Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Żeby prowadzić wojnę, potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy", Napoleon Bonaparte

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Co się stało w Pearl Harbor?

Japonia - państwo tak silne, jak stare. Jego korzenie sięgają bowiem XII tysiąclecia przed naszą erą. Różnie wiodło się Japończykom, raz lepiej, raz gorzej, jednak zawsze pozostawali potęgą, z którą musiały się liczyć inne narody. Początek XX wieku dobitnie pokazał, jak groźni potrafią być żołnierze Kraju Kwitnącej Wiśni, którym nakazano walczyć w obronie własnej ojczyzny. W latach 1904-05 Japończycy stoczyli zwycięską wojnę z Rosją, co pozwoliło im wejść do ścisłej czołówki najlepszych pod względem militarnym państw. Tryumf pod Cuszimą był punktem przełomowym nie tylko dla japońskiego oręża i marynarki, ale i carskiej Rosji, która od tego momentu zaczęła się chylić ku upadkowi. Po I wojnie światowej Kraj Wschodzącego Słońca znowu stanął w szeregu tych, którzy oczekują zdobyczy. Decyzja Ligi Narodów przyniosła mu część kolonii niemieckich - Karoliny, Mariany, Wyspy Marshalla. Japońskim kołom rządzącym było jednak mało, gdyż już na początku lat trzydziestych rozpoczęto kolejny bój, który, jak miało się okazać, kosztował Japończyków ponad dziesięć lat walk zakończonych klęską. Ponadto dla szybko rozwijającego się przemysłu niezbędnym było zwiększenie ilości wpływających surowców. Dlatego też zdecydowano się na podbój Mandżurii i rozpoczęcie niezwykle krwawej wojny z Chińczykami i Rosjanami. Stabilizacja pozycji mocarstwa z czterech wysp nastąpiła po podpisaniu dwóch paktów z największymi, jak się zdawało sojusznikami - Włochami i Niemcami - w latach 1936 i 1939. Pierwszy z nich zakładał wspólne zwalczanie komunizmu, drugi był typowym sojuszem wojskowym. Powstała słynna oś Berlin-Rzym-Tokio, a Japończycy rozochoceni politycznym sukcesem zaczęli szukać drogi do dalszych podbojów. Brak surowców doskwierał mniej niż przed kilkoma laty, gdyż z Mandżurii napływały ogromne ilości wszelkich dóbr niezbędnych wojsku. Mimo to, szykując się do dalszego wojowania, należało zwiększyć obroty przemysłu. Jak to zwykle bywa zaczęto szukać antidotum. Brak surowców należało zniwelować do minimum, a jedynym rozwiązaniem, które mogło przynieść wymierne korzyści było zdobycie terenów, na których znajdowały się one w nadmiarze. Sąsiednie państwa dysponowały dość pokaźnymi zbiorami surowców oraz terytoriami, z których czerpać można je było do woli. Wystarczyło wyciągnąć tylko rękę. Po wspomnianym już podboju na kontynencie azjatyckim Japończycy mieli pod władzą 1,3 miliona km kwadratowych terytorium podbitego. Ziemie te były idealnym punktem strategicznym. Wojska japońskie mogły do woli szachować Chińczyków poprzez groźbę zbrojnej interwencji. Agresja na to państwo nie przyniosła spodziewanych korzyści - armie wdały się w długotrwałe walki, a w 1938 roku zagrodziła im drogę Armia Czerwona, broniąc interesów Związku Sowieckiego. W 1939 roku Rosjanie skutecznie uderzyli na wroga, pokonując go w szeregu starć. Załamanie się ofensywy japońskiej i przegrana w boju z Armią Czerwoną wymusiła na nich zmianę strategii działania. To właśnie wtedy stratedzy Kraju Kwitnącej Wiśni poszli po rozum do głowy, zaprzestali ekspansji na północ, a rozpoczęli ją w kierunku południowym, gdzie opór przeciwników był znacznie mniejszy. W tym samym czasie na froncie europejskim rozgorzały zacięte walki pomiędzy Polską i Niemcami, dając początek II wojnie światowej. Zajęte tą częścią świata mocarstwa europejskie nie były w stanie skoncentrować swojej uwagi na Dalekim Wschodzie. Co więcej, nie mogły bronić swoich zamorskich posiadłości. Jedyną przeszkodą dla japońskich planów podboju były zatem Stany Zjednoczone. Przeciwnik silny i urastający do rangi mocarstwa, choć w tym okresie jego wartość militarna nie mogła równać się mocy uderzeniowej Kraju Kwitnącej Wiśni. Amerykanie potrafili jednak szybko zmobilizować się do walki i, mimo iż sami nie zdecydowali się na agresywne kroki, zmusił ich do tego pewien impuls. I właśnie tutaj zaczyna się opowieść.

Oczywistym jest, iż w latach poprzedzających wojnę wszystkie działania Japończyków wywoływały coraz to gwałtowniejsze reakcje Waszyngtonu. Amerykanie zaczęli wspomagać armię Chińczyków, potem zamrozili japońskie aktywa w bankach, a jeśli tego byłoby jeszcze mało, Stany Zjednoczone ogłosiły embargo na eksport rud żelaza i ropy do Japonii. Podobnie postąpiła Wielka Brytania, zrywając z Japonią stosunki handlowe. Potęga Stanów Zjednoczonych trzymała jeszcze Japonię na dystans, ale wobec takiego obrotu sprawy należało podjąć pewne agresywne w swej wymowie decyzje. Admirał Isoroku Yamamoto od zawsze twierdził, że pierwszeństwo zniszczenia powinna mieć amerykańska marynarka. Nic w tym dziwnego, jako dowódca japońskiej floty doskonale orientował się w priorytetach wojny toczonej na morzach i oceanach. To właśnie dlatego Japończycy podjęli się zrealizowania szaleńczego planu zniszczenia floty na Hawajach.

Tymczasem stosunki Japonii z sojusznikami nie układały się idealnie. Gdy 23 sierpnia 1939 roku podpisany został pakt Ribbentrop-Mołotow, japońska opinia publiczna zawrzała. W Kraju Kwitnącej Wiśni poczytano to nieomal za zdradę sprzymierzeńca. Wszak jeszcze niedawno Niemcy i Japończycy sprzymierzyli się w sojuszu skierowanym przeciwko ZSRS! Dwa lata później, 22 czerwca 1941 roku, kiedy to Niemcy ruszyli na wschód, rozpoczynając operację "Barbarossa", znów podniósł się krzyk Japończyków. Po raz kolejny sojusznik z Dalekiego Wschodu nie został poinformowany o planach Hitlera. Dyktator niemiecki obawiał się przecieków ze strony japońskiej, dlatego też wszelkie informacje dotyczące inwazji zatajono. Tym razem jednak Niemcy dostali za swoje, gdyż dwa miesiące wcześniej, 13 kwietnia, Japończycy zawarli traktat o nieagresji z... Sowietami, co wkrótce pozwoliło Stalinowi na zasilenie swoich wojsk o stacjonujące na Dalekim Wschodzie jednostki. Wydawać by się mogło, że dyplomacja japońska odniosła sukces na międzynarodowej arenie zmagań politycznych, zabezpieczając sobie plecy przy planowanej agresji na południu. Wkrótce słono przyszło za niego zapłacić.

Armia japońska wkracza do Sajgonu, co powoduje gwałtowną reakcję Waszyngtonu, zmartwionego coraz większym rozpasaniem Kraju Kwitnącej Wiśni. 26 lipca 1941 roku Amerykanie decydują się na wymienione wcześniej drastyczne kroki ekonomiczne, sądząc, iż powstrzymają rozpędzoną już wojenną machinę japońską. Płonne są ich nadzieje, gdyż sytuacja się zaognia, a Japonia zdecydowana jest na prowadzenie długiej wojny. Aby zażegnać spór, prezydent Roosevelt ma podjąć premiera Konoje i ustalić, o co oba państwa będą walczyć, a czego bronić. Po serii spotkań wysłanników obu mocarstw okazuje się, że wypracowanie porozumienia jest niemożliwe i w konsekwencji 15 października rozmowy zostają przerwane, a gabinet Konojego podaje się do dymisji. 18 października tekę premiera przejmuje gen. Hideki Tojo. Nietrudno zgadnąć, jaki kierunek obrała od tej pory polityka Japonii, gdy u sterów państwa stanął dowódca wojskowy. 5 listopada Tajna Rada Cesarska zatwierdziła plan wojny oraz poszczególnych operacji, które miały zostać wykonane na drodze do zwycięstwa. Plany te były dość ryzykowne, tworzone wszak przez niezwykle ambitnego człowieka - adm. Yamamoto, za którego radą gotowi byli iść niemal wszyscy dygnitarze wojskowi w Japonii. Szybko opracowano założenia operacji, prowadząc jednocześnie mydlące oczy rokowania z Amerykanami. I choć przemysł gospodarczy i wojskowy Stanów Zjednoczonych brał górę nad japońskim, z optymizmem patrzono na wyspach w przyszłość. Wydobycie węgla w USA sięgało 517,6 mln ton, w Japonii 71,6 mln ton, ropy naftowej przybywało Amerykanom w ciągu roku o 189,8 mln ton, Japończykom 400 000 ton, jeśli zaś idzie o stal, tu przewaga była równie wysoka - 75 mln ton do 6,8 mln ton. Z kolei siły zbrojne Japonii wyglądały imponująco - przestawiony na zbliżającą się wielkimi krokami wojnę przemysł pracował na pełnych obrotach. Remis w okrętach liniowych, podobna ilość krążowników i wreszcie przewaga Kraju Wschodzącego Słońca w ogólnej liczbie niszczycieli i lotniskowców utwierdzały dowódców japońskich w przekonaniu, iż szybki atak mógłby przynieść zamierzony efekt - klęskę USA, po której Amerykanie nie byliby się w stanie podnieść przez długie lata. W takiej atmosferze powstawał plan ataku na Pearl Harbor, amerykańską bazę morską położoną na Hawajach, gdzie znajdowała się osławiona Flota Pacyfiku.

Przedsięwzięcie musiało być zabezpieczone jak najlepiej, co oznaczało, że drogi komunikacji między dyplomatami Japonii musiały być pewne. Japończycy przeliczyli się jednak, gdyż ich najtajniejszy szyfr - określony kryptonimem "purpurowy" - został złamany przez Williama Friedmana (po części kierował się on odkryciami polskich matematyków, którzy złamali kod Enigmy). Gdy kryptolodzy odcyfrowali ten supertajny szyfr, depesze japońskie pozostawały sprawą otwartą. Odczytywano je jednak z drobnym opóźnieniem. 26 listopada z zatoki Tankan wypłynęły 32 okręty. Kierowały się one do zatoki Kurylskiej, aby tam, niedostrzeżone przez Amerykanów, móć w spokoju przygotować się do ataku. Dowódcą zespołu uderzeniowego został wiceadmirał Chuichi Nagumo. 3 grudnia Roosevelt otrzymał rozszyfrowane polecenie japońskie, dotyczące zniszczenia ksiąg szyfrów, co niewątpliwie oznaczało zbliżający się początek wojny. Dalej sprawy przybrały jeszcze dramatyczniejszy obrót. Tego samego dnia admirał Yamamoto wydał wyrok na Pearl Harbor. Jego rozkaz w oryginale brzmiał: „Niitaka yama nobore”. Oznaczało to - zaatakować 7 grudnia o godz. 8.00 czasu lokalnego, czyli o 13:00 w Waszyngtonie. 6 grudnia do ambasadora japońskiego w Waszyngtonie dotarła długa nota. 13 części Amerykanie zdążyli odszyfrować, natomiast 14 nie była jeszcze gotowa. Alwin Kramer postanowił nie czekać i pokazał je prezydentowi Rooseveltowi. Ten krótko stwierdził: "To oznacza wojnę!". 14 część została odczytana 7 grudnia 1941 roku, a jej treść nie pozostawiała wątpliwości - to naprawdę jest wojna! Japończycy podawali również godzinę 13:00, a to wskazywało jedno - 13:00 w Waszyngtonie, to 8:00 na Hawajach - prawdopodobna data ataku! Generał George Marshall postanowił nie zwlekać i wydał ostrzegawczą depeszę do wszystkich baz marynarki. Prawdopodobnie, w odniesieniu do Pearl Harbor, przebyła ona nieprawdopodobną drogę i nie dotarła na czas tam, gdzie była najbardziej potrzebna.

O świcie 7 grudnia gen. Marshall dosiadł swego konia o imieniu King Story i wraz ze swoim dalmatyńczykiem Fleet wyjechał na przejażdżkę. Chciał odpocząć po wyczerpujących godzinach napięcia. Równocześnie w Waszyngtonie pułkownik Rufus Bratton głowił się nad depeszą japońską. Brattona szczególnie zainteresowała godzina 13:00. Zdawał sobie sprawę z realności zagrożenia, twierdząc, iż jakieś amerykańskie obiekty na Pacyfiku zostaną prawdopodobnie zaatakowane. Postanowił poinformować o tym fakcie przełożonych. Próbował bezskutecznie dodzwonić się do Marshalla. Ten wrócił dopiero o 10:15 i zobaczył wiadomość. Zadzwonił do pułkownika, a ten, zdenerwowany, oznajmił, że ma jakiś ważny dokument. Marshall napisał ostrzeżenie do wszystkich jednostek - końcówka brzmiała mniej więcej tak: "Nie wiemy dokładnie, jakie znaczenie ma ta godzina, ale bądźcie w pogotowiu". Bratonn popędził wysłać wiadomość. Najpierw ostrzeżenie przebyło bardzo dziwną drogę; zamiast normalnego połączenia wybrano okrężne, przez Waszyngton (Centrum Sygnałowe)-> Waszyngton (Western Union)-> San Francisco-> Hawaje-> Pearl Harbor. O 7:30 Tadao Fuchikami stawił się w pracy na Hawajach i zaczął rozwozić telegramy. Żaden nie był oznaczony jako ważny... Kiedy telegram dotarł w końcu do porucznika Waltera C. Shorta z obrony wybrzeża Hawajów, Pearl Harbor już płonęło...

Japończycy musieli się doskonale przygotować do ataku, a że Pearl Harbor łatwe do rozszyfrowania nie było, wysyłano tam kolejnych szpiegów. Brytyjczycy, a co za tym idzie również Amerykanie, wiedzieli o tym, mając w swoich szeregach podwójnego agenta działającego w Japonii. Skuteczną początkowo przeszkodą dla japońskiej floty był system obronny w Pearl Harbor. Najpierw należało zrobić coś z akwenami, których głębokość na Hawajach wynosiła 15 metrów, natomiast torpedy zanurzały się na głębokość 20 metrów i dopiero potem wypływały wyżej. To uniemożliwiało atak samolotów zrzucających torpedy, gdyż ich ładunek po zanurzeniu uderzałby w dno i zapewne tam eksplodował, nie osiągając celu. Dano sobie z tym radę, gdyż podpatrzono sposób Brytyjczyków, którzy użyli specjalnych torped w ataku na Tarent z 1940 roku. Po wielu próbach uzyskano zadowalające efekty z mocowaniem ładunków. Kolejnym mankamentem był sposób cumowania statków (jeden zasłaniał drugi, co wykluczało możliwość ataku torpedowego), ale i to udało się przezwyciężyć, gdyż Yamamoto zastosował w boju możliwości lotnictwa, które omijało tak ustawione zabezpieczenia. Sam atak został przeprowadzony z dużym rozmachem. Nie niepokojone myśliwce mogły spokojnie nadlecieć nad bazę (hasłem do rozpoczęcia ataku były słowa: "Tora, tora, tora" - "Tygrys, tygrys, tygrys", co oznaczało uzyskanie zaskoczenia). Flota japońska składała się z 6 lotniskowców (z 360 samolotami), 2 pancerników, 2 ciężkich krążowników, jednego lekkiego krążownika, 9 niszczycieli, 10 okrętów podwodnych i 8 zbiornikowców. W Pearl Harbor znajdowało się w tym czasie 9 krążowników, 20 niszczycieli, 5 okrętów podwodnych, 8 pancerników oraz 49 innych jednostek, na lotniskach zaś 387 samolotów. Zauważmy, że w porcie nie było lotniskowców, które miały być głównym celem ataku Japonii. Tym samym nalot na Pearl Harbor był jedynie bardzo widowiskowy, ale ze strategicznego punktu widzenia Japonii dał niewiele (zniszczony i nie dający się naprawić był jedynie okręt „Arizona”). Po wyczerpujących walkach baza płonęła, a kilka tysięcy żołnierzy straciło życie.

Coś tu jednak jest nie tak. Wydawać się może, iż niemal cały sztab amerykański z wyprzedzeniem wiedział, że atak nastąpi, a ostrzeżenie mimo tego nie dotarło. Jakim cudem Amerykanie zachowali się aż tak nieodpowiedzialnie? Istnieje przypuszczenie, jednak jest to jedynie przypuszczenie i nie należy o tym zapomianć, że to Roosevelt wydał na pastwę losu kilka tysięcy swoich żołnierzy. Z jakiego powodu? Być może chciał wstrząsnąć społeczeństwem, zdetronizować opozycję o izolacjonistycznych poglądach i wreszcie wprowadzić Stany Zjednoczone do wojny, co być może już wcześniej planował. Najpierw Lend Lease Act, Karta Atlantycka i na koniec Pearl Harbor i śmierć 3500 żołnierzy - chłopców z Ameryki... Nazajutrz Kongres uchwalił wypowiedzenie wojny Japończykom, przeciwny był tylko jeden senator. Hipoteza ta wydaje się być niewiarygodna, jednak w świetle dokumentów potwierdzających, iż Amerykanie zdawali sobie sprawę z planów japońskich, trudno wszystko tłumaczyć rażącym błędem administracji.

Reakcje na nalot i spustoszenie bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych były w obu krajach całkowicie różne. W Ameryce zawrzało jak w ulu, gdyż społeczeństwo domagało się ukarania butnych Japończyków, którzy ośmielili się podnieść zbrojną rękę na USA. Tymczasem w Japonii publika przyjęła wieść o wybuchu nowej wojny bez ekscytacji. Cesarz Hirohito ogłosił: "My, z łaski Niebios Cesarz Japonii, zasiadający na tronie w nieprzerwanej linii po wieczne czasy i panujący wam, o Nasi dzielni i lojalni poddani, My wypowiadamy niniejszym wojnę Stanom Zjednoczonym i Imperium Brytyjskiemu." I reakcja Roosevelta - fragment wypowiedzi skierowanej do członków Kongresu 8 grudnia: "Yesterday, December 7, 1941 - a date which will live on in infamy - the United States of America was suddenly and deliberately attacked by naval and air forces of the Empire of Japan." Za słowami poszły i czyny, gdyż jeszcze w grudniu Japończycy poczynili ogromne postępy na Pacyfiku, zajmując z wielkim rozmachem coraz to nowe posiadłości państw europejskich i samych Stanów Zjednoczonych. Amerykanie tymczasem przemyśliwali o efektownym fajerwerku na miarę Pearl Harbor, który położyłby kres paśmie zwycięstw armii japońskiej. Nie było jednak jak "ugryźć" wroga, aby zranione miejsce szczególnie go zabolało. Adm. Ernest J. King wpadł zatem na świetny pomysł, który miał okryć sławą amerykańskich lotników i natchnąć do walki i wiary społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. Po konsultacji z innymi dowódcami doszedł do wniosku, iż plan jest niezły, wymaga jednak odpowiedniego przygotowania. Na lotnisku na Florydzie rozpoczęto żmudne ćwiczenia załóg, których zadaniem było poderwanie niezwykle ciężkich bombowców B-25 "Mitchell" na 140-metrowym pasie startowym znajdującym się na lotniskowcu. Początkowo zadanie wydawało się być arcytrudne, jednak z biegiem dni i zwiększoną ilością treningów, wydawało się być osiągalnym. W marcu 1942 roku na pokład lotniskowca "Hornet" załadowano 16 ciężkich bombowców, z których każdy, mimo wyrzucenia zbędnego balastu, ważył aż 15 ton. Załoga okrętu za zdumieniem patrzyła na żelazne monstra, które niezgrabnie poruszały się po pasie startowym. Jakże daleko im było do smukłych sylwetek myśliwców! Plan operacji był prosty - maksymalne zbliżenie "Horneta" do brzegów Honsiu, wypuszczenie samolotów i wycofanie okrętu. Bombowce miały zaatakować Tokio, po czym ich załogi skierować się powinny do Chin i oczekiwać przejęcia przez sprzymierzonych żołnierzy chińskich. 18 kwietnia, po drobnych komplikacjach i wykryciu zespołu, załogi wystartowały w odległości 900 kilometrów od Tokio. Mimo długiej drogi piloci postanowili lecieć w stronę Honsiu - 13 bombowców na Tokio, po jednym do Nagoi, Kobe i Osaki. Kierowane przez płk Jamesa H. Dolittla maszyny runęły na japońskie miasta, zrzucając swój śmiercionośny ładunek i odbijając w stronę kontynentu. Atak był udany, choć jego skutek strategiczny był niewielki. Za to efekt moralny był ogromny.

I znowu Japonia zadrżała - od gniewu dostojników cesarskich, dygnitarzy wojskowych i zwykłego ludu, który nieprzyzwyczajony był do nalotów i po prostu zdumiał się widokiem owych niezgrabnych sylwetek nad metropoliami swego kraju. W świat poszły zarządzenia - Amerykanów oskarżono o barbarzyństwo, rozlew krwi - lotnicy jankescy mieli być bezlitośnie mordowani. Tak też się stało - trzech z ośmiu złapanych sprawców hałasu zamordowano. Na szczęście, większość bezpiecznie wróciła do kraju, w tym i dowódca wyprawy, płk Dolittle. Ameryka zapłakała - oto pierwsze zwycięstwo. Choć małe, dawało nadzieję i wiarę - na lepszy los i ostateczną wiktorię. Okazało się bowiem, że ten niewielki sukces dał Stanom Zjednoczonym impuls do walki. W kilka tygodni później mogli oni świętować tryumf pod Midway, wreszcie przechylając szalę zwycięstwa na swoją korzyść, choć do zwycięskiego zakończenia wojny było jeszcze bardzo daleko.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków