Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Wojna składa się z nieprzewidzianych zdarzeń", Napoleon Bonaparte

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





D-Day - najdłuższy dzień

Niezależnie od tego, co sądzili Niemcy - to nie był zwykły rajd na wybrzeża Normandii, jak dwa lata wcześniej krwawa wyprawa na Dieppe - to była inwazja. Wiedzieli o tym jedynie żołnierze, którym kazano walczyć na plażach Francji. Oni bez wahania powiedzieliby, że to właśnie Normandia stała się celem ataku wojsk sprzymierzonych; że to tutaj rozegrają się najcięższe boje o wolną Europę - pozbawioną Hitlera i nazizmu, który rozprzestrzenił się jak szarańcza, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Miał to być początek końca III Rzeszy zaplanowany już w Teheranie.

Najpierw jednak alianci musieli przeprawić się przez Kanał La Manche. Ruszyły więc amfibie, statki i małe barki desantowe. Wszystko wspierane ogniem potężnych dział, bądź to niszczycieli, bądź to mniejszych statków. Śmiercionośna siła miała zmieść z powierzchni ziemi niemieckie umocnienia. W sumie około 5000 statków - największa flota, jaką kiedykolwiek zgromadzono. Ogółem alianci zdołali użyć:
- 6 pancerników ("Arkansas", "Nevada" - z Western Task Force adm. Kirka oraz "Nelson", "Rodney", "Warspite" i "Ramilies" z Eastern Task Force kontradm. Viana)
- 2 monitorów ("Roberts" i "Erebus" z Eastern Task Force)
- 22 krążowników (m.in. "Augusta", "Tuscaloosa", "Quincy" - Western Task Force; "Scylla", "Belfast", "Frobisher", "Enterprise", "Glasgow", "Mauritius", "Orion" i inne oraz francuskie "Georges Leygues" i "Montcalm", polski "Dragon" - Eastern Task Force)
- 93 niszczycieli (w tym polskie "Krakowiak" i "Ślązak")
- 163 eskortowców
- 366 okrętów patrolowych
- 424 okrętów pomocniczych
- 224 statków handlowych
- 4012 barek desantowych różnych typów

Warunki jakie panowały na pokładach dużej części z nich były fatalne. Woda zalewała LCT - specjalne barki do przewozu żołnierzy desantujących na plażę, a choroba morska trawiła lwią cześć wojaków. Wielu z nich nie mogło już doczekać się walki - w końcu będą na suchym lądzie. Płynęli na pięć plaż, oznaczonych kryptonimami: Utah, Omaha, Juno, Gold i Sword. Na dwóch pierwszych lądowali Amerykanie na pozostałych Brytyjczycy i Kanadyjczycy. Każda nacja miała swoją prywatną wojną - Kanadyjczycy płynęli mścić się za Dieppe, Brytyjczycy - za Dunkierkę, Francuzi - za okupację ojczyzny. Zwykli żołnierze i ich zwykłe kłopoty. Jednak decyzja o wyruszeniu była tym razem jednoznaczna, bowiem Ike gen. Dwight David Eisenhower, głównodowodzący inwazją i późniejszy dwukrotny prezydent Stanów Zjednoczonych) wybrał inwazję zamiast oczekiwania na polepszenie warunków atmosferycznych. To właśnie pogoda spowodowała, iż operacja "Overlord" dzień wcześniej została przełożona na 6 czerwca. Aura była fatalna, jednak według meteorologów istniała szansa na jej nieznaczną poprawę. Takie prognozy sprawiły, iż decyzja mogła być tylko jedna - "Płyńmy".

I popłynęli. Nie możemy stwierdzić, co czuli żołnierze, lecz możemy się tego domyślać i dowiadywać się z ich wypowiedzi i powojennych relacji. Niektórzy czytali książki, inni grali w kości, aby odciągnąć od siebie poczucie strachu i zagubienia. Cornelius Ryan opisuje jednego z żołnierzy, który wygrał w kości ponad 2000 dolarów i uznał, że nie są mu one potrzebne - przepuścił je od razu w kolejnej grze. Inny oddawał długi. Jeszcze inni, i było ich wielu, pisali listy, "tak na wszelki wypadek". Niektórzy żegnali się z kolegami, to mogła być ich ostatnia bitwa. Niektórzy, aby dodać sobie odwagi, żartowali. Lecz prawie wszyscy byli przerażeni wizją bliskich walk i spotkania z wrogiem. Ktoś czyścił karabin. Dowódcy mobilizowali swoich żołnierzy, dodającymi otuchy okrzykami (nierzadko nie przebierając w słowach).

Podpułkownik John O'Neill i jego oddziały lądowali w pierwszym rzucie na Omaha i na Utah. W swoim przemówieniu powiedział na koniec: "Czy rozewrze się piekło, czy nastąpi przypływ, wyrwijcie te przeklęte przeszkody". Po chwili z boku, ktoś powiedział: "Ten skur... chyba też się boi". Chwilę potem wsiedli już na barki desantowe i wyruszyli na plaże. W tym samym czasie po stronie niemieckiej major Werner Pluskat obserwował Kanał La Manche. Postanowił spojrzeć raz jeszcze przez swoją lornetkę. Widok, jaki ukazał się jego oczom, był niesamowity - kilka tysięcy statków kierowało się wprost na Normandię. Zaskoczenie i podziw dla tak wielkiej siły były większe od strachu. W niedługim czasie na Pluskata spadną dziesiątki pocisków, lecz on przeżyje. Dowództwo Wehrmachtu nie mogło się połapać, czy to faktyczna inwazja. Zdawkowe opowieści ludzi widzących amerykańskich spadochroniarzy, sygnały o lądowaniu nie tylko ludzi, ale i kukieł oraz bojaźń przed przyjęciem do siebie faktu o rozpoczęciu długo wyczekiwanego ataku aliantów spowodowały, że w zasadzie ani OB West, ani Armia B nie były dobrze poinformowane o rzeczywistych wydarzeniach oraz napływie wojsk wroga. Fakt ten potwierdzał sam Gerd von Rundstedt, który nadal uważał, że są to tylko akcje sabotażowe francuskiego ruchu oporu. W kwaterach nie było części głównych dowódców, gdyż wyjechali na Kriegspiell - grę wojenną dotyczącą planowanego odparcia... alianckiej inwazji. Tym samym nie było ludzi, którzy mogli podjąć ważne decyzje w pierwszych minutach walk.

5 czerwca 1944 roku. Noc. Z alianckich lotnisk wyruszają samoloty ze spadochroniarzami na pokładach. Rozpoczęła się inwazja na Francję, a konkretniej na jej północno-zachodnią część - Normandię. Spadochroniarze mieli wykonać bardzo niebezpieczne zadanie, jakim była dywersja na tyłach wroga. Zrzutki miały na celu oznaczenie terenu oraz zdobycie kilku kluczowych punktów, które mogły zadecydować o wyniku działań na plażach, gdy już wojska inwazyjne wylądują na brzegach Francji. Mosty, koleje - te cele stały się podstawą planu działań spadochroniarzy. 82. i 101. dywizja powietrzno-desantowa lądowały w mroku czerwcowej nocy. Nocy, którą świat zapamięta na zawsze jako noc poprzedzającą D-Day.

Jasnym jest, że bez odpowiedniego przygotowania oddziały specjalne nie mogły wyruszyć. Obozy treningowe dla żołnierzy oraz symulowane ćwiczenia miały na celu nauczenie młodych spadochroniarzy opanowania i, co najważniejsze, obycia ze sprzętem, który mógł być zarówno wrogiem, jak i przyjacielem na terytorium wroga. W nocy z 5 na 6 czerwca pierwszymi atakującymi byli spadochroniarze dwóch alianckich dywizji, jednak nie należy zapominać o wkładzie francuskiego ruchu oporu, który zręcznie ostrzegł brytyjskie i amerykańskie dowództwo o niebezpieczeństwach czyhających na lądujących aliantów i rozmieszczeniu jednostek niemieckich. Dokładne rozplanowanie terenu i zapoznanie się z mapami Wału Atlantyckiego, pozwoliło na ukazanie żołnierzom siły niemieckich wojsk oraz przestrzeżenie przed wrogiem. Każda wiadomość dla aliantów, to silny cios dla Niemiec i ich sojuszników. Jednak, mimo iż przygotowanie nie było złe, do doskonałości brakowało mu bardzo wiele. Sam fakt, iż podczas lądowania oddziały uległy znacznemu rozproszeniu przemawia na niekorzyść aliantów. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, straty i rozrzut w odległościach poszczególnych grup, dowódcy mieli niemały problem z odszukaniem żołnierzy i zgrupowaniem ich zanim alianci uderzą na wybrzeże. Poza tym mieli zadanie do wykonania...

O 0.20 rozpoczęły się trzy bardzo ważne akcje, z których dwie dotyczyły zdobycia mostów, a trzecia oznakowania stref zrzutów na zachód od rzeki Orne. Strefy te podzielono na trzy części leżące w bezpośredniej bliskości wiosek: Varaville, Ranville, Touffréville. Zrzut nad tymi strefami miał się rozpocząć już o godzinie 0.50. Czynnikiem zdecydowanie sprzyjającym aliantom było zaskoczenie, które potęgowane było tym, iż zrzucano kukły wzmagające chaos wśród obrońców. Niemcy uważali, że alianci w ten sposób pozorują atak. Tymczasem była to przemyślana taktyka sztabu Eisenhowera, mająca na celu zdezorientowanie przeciwnika i utwierdzenie go w przekonaniu, że inwazji nie ma. Walka na mostach trwała mniej niż piętnaście minut i po tych krótkotrwałych zmaganiach przejścia rzeczne należały już do aliantów. Gorzej było z trzecią częścią zadania. Odpowiednie oznakowanie terenu dawało większe szanse na zmniejszenie rozrzutu żołnierzy z dywizji powietrznodesantowych. Wielu spadochroniarzy lądowało mile od miejsca, w którym planowali się znaleźć. Chociażby rejony Ranville i Touffréville nie zostały odpowiednio przygotowane do lądowania. Żołnierze, którzy mieli tego dokonać spadali albo zbyt daleko od stref zrzutów, albo znoszeni przez wiatr szybowali na wschód. Z dziesięciu ludzi, tylko czterem udało się wylądować w bezpośredniej bliskości Touffréville. W małym miasteczku w Normandii - Ste. Mére-Eglise zapanował niewyobrażalny chaos. Żołnierze spadali z nieba i wdawali się w pojedynki z zaskoczonymi Niemcami. Tej samej nocy w Ste. Mére wybuchł pożar - płonęła willa jednego z mieszkańców i burmistrz miasta zbierał wszystkich zdolnych do gaszenia pożaru. Mimo godziny policyjnej ludzie wylegli na ulice i ze strachem obserwowali walkę człowieka z żywiołem i człowieka z człowiekiem, jaka rozgrywała się tuż przed ich oczyma. Fakt pożaru wyciągnął z łóżek również Niemców, więc ci, którzy nie spali, mieli pilnować mieszkańców Ste. Mére podczas gaszenia pożaru. Błędnie zrzuceni alianccy spadochroniarze lądowali na podwórkach Ste. Mére i najczęściej kończyli swoją walkę rozstrzeliwani przez żołnierzy niemieckich, których zadanie było znacznie ułatwione przez szalejący żywioł. Alianci nie mieli żadnych szans na przeżycie pośród pożaru i Niemców strzelających do wszystkiego z karabinów maszynowych. Jeden ze spadochroniarzy wylądował na grządce z grochem madame Levrault - kierowniczki szkoły. Żołnierz należał do 505 pułku 82. powietrznodesantowej i nazywał się Robert Murphy. Madame przerażona pobiegła do księdza, a ten powiadomił burmistrza miasteczka - Renaud. W efekcie burzliwych dyskusji spadochroniarz został "przechowany". Nie należy jednak wyolbrzymiać "bitwy o Ste. Mére", gdyż tak naprawdę w miasteczku i w jego okolicach wylądowało około 30 żołnierzy. Sam fakt obecności aliantów spowodował ogromne zamieszanie i przerażenie Niemców uważających desant aliancki za planowaną inwazję. Tyle tylko że w Ste. Mére większość z lądujących zginęła i najczęściej nie w walce, ale podczas lądowania. Często spadochroniarze wieszali się na drzewach i nie zdążali odciąć spadochronu oraz sprzętu blokującego ruchy i ograniczającego ich swobodę. Niektórym udało się uciec, a niektórzy... Burmistrz Renaud wspomina, jak zobaczył młodego żołnierza wiszącego na drzewie, w którego z pół tuzina Niemców wpakowało swoje magazynki. Podziurawiony spadochroniarz nie zdążył uciec zanim nadbiegli żołnierze wroga. Inny z aliantów, szeregowiec Steele, wisiał na wieży kościoła, którego dzwon nieprzerwanie bił w Ste. Mére podczas pożaru. Udawał nieżywego, aby tym samym uchronić własne życie. Po zakończonej walce Niemcy zdjęli go z wieży i wzięli do niewoli. Po kilkudziesięciu latach zmagania w Ste. Mére tej czerwcowej nocy urosły do miana legendy. Historycy weryfikują nieco wyolbrzymione fakty, choć nikt nie neguje, iż mieszkańcy Ste. Mere mieli okazję oglądać jedną z najciekawszych walk nocy z 5 na 6 czerwca 1944 roku.

Brytyjczycy mieli opanować lewe skrzydło inwazji, Amerykanie - prawe. Przypadły im więc w udziale rejony rzeki Douve i Merderet. Saperzy Erwina Rommla idealnie przygotowali te miejsca na odparcie inwazji. Zatopili ogromny teren, tworząc jednocześnie tylko kilka mostów, trzymanych w rękach niemieckich. Kapelan 101. dywizji znalazł się w położeniu praktycznie bez wyjścia - wylądował w wodzie. Tylko szczęściu, a może Opatrzności, zawdzięczać mógł uratowanie skóry. Udało mu się odciąć sprzęt, czym z pewnością uratował sobie życie, i spłynąć w rejony płytsze. Francis Sampson, zwany ojcem Samem, stracił jednak swoje przybory do odprawiania mszy. Leżąc w strumieniu jakieś 100 jardów od miejsca, w którym spadł, zaczął gorączkowo poszukiwać zagubionego worka. Wrócił na miejsce lądowania i tam dopiero po kilku próbach nurkowania uchwycił swój worek. Dalsze losy ojca Sama są jeszcze bardziej burzliwe. Jego historię opisuje Cornelius Ryan („Najdłuższy Dzień”). Pomagał on w szpitalu, skąd wyprowadzili go dwaj młodzi Niemcy. Chcieli go rozstrzelać, lecz, paradoksalnie, życie uratował mu wróg! Starszy stopniem oficer, który zauważył zamieszanie, krzyknął coś ostro do młodzików i uwolnił kapelana. Po chwili pokazał mu krzyżyk schowany pod mundurem... Inni żołnierze nie mieli tyle szczęścia - najczęściej ginęli w bagnach, bądź też topili się w rzece. Również dolina Dives została zatopiona przez Rommla. Tam lądował w większości 9 batalion, który miał dokonać ataku na Merville, gdzie znajdowały się baterie dział mogących zagrozić żołnierzom z plaży Sword. W ciemnościach nocy wyobraźnia płatała figle wszystkim żołnierzom. Niektórzy z nich spotykali się z wrogiem oko w oko i uciekali w popłochu, nie mogąc wykonać ataku. Zaskoczenie tak samo działało na Niemców, którzy często zostawali zaskoczeni przez podkradających się żołnierzy alianckich. Aby szybciej zwołać grupy, wymyślono plan zakładający wydawanie sygnałów dźwiękowych spadochroniarzom. Nawoływali się oni przez dźwięki rogów myśliwskich lub "świerszczyków". Ogólnie jednak operacja została przeprowadzona niedokładnie, ale z wielkim szczęściem, które od początku sprzyjało aliantom podczas całej misji. "Overlord" rozpoczął się na dobre. Większość celów wyznaczonych przez dowództwo udało się członkom 101. i 82. dywizji wykonać, co dało im nieśmiertelność w pamięci wielu pokoleń czytających dzisiaj ich bohaterskie potyczki na polach francuskiej Normandii.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków