Turingu ofiarę morderstwa. Dobrze nam znany Alfred Dillwyn Knox nie doczekał końca wojny. Zmarł 27 lutego 1943 roku.

Historia operacji łamania kodu Enigmy przez wiele lat nie mogła ujrzeć światła dziennego. Wielonarodowy wysiłek kryptologów nie poszedł na marne – ich zaangażowanie i poświęcenie, nierzadko niedoceniane, położyło podwaliny pod końcowe zwycięstwo aliantów. Nie udałoby się to bez badań Polaków z Biura Szyfrów kierowanego przez Langera, wspaniałej pracy organizacyjnej Ciężkiego, geniuszu Rejewskiego, Zygalskiego, Różyckiego i ich mniej znanych kolegów, którzy często pozostawali bezimienni, pomimo wielkiego wkładu w złamanie niemieckiego szyfru. Powojenna historiografia zachodnia zaprezentowała jednak zupełnie inny punkt widzenia. Szczególnie pokrętną historię Enigmy przedstawili Brytyjczycy, wśród których nie brakowało oderwanych od rzeczywistości relacji bagatelizujących polski wkład w rozpracowanie tajemnicy bądź też jednoznacznie wskazujących na Polaków jako pomagierów Anglików sterowanych z Londynu i finansowanych za brytyjskie pieniądze. Wśród tego typu przekłamań bryluje relacja F. W. Winterbothama, który nie przejął się nawet wspomnieniami gen. Bertranda, lekceważąc Polaków i fenomen Rejewskiego. Oczywiście, nie możemy uzurpować sobie prawa do przywłaszczania całości sukcesów, choć nie ulega wątpliwości, iż przedwojenne tryumfy stały się udziałem niemal wyłącznie Polaków i Francuzów. Przejaskrawianie problemu uwidoczniło się także w kraju nad Wisłą, gdzie historycy, nieco jakby przesadnie oddani patriotycznemu uniesieniu, widzieli w grupie Langera jedynych zwycięzców wyścigu do serca Enigmy. Nie jest to może właściwe postawienie sprawy, aczkolwiek niedoszacowanie bądź też kompletne zmarginalizowanie wpływu polskich badań na osiągnięcia Turinga i jemu podobnych jest oczywistym przekłamywaniem historii. Wszystkie nacje zaangażowane w operację rozpracowywania szyfru Enigmy odniosły swoje sukcesy, dokładając ważną cegiełkę do końcowego tryumfu, który zaowocował opracowaniem systemu Ultra i regularnym dekryptażem niemieckich depesz. Pogodzenie jednak zwaśnionych historyków mających tendencję do wyolbrzymiania zasług własnego narodu może być trudne, a różnorodność spojrzeń zaciemnia prawdziwy obraz, krzywdząc tych, którzy byli prawdziwymi bohaterami trudnych dni walki i poświęcenia w okresie międzywojnia i II wojny światowej.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków