Co się stało w Pearl Harbor - wpadka Amerykanów czy celowa prowokacja?

Artykuły serwisu "II wojna światowa"



Jak to możliwe, że wobec tylu sygnałów o spodziewanej agresji Japończyków Amerykanie nie byli gotowi do odparcia ataku na Pearl Harbor? Uderzenie japońskiego lotnictwa było dla marynarki Stanów Zjednoczonych zaskoczeniem. Katastrofa w postaci rozgromienia Floty Pacyfiku zaważyła na losach wojny na Pacyfiku, umożliwiając cesarstwu kontynuowanie szeroko zakrojonej ofensywy. Przez lata wokół Pearl Harbor narosło wiele mitów. Zwolennicy teorii spiskowych bronili nawet tezy o celowej prowokacji Amerykanów, którzy wykorzystali plany Japończyków do przełamania izolacjonistycznych tendencji w Kongresie i wciągnięcia USA do wojny. Ile w tym prawdy? Pewnie nie dowiemy się już nigdy. Warto jednak zwrócić uwagę na szereg zbiegów okoliczności, które w pewnym stopniu zbliżają nas do szalonej tezy.

Na drodze do potęgi

Przez wieki japońskie cesarstwo było regionalną potęgą, kształtując niezwykle bogatą kulturę, historię, ale także militarne tradycje. Dość powiedzieć, że rządząca dynastia wywodziła się arystokratycznej linii, której początki datuje się na siódme stulecie przed Chrystusem. Z biegiem lat Japończycy stworzyli zręby niezwykle silnej państwowości, opartej na hierarchicznym podporządkowaniu, autorytecie władz oraz etnicznej i religijnej homogeniczności. Zapoczątkowana w 1868 roku reforma Meiji umożliwiła Japonii dalszą transformację w duchu nowoczesności, politycznej, społecznej, militarnej i gospodarczej odnowy. Państwo szybko zaczęło nadrabiać dystans do bardziej rozwiniętych potęg zachodnich. Na początku XX wieku Japonia nie aspirowała już wyłącznie do roli azjatyckiego mocarstwa. W latach 1904-05 Japończycy stoczyli zwycięską wojnę z Rosją. Wydarzenie to było manifestem siły japońskiej floty i stanowiło moment zwrotny w historii kraju wysp. Po I wojnie światowej Japonia postanowiła rozpocząć mozolną ekspansję terytorialną, która miała umożliwić nie tylko poszerzenie władztwa, ale i zbudowanie fundamentu pod dalszy rozwój kraju. Decyzją Ligi Narodów niemieckie kolonie, nad którym mandat sprawowała organizacja (w tym Karoliny, Mariany, Wyspy Marshalla) przeszły pod japońską jurysdykcję. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał wzmocnienia siły, pozycji i roli Japonii w ówczesnym świecie. Zajęte własnymi problemami państwa europejskie nie dostrzegały początkowo zagrożenia ze strony rosnącego japońskiego ekspansjonizmu i imperializmu kształtowanego głównie przez militarne koła mające największy wpływ na otoczonego nimbem boskości cesarza. Czas pokazał, iż na jego decyzji silnie rzutowały kręgi wojskowych, sprowadzając go do roli marionetki.

Wojna na Pacyfiku była w dużej mierze efektem agresywnej polityki japońskiej obliczonej na podporządkowanie sobie krajów Azji Wschodniej, Środkowej i Południowej. Odwieczna rywalizacja z Chinami miała doprowadzić do krwawego konfliktu, który kosztował dziesiątki milionów ofiar. Dla szybko rozwijającego się przemysłu japońskiego niezbędne było zwiększenie ilości wpływających surowców. Zwrot w polityce zagranicznej wiązał się także z rozpoczęciem rządów przez młodego, ambitnego cesarza Hirohito, który szybko zmienił kurs cesarstwa. Mimo deklarowanej woli wyrzeczenia się wojny, co gwarantował chociażby pakt Brianda-Kellogga ratyfikowany przez Japonię w 1928 roku, kraj szukał odnowy we wzroście nastrojów nacjonalistycznych oraz agresywnej imperialnej retoryce. Potęgę kojarzono nie tylko z restytucją historycznych uwarunkowań, w tym wzmocnieniem potencjału militarnego, ale i zdobyczami terytorialnymi. Proces gwałtownych zbrojeń był z rzadka przerywany niewiele znaczącymi porozumieniami o ograniczeniu tonażu floty. Japoński ekspansjonizm znalazł ujście w 1931 roku. Po sprowokowanym incydencie granicznym wojska cesarstwa zajęły chińską Mandżurię, tworząc marionetkowe państwo Mandżukuo kontrolowane de facto przez Tokio. Mimo prób arbitrażu ze strony Ligi Narodów, Japonia pozostawała nieugięta i ostatecznie w 1933 roku wystąpiła z organizacji. Był to pierwszy tak poważny wyłom w powojennych ustaleniach gwarantujących utrzymanie kruchego pokoju. Amerykanie byli wówczas zajęci własnymi problemami, które pogłębiał światowy kryzys gospodarczy. Recesja była także źródłem radykalizacji mas społecznych, które odczuwały obniżenie stopy życia. Podobny proces dotknął społeczeństwo japońskie. Podobnie jak w Niemczech czy we Włoszech zapaść wyniosła do władzy radykalne koła posługujące się wojenną retoryką.

Już choćby z tego powodu zbliżenie Japonii z faszystowskimi Włochami i nazistowskimi Niemcami należy oceniać jako naturalną kolej rzeczy. Japończycy szukali możliwości dalszej ekspansji, zdając sobie sprawę z odosobnienia na kontynencie azjatyckim. Chiny od zawsze stanowiły przeciwwagę dla japońskich zapędów. Związek Radziecki bronił swoich zdobyczy na wschodzie. I to właśnie stosunek do ZSRR połączył Tokio, Berlin i Rzym, umożliwiając stworzenie tzw. osi - paktu polityczno-militarnego, który zakładał wspólne zwalczanie komunizmu oraz sojusz wojskowy. Sukcesy dyplomatyczne otworzyły drogę do dalszej ekspansji Japonii. Przyczółek w postaci Mandżukuo był dogodnym punktem wyjścia do podboju Chin. Ponownie zadecydowała pragmatyczna polityka surowcowa. Agresja na Chiny zapoczątkowana w 1937 roku nie przyniosła spodziewanych korzyści - armie wdały się w długotrwałe walki, a w 1938 roku zagrodziła im drogę Armia Czerwona, broniąc interesów Związku Sowieckiego. W 1939 roku Rosjanie skutecznie uderzyli na wroga, pokonując go w szeregu starć. Załamanie się ofensywy japońskiej i przegrana w boju z Armią Czerwoną wymusiła na nich zmianę strategii działania. W 1939 roku Japończycy wstrzymali ekspansję na północy, słusznie zakładając, iż walka na dwóch frontach uniemożliwi im szybkie zdobycze terytorialne. Nowa ofensywa ruszyła w kierunku południowym, gdzie opór przeciwników był znacznie mniejszy, a tereny bogate w surowce niezbędne do prowadzenia dalszych działań. W tym samym czasie na froncie europejskim Niemcy napadły na Polskę, dając początek II wojnie światowej. Zajęte tą częścią świata mocarstwa europejskie nie były w stanie skoncentrować swojej uwagi na Dalekim Wschodzie. Nie mogły także wydatnie bronić swoich zamorskich posiadłości. Japończycy mieli zatem wolną rękę w prowadzeniu szeroko zakrojonej kampanii militarnej naznaczonej brutalnością i licznymi zbrodniami wojennymi. Ostatnią przeszkodę dla japońskich planów podboju całej Azji Południowej stanowiły Stany Zjednoczone, które w tym rejonie także upatrywały swoich stref wpływów. Tyle że w 1939 roku USA pozostawały na peryferiach konfliktu, deklarując politykę izolacji i niemieszania się w spory.

Co na to Amerykanie?

Amerykański izolacjonizm był w praktyce jedynie oficjalną doktryną polityczną i nie oznaczał rzeczywistego braku zaangażowania USA w kolejne konflikty. Jeszcze w latach trzydziestych Amerykanie zaczęli wspomagać armię Chińczyków, potem zamrozili japońskie aktywa w bankach, a następnie ogłosili embargo na eksport rud żelaza i ropy do Japonii. Podobnie postąpiła Wielka Brytania, zrywając z Japonią stosunki handlowe. Potęga Stanów Zjednoczonych trzymała jeszcze Japonię na dystans, zwłaszcza, że cesarstwo wciąż dopiero rozbudowywało swój potencjał militarny. Ogromny wpływ na doktrynę prowadzenia wojny miały poglądy głównodowodzącego floty admirała Isoroku Yamamoto, który słusznie upatrywał w Amerykanach najgroźniejszego przeciwnika w rejonie Pacyfiku. Stąd też głosił tezę, że pierwszeństwo zniszczenia powinna mieć amerykańska marynarka.

Sytuacja Japończyków tylko na pozór była komfortowa. Choć prowadzili skuteczne działania w Azji Południowej, przełamując opór słabnących i zdezorganizowanych chińskich armii, stosunki z sojusznikami układały się co najwyżej średnio. Gdy 23 sierpnia 1939 roku podpisany został pakt Ribbentrop-Mołotow, japońskie kręgi wojskowe były oburzone, poczytując porozumienie niemiecko-radzieckie za zdradę sprzymierzeńca. Dwa lata później, 22 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy ruszyli na wschód, rozpoczynając operację "Barbarossa", ponownie zaskoczyli Japończyków. Sojusznik nie został poinformowany o planach Hitlera, który obawiał się przecieków ze strony japońskiej. Japończycy odpłacili Niemcom porozumieniem z Moskwą. 13 kwietnia 1941 roku Japonia zawarli traktat o nieagresji z ZSRR, co wkrótce pozwoliło Stalinowi na zasilenie wojsk o stacjonujące na Dalekim Wschodzie jednostki. Wydawać by się mogło, że dyplomacja japońska odniosła sukces, zabezpieczając północny odcinek frontu w czasie ekspansji na południu. Wkrótce słono przyszło za niego zapłacić. Brak wsparcia ze strony Japonii pokrzyżował plany III Rzeszy, która mimo początkowych spektakularnych sukcesów nie była w stanie przełamać oporu wojsk radzieckich. W konsekwencji ZSRR nie został pobity, co odbiło się rykoszetem na sytuacji wojsk japońskich w 1945 roku.

Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część archipelagu, co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa. 26 lipca 1941 roku Amerykanie wprowadzili wspomniane wcześniej sankcje gospodarcze, sądząc, iż powstrzymają rozpędzoną Japonię. W tym czasie zatrzymanie ofensywy było prawdopodobnie niemożliwe. Rozbudzony japońskie imperializm był ukierunkowany na kolejne podboje. Aby zażegnać spór, prezydent Roosevelt zdecydował się podjąć premiera Konoje. Po serii spotkań wysłanników obu mocarstw okazuje się, że wypracowanie porozumienia jest niemożliwe. W konsekwencji 15 października rozmowy zostały przerwane, a gabinet Konojego podał się do dymisji. Wydarzenie to w praktyce przesądziło o losach wojny na Pacyfiku. Skłonny do ugody Konoje ustąpił miejsca jednemu z głównych reprezentantów radykalnych kół wojskowych. 18 października tekę premiera przejął gen. Hideki Tojo. Już 5 listopada Tajna Rada Cesarska zatwierdziła plan dalszych operacji militarnych. Wizja zniszczenia floty amerykańskiej zaproponowana przez adm. Yamamoto miała się ziścić. W tym samym czasie kontynuowano rokowania z Amerykanami, które były obliczone na zyskanie czasu dla przeprowadzenia kluczowej ofensywy. I choć przemysł gospodarczy i wojskowy Stanów Zjednoczonych brał górę nad japońskim, z optymizmem patrzono na wyspach w przyszłość. Wydobycie węgla w USA sięgało 517,6 mln ton, w Japonii 71,6 mln ton, ropy naftowej przybywało Amerykanom w ciągu roku o 189,8 mln ton, Japończykom 400 tys. ton, jeśli zaś idzie o stal, tu przewaga była równie wysoka - 75 mln ton do 6,8 mln ton. Z kolei siły zbrojne Japonii wyglądały imponująco - przestawiony na tory wojenne przemysł pracował na pełnych obrotach. Remis w okrętach liniowych, podobna ilość krążowników i wreszcie przewaga Kraju Wschodzącego Słońca w ogólnej liczbie niszczycieli i lotniskowców utwierdzały dowódców japońskich w przekonaniu, iż szybki atak mógłby przynieść zamierzony efekt - klęskę USA, po której Amerykanie nie byliby się w stanie podnieść przez długie lata. W takiej atmosferze powstawał plan ataku na Pearl Harbor, amerykańską bazę morską położoną na Hawajach, gdzie znajdowała się Flota Pacyfiku.

Plany Japończyków można określić jako dość optymistyczne. Założenie, iż zniszczenie Floty Pacyfiku pogrzebie szanse USA na prowadzenie długotrwałej wojny nie było racjonalne. Można także wysnuć tezę, że Japońscy stratedzy dość nisko cenili zdolność amerykańskiego przemysłu do szybkiej produkcji. Słusznie jednak zakładano, iż atak na Pearl Harbor pozwoli na kontynuowanie ofensywy w kierunku południowym, kupując tym samym czas niezbędny do reorganizacji i ewentualnych dalszych ataków na amerykański przemysł zbrojeniowy. Część planów japońskich była w tym czasie znana Amerykanom. Supertajny kod przeciwnika określany kryptonimem "purpurowy" został złamany przez Williama Friedmana (po części kierował się on odkryciami polskich matematyków, którzy złamali kod Enigmy). Japońskie depesze odczytywano jednak z drobnym opóźnieniem.

26 listopada z zatoki Tankan wypłynęły 32 okręty. Kierowały się do zatoki Kurylskiej, aby tam, niedostrzeżone przez Amerykanów, móc w spokoju przygotować się do ataku. Celem miała być główna baza morska amerykańskiej floty na Hawajach rozmieszczona w rejonie Pearl Harbor. Dowódcą zespołu uderzeniowego został wiceadmirał Chuichi Nagumo. 3 grudnia Roosevelt otrzymał rozszyfrowane polecenie japońskie, dotyczące zniszczenia ksiąg szyfrów, co niewątpliwie oznaczało zbliżający się początek wojny. Tego samego dnia admirał Yamamoto wydał wyrok na Pearl Harbor. Jego rozkaz w oryginale brzmiał: "Niitaka yama nobore". Oznaczało to - zaatakować 7 grudnia o godz. 8.00 czasu lokalnego (13:00 w Waszyngtonie). 6 grudnia do ambasadora japońskiego w Waszyngtonie dotarła długa nota. 13 części Amerykanie zdążyli odszyfrować, natomiast 14 nie była jeszcze gotowa. Jeden z pracujących przy dekodowaniu wiadomości tłumaczy Alwin Kramer w desperacki sposób zabiegał o audiencję u prezydenta Rooseveltowi, by przekazać mu treść przechwyconych depesz. Gdy ostatecznie dotarł do prezydent, ten spędził nad dokumentami kilka minut i krótko orzekł: "To oznacza wojnę!". Na spotkaniu był również obecny doradca Roosevelta Harry Hopkins. Skoro Amerykanie wiedzieli o spodziewanym ataku z wyprzedzeniem, dlaczego nie zareagowali tak, jak powinni? 14 część noty została odczytana dopiero 7 grudnia 1941 roku, co w oczywisty sposób opóźniło decyzje i ewentualne przygotowania do obrony. Zastanawiające jest jednak, dlaczego nie poinformowano wszystkich amerykańskich jednostek o możliwości japońskiego uderzenia. Czy obawiano się, że taka depesza w przypadku przechwycenia przez wroga będzie sygnałem o złamaniu japońskiego kodu? W ostatniej części dokumentu Japończycy podawali również godzinę 13:00, co mogło wskazywać na 13:00 w Waszyngtonie, a więc 8:00 na Hawajach. Generał George Marshall wydał wówczas ostrzegawczą depeszę do wszystkich baz marynarki. Jego informacja przebyła jednak nieprawdopodobną drogę i nie dotarła na czas tam, gdzie była najbardziej potrzebna.

O świcie 7 grudnia gen. Marshall dosiadł swego konia o imieniu King Story i wyjechał na krótką przejażdżkę. Chciał odpocząć po niezwykłe wyczerpującej nocy. Amerykanie wiedzieli już, że wojna z Japonią jest nieunikniona. Równocześnie w Waszyngtonie szef sekcji dalekowschodniej amerykańskiego wywiadu płk Rufus Bratton wciąż głowił się nad depeszą japońską. Brattona szczególnie zainteresowała godzina 13:00, która mogła oznaczać godzinę ataku. Doświadczony oficer słusznie założył, że któreś z amerykańskich obiektów na Pacyfiku zostaną prawdopodobnie zaatakowane. Postanowił poinformować o tym fakcie przełożonych. Próbował bezskutecznie dodzwonić się do Marshalla. Ten wrócił dopiero o 10:15. Gdy zobaczył wiadomość, zadzwonił do pułkownika. Bratton nawet nie krył zdenerwowania, ale przez telefon nie chciał rozmawiać o swoim odkryciu. Oznajmił, że ma ważny dokument, którego znaczenia się domyśla. Marshall ruszył do swojej kwatery, tyle że dotarcie zajęło mu ponad godzinę. Dlaczego tak zwlekano ze sprawą, której powinno się nadać najwyższy priorytet? Czy Marshall źle zinterpretował słowa Brattona? Czy już wówczas popełniono karygodne błędy? A może Amerykanie nie chcieli w porę ostrzec swoich baz marynarki? To ostatnie rozwiązanie, któremu bliżej do teorii spiskowej, wydaje się szczególnie szokujące. Na podstawie raportu Brattona Marshall napisał ostrzeżenie do wszystkich jednostek - końcówka brzmiała mniej więcej tak: "Nie wiemy dokładnie, jakie znaczenie ma ta godzina, ale bądźcie w pogotowiu". Depeszę rozsyłał Bratton. I w tym wypadku trudno mówić o logice postępowania doświadczonych oficerów. Najpierw ostrzeżenie przebyło bardzo dziwną drogę; zamiast normalnego połączenia wybrano okrężne, przez Waszyngton (Centrum Sygnałowe)-> Waszyngton (Western Union)-> San Francisco-> Hawaje-> Pearl Harbor. O 7:30 kurier Tadao Fuchikami stawił się w pracy na Hawajach i zaczął rozwozić telegramy. Żaden nie był oznaczony jako ważny. Jak to możliwe? Podobno ze względu na kiepskie warunki atmosferyczne wiadomość przesłano jako zwykły telegram. Kiedy ten dotarł w końcu do porucznika Waltera C. Shorta z obrony wybrzeża Hawajów, Pearl Harbor już płonęło...

"Tora, tora, tora!"

Japończycy musieli się doskonale przygotować do ataku. Do Pearl Harbor wysyłano kolejnych szpiegów, którzy robili szerokie rozpoznanie. Także w tym wypadków Amerykanie mieli rozeznanie w poczynaniach wroga, dysponując informacjami od podwójnego agenta. Szczególne zainteresowanie bazą w Pearl Harbor nie wzbudziło jednak czujności amerykańskiego wywiadu. Skuteczną początkowo przeszkodą dla japońskiej floty był system obronny w Pearl Harbor. Głębokość akwenów na Hawajach wynosiła 15 metrów, co uniemożliwiało użycie standardowych torped zanurzających się na głębokość 20 metrów. Japończycy podpatrzyli sposób Brytyjczyków, którzy użyli specjalnie modyfikowanych torped w czasie ataku na Tarent z 1940 roku. Po wielu próbach uzyskano zadowalające efekty z mocowaniem ładunków. Kolejnym mankamentem był sposób cumowania statków (jeden zasłaniał drugi, co wykluczało możliwość ataku torpedowego), co Yamamoto kompensował użyciem ładunków bombowych. Sam atak został przeprowadzony z dużym rozmachem. Nie niepokojone myśliwce mogły spokojnie nadlecieć nad bazę (hasłem do rozpoczęcia ataku były słowa: "Tora, tora, tora" - "Tygrys, tygrys, tygrys", co oznaczało uzyskanie zaskoczenia). Flota japońska składała się z 6 lotniskowców (z 360 samolotami), 2 pancerników, 2 ciężkich krążowników, 1 lekkiego krążownika, 9 niszczycieli, 10 okrętów podwodnych i 8 zbiornikowców. W Pearl Harbor znajdowało się w tym czasie 9 krążowników, 20 niszczycieli, 5 okrętów podwodnych, 8 pancerników oraz 49 innych jednostek. Na lotniskach zaś 387 samolotów. Zauważmy, że w porcie nie było lotniskowców, które miały być głównym celem ataku Japonii. Tym samym nalot na Pearl Harbor był jedynie bardzo widowiskowy, ale ze strategicznego punktu widzenia nie dał Japonii absolutnego zwycięstwa (zniszczone i nie dające się naprawić były jedynie "Arizona" i "Oklahoma"). Po wyczerpujących walkach baza płonęła, a kilka tysięcy żołnierzy straciło życie.

Wydawać się może, iż niemal cały sztab amerykański z wyprzedzeniem wiedział, że atak nastąpi, a ostrzeżenie mimo tego nie dotarło tam, gdzie było najbardziej potrzebne. Jakim cudem Amerykanie zachowali się aż tak nieodpowiedzialnie? Wspominana już kilkukrotnie teoria o celowym doprowadzeniu do zniszczenia Pearl Harbor nie ma oparcia w twardych faktów, ale szereg przesłanek wskazuje, iż sprawa może mieć drugie dno. Najbardziej ekstremalne teorie mówią o bezpośrednim zaangażowaniu prezydenta Roosevelta. Dlaczego miałby to robić? Być może chciał wstrząsnąć społeczeństwem, zdetronizować opozycję o izolacjonistycznych poglądach i wreszcie wprowadzić Stany Zjednoczone do wojny, co przecież musiał brać pod uwagę, decydując się na wsparcie koalicji aliantów. Najpierw Lend Lease Act, Karta Atlantycka i na koniec Pearl Harbor i śmierć 3500 żołnierzy - chłopców z Ameryki... Ledwie 24 godziny po druzgocącym ataku Kongres uchwalił wypowiedzenie wojny Japończykom, przeciwny był tylko jeden senator. Hipoteza ta wydaje się być niewiarygodna, jednak w świetle dokumentów potwierdzających, iż Amerykanie zdawali sobie sprawę z planów japońskich, trudno wszystko tłumaczyć wyłącznie rażącym błędem administracji.

Reakcje na nalot i spustoszenie bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych paradoksalnie były podobne w obu krajach. W Ameryce zawrzało jak w ulu, gdyż społeczeństwo domagało się ukarania butnych Japończyków, którzy ośmielili się podnieść rękę na USA. Po okresie żałoby oczekiwano od armii skutecznej odpłaty. Determinacja Amerykanów znalazła ujście w kolejnych operacjach. Tymczasem w Japonii publika przyjęła wieść o wybuchu nowej wojny bez nadmiernej ekscytacji, ale z nadzieją na pokonanie najważniejszego wroga. Karmione propagandą społeczeństwo upatrywało w USA zła, które nie pozwala na rozwój Japonii. Cesarz Hirohito ogłosił: "My, z łaski Niebios Cesarz Japonii, zasiadający na tronie w nieprzerwanej linii po wieczne czasy i panujący wam, o Nasi dzielni i lojalni poddani, My wypowiadamy niniejszym wojnę Stanom Zjednoczonym i Imperium Brytyjskiemu." Nie była to może najbardziej efektowna formuła. Nieco bardziej wymowny był Roosevelt, który 8 grudnia przemawiał do Kongresu: "Yesterday, December 7, 1941 - a date which will live on in infamy - the United States of America was suddenly and deliberately attacked by naval and air forces of the Empire of Japan."

Jeszcze w grudniu Japończycy poczynili ogromne postępy na Pacyfiku, zajmując z wielkim rozmachem kolejne posiadłości państw europejskich i samych Stanów Zjednoczonych. Amerykanie tymczasem przemyśliwali o efektownym fajerwerku na miarę Pearl Harbor, który położyłby kres paśmie zwycięstw armii japońskiej. Nie było jednak jak "ugryźć" wroga, aby zranione miejsce szczególnie go zabolało. Adm. Ernest J. King wpadł zatem na ryzykowny pomysł, który miał okryć sławą amerykańskich lotników i natchnąć do walki i wiary społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. W marcu 1942 roku na pokład lotniskowca "Hornet" załadowano 16 ciężkich bombowców, z których każdy, mimo wyrzucenia zbędnego balastu, ważył aż 15 ton. Załoga okrętu za zdumieniem patrzyła na żelazne monstra, które niezgrabnie poruszały się po pasie startowym. Plan operacji był prosty - maksymalne zbliżenie "Horneta" do brzegów Honsiu, wypuszczenie samolotów i wycofanie okrętu. Bombowce miały zaatakować Tokio, po czym skierować się do Chin i oczekiwać przejęcia przez sprzymierzonych żołnierzy chińskich. 18 kwietnia 1942 roku bombowce wystartowały do niemal samobójczego rajdu. "Hornet" znajdował się w odległości 900 kilometrów od Tokio. 13 bombowców ruszyło w kierunku Tokio, po jednym do Nagoi, Kobe i Osaki. Kierowane przez płk Jamesa H. Dolittla maszyny przeprowadziły udany atak okupiony niewielkimi stratami. Choć jego skutek strategiczny był niewielki, efekt moralny ogromny.

I znowu Japonia zadrżała - od gniewu dostojników cesarskich, dygnitarzy wojskowych i zwykłego ludu, który nieprzyzwyczajony był do nalotów i widoku niezgrabnych sylwetek bombowców nad metropoliami swego kraju. Amerykanów oskarżono o barbarzyństwo, rozlew krwi - lotnicy mieli być bezlitośnie mordowani. Tak też się stało - trzech z ośmiu złapanych uczestników misji zamordowano. Na szczęście, większość bezpiecznie wróciła do kraju, w tym i dowódca wyprawy, płk Dolittle. Ameryka znowu zaczęła wierzyć w końcowy tryumf, świętując zwycięstwo. Choć małe, dawało nadzieję i wiarę. Już kilka tygodni później Amerykanie mogli celebrować tryumf pod Midway, choć do zwycięskiego zakończenia wojny było jeszcze bardzo daleko.


Konkurs


Patronat


Recenzje