Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Żołnierz polski bije się za wolność wielu narodów, ale umiera tylko dla Polski", Stanisław Maczek

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Zrzucenie bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki

Choć niewielu w to wierzyło, w grudniu 1941 roku Japończycy zaatakowali amerykańską bazę wojskową w Pearl Harbor, rozpoczynając tym samym okres krwawych walk na Pacyfiku, gdzie ich głównym przeciwnikiem stają się Stany Zjednoczone. Po krótkim panowania Imperium Japońskiego, przyszedł zwrot akcji, a Amerykanie zaczęli odrabiać straty. Wkrótce znaleźli się w sytuacji, w której byli jeszcze przed wojną, zajmując podbite przez wroga terytorium. Zwycięskie bitwy o Midway, Guadalcanal i Filipiny pozwoliły na znaczne przysunięcie się do wysp macierzystych i stworzyły idealne warunki do ataku na Okinawę i Iwo-Jimę. Po kolejnych wygranych zmaganiach, w pierwszym półroczu 1945 roku, nadszedł czas na ostateczne rozwiązanie problemu Kraju Kwitnącej Wiśni i zakończenie 3,5-letnich zmagań na Oceanie Spokojnym i nie tylko. Amerykański sztab brał pod uwagę rozmaite rozwiązania. Planowano inwazję na cztery wyspy macierzyste, stwarzając już zarys operacji desantowej i nadając mu kryptonim "Olimpic". Datą lądowania miał być 1 listopada 1945 roku. Liczono się z ogromnymi stratami, jakie armia amerykańska poniesie w ciężkim boju na przedpolach Tokio, dlatego też szukano możliwości wcześniejszego zakończenia II wojny światowej. Niewątpliwie Japończycy musieli zrozumieć, iż dalszy opór jest bezcelowy. Wymagałoby to oczywiście demonstracji siły w szczególnie spektakularny sposób. Sposób ten był wtedy na wyciągnięcie ręki, wystarczyło po niego sięgnąć. Prezydent Truman postanowił wyciągnąć dłoń po śmiercionośną broń...

2 sierpnia 1939 roku do Białego Domu nadszedł list od słynnego matematyka Alberta Einsteina. Naukowiec ostrzegał prezydenta Franklina Delano Roosevelta i jednocześnie zachęcał do podjęcia działań wykorzystujących niedawne odkrycie prof. Otto Hahna, który w grudniu 1938 roku rozszczepił jądro atomowe poprzez bombardowanie neutronami. Podczas rozpadu wydzielona została niezwykła energia, co spowodowało, iż podobna reakcja mogłaby zostać wykorzystana w warunkach bojowych. Nowe odkrycia uczonych szybko postanowiono wdrożyć w dziedzinie wojskowości. Roosevelt z uwagą zapoznał się z pierwszymi danymi i podjął słuszną decyzję o organizacji nowego zaplecza naukowego. Tak rozpoczęła się historia Projektu Manhattan - specjalnej operacji zajmującej się energią atomową. Organizacja uczonych zrzeszonych pod takim kryptonimem powstała w połowie 1942 roku pod przywództwem gen. wojsk inżynieryjnych Leslie Grovesa oraz dr Roberta Oppenheimera. Amerykanie zorganizowali badania na niewyobrażalną skalę, zatrudniając przy nich 125 tys. ludzi działających w ścisłej tajemnicy i pod szczególnym nadzorem. Na projekt nie żałowano pieniędzy, przeznaczono bowiem aż 2,5 mld dolarów, co w ówczesnych realiach było kwotą astronomiczną. Do współpracy zaproszono szereg naukowców, którzy już wtedy słynni byli na całym świecie - m.in. Enrico Fermiego (twórcę słynnych "Pytań Fermiego") czy ściągniętego z Danii Nielsa Bohra. Działali oni pod przybranymi nazwiskami, aby nie zdekonspirować projektu. Działania naukowców osiągały coraz większe zaawansowanie. W grudniu osławiony Fermi przeprowadził kontrolowaną reakcję łańcuchową. W efekcie, po przeprowadzeniu szeregu wyczerpujących badań, udało się stworzyć trzy bomby - dwie z ładunkiem plutonowym i jedną z uranowym. Jak to jednak bywa, twórcy dzieła zaczęli się zastanawiać nad jego użyciem. Początkowo pracowano bez żadnych skrupułów, gdyż wizja stworzenia bomby była odległa. Z czasem uczonych zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia; i to wtedy, gdy Projekt Manhattan wydawał się być już ukończony! Najtęższe głowy świata zastanawiały się, czy bomba atomowa zapewni pokój. Jeśli tak, to na jak długo. Czy nie spowoduje wyścigu zbrojeń między ZSRS i USA oraz nie wywoła kolejnej wojny, tym razem atomowej. Z tymi problemami borykali się Niels Bohr (który namawiał Amerykanów i wtajemniczonych Brytyjczyków do poinformowania Sowietów o projekcie) oraz członkowie tzw. Komitetu Tymczasowego powołanego przez prezydenta Harry'ego Trumana. Łatwo zrozumieć rozterki uczonych. Ich odkrycia służyć miały niemal wyłącznie jednej stronie konfliktu, co w dobie narastającego napięcia z pewnością przyczyniłoby się do zachwiania i tak naruszonej równowagi sił i środków. Skonstruowanie broni potężniejszej od wszystkiego, co wcześniej znane było ludzkości było zarówno wyzwaniem, osiągnięciem, jak i śmiertelnym niebezpieczeństwem. Wśród naukowców przeprowadzono nawet ankietę, której wyniki nie pozostawiały wątpliwości - tylko 15% ze 150 przepytanych opowiedziało się za użyciem bomby przeciwko Japonii. Tak się niefortunnie złożyło, iż 12 kwietnia 1945 roku zmarł ojciec operacji Franklin Delano Roosevelt, a jego miejsce zajął nie zapoznany z Projektem Manhattan Harry Truman. Nowy prezydent szybko zapoznał się z problemem, po czym obrał on drogę konferencji z naukowcami i konsultacji ze specjalistami w celu uzgodnienia wspólnego stanowiska względem bomby atomowej. Naukowcy zalecali utworzenie specjalnej komisji do spraw użycia energii atomowej i poinformowanie przedstawicieli Związku Sowieckiego o wynikach badań. Jak można się było spodziewać, efekt tych zabiegów był niewielki, a Truman nie myślał o przekazywaniu Rosjanom tak ważnych informacji. Zalecił natomiast próbną detonację jednej z bomb, aby uzmysłowić sobie jej siłę i zobaczyć efekt wybuchu. 16 lipca, o godz. 5.30, potężny wybuch wstrząsnął Alamogordo na pustyni w Nowym Meksyku. Dzieło zapoczątkowane przez Roosevelta skończyło się udaną próbą w ośrodku naukowym, w którym do tej pory pracowano w pocie czoła. Wynik detonacji bardziej skomplikowanej z bomb, plutonowej, przeszedł najśmielsze oczekiwania. Energia wybuchu odpowiadała około 20 TNT. Nazajutrz w Poczdamie rozpoczęto trzecią konferencję Wielkiej Trójki.

W Poczdamie Harry Truman, Józef Stalin i Winston Churchill mieli dokonać ostatecznego omówienia porządku, jaki zapanuje na świecie po II wojnie światowej. Spodziewano się potwierdzenia dotychczasowych ustaleń wypracowanych w toku wieloletniej kooperacji politycznej i wojskowej. Amerykanie wciąż borykali się z problemem Japonii, wobec czego zmuszeni byli grać na dwa fronty. Z jednej strony zależało im na wsparciu Sowietów w nadchodzących ostatecznych bataliach, z drugiej powoli myśleli już o budowaniu powojennej potęgi, co umożliwić miała efektowna demonstracja siły. Jak pisze David Holloway ("Stalin i bomba"):
"16 lipca o godzinie 19.30 Henry L. Stimson, sekretarz wojny USA, który brał udział w poczdamskim spotkaniu, dostał z Waszyngtonu telegram z wiadomością, że tego dnia rano przeprowadzono próbę, która wypadła pomyślnie. Pięć dni później otrzymał szczegółowe sprawozdanie generała Grovesa, który opisał napięcie i ulgę, a przede wszystkim zdumienie i lęk, jakie ogarnęły obserwatorów wybuchu. Ten wymowny i wstrząsający dokument wywarł w Poczdamie duże wrażenie. Tego samego popołudnia Stimson przeczytał go Trumanowi. Truman był niezmiernie zadowolony, 'pełen niezwykłego animuszu - pisał Stimson w dzienniku - i mówił o tym przy każdym naszym spotkaniu. Powiedział, że dało mu to zupełnie nowe poczucie pewności siebie'. Następnego ranka Stimson zaniósł sprawozdanie Churchillowi [...]".

Dokument musiał wzbudzić popłoch, ale i radość obu polityków. Mieli asa w rękawie, który dawał im przewagę przy rozdaniu kart w Poczdamie. Do tej pory Amerykanie i Brytyjczycy stanowili przeciwwagę dla frontu politycznego Sowietów. Warto jednak podkreślić, iż Projekt Manhattan był przedsięwzięciem amerykańskim i w takich kategoriach należy go rozpatrywać. Współpraca z Churchillem nie była zatem oparta na równouprawnieniu stron. 24 lipca Truman powiedział Stalinowi, iż w posiadaniu Amerykanów znalazła się nowa niesamowita broń. Dyktator sowiecki nawet nie zapytał o szczegóły, podziękował jedynie za informację. Trumana powinna zdziwić obojętność Stalina, który do tej pory łapczywie przechwytywał wszelkie informacje o zaawansowaniu technologicznym sojuszników. Mogło to, a wręcz musiało, zwrócić uwagę prezydenta, jednak nie przywiązał on do całego wydarzenia większej wagi. Radziecki dyktator z pewnością potrafił zachować kamienną twarz i z miną wytrawnego pokerzysty przyjmował chełpliwe przechwałki Trumana. Stalin bowiem doskonale zdawał sobie sprawę z działalności grupy naukowców w Projekcie Manhattan. Co więcej, w ZSRS również pracowano nad stworzeniem bomby atomowej. Badania te nie były aż tak zaawansowane jak grupy amerykańskiej, jednak specjalnie wydzielony sztab nieubłaganie zbliżał się w swoich wynikach do poprzedników i już wkrótce dorównał konkurującej z nim ekipie. Wtedy jednak Sowieci nie mieli jeszcze bomby atomowej, o czym wiedział Truman. Politycy amerykańscy szacowali dystans dzielący Związek Sowiecki od wyprodukowania broni masowego rażenia na kilka, a nawet kilkanaście lat, co pozwalało im z optymizmem patrzeć w przyszłość. Oczekiwano, iż groźna broń w ręku polityków postawi Stany Zjednoczone na czele stawki aliantów i pozwoli im dyktować powojenne warunki. Do rozwiązania pozostawał tylko problem Japonii i ślepego uporu jej dyplomatów, dowódców i żołnierzy. Stratedzy pomylili się w obliczeniach i dość optymistycznie podeszli do rzekomej przewagi technologicznej Stanów Zjednoczonych. Już w cztery lata po zakończeniu wojny ZSRR dysponowało własną bombą atomową, co pokazywało, jak niewielka różnica dzieliła oba kraje.

Już wcześniej Wielka Trójka postanowiła, iż ZSRS włączy się do wojny z Krajem Kwitnącej Wiśni po pokonaniu III Rzeszy. Było to uzasadnione obustronnym interesem aliantów, którzy w Azji widzieli nową strefę wpływów. Amerykanie chcieli rozstrzygnąć wojnę, Stalin ugrać polityczny i militarny kapitał. Sowieci gotowali się zatem do boju, spiesząc się, aby wojna nie zakończyła się zanim Armia Czerwona wejdzie do walki w Mandżurii. O planach sowieckich dowódców opowiemy później, teraz przeniesiemy się na front dyplomatyczny. 27 lipca w godzinach rannych do Tokio dotarł tekst ultimatum poczdamskiego, jakie opracowała Wielka Trójka. I choć alianci nie zdecydowali się na radykalne kroki wobec Japończyków, w Tokio zawrzało jak w ulu. W rzeczywistości bowiem Japonia miała dwie opcje do wyboru - bezwarunkową kapitulację lub dalszą walkę. Togo, minister spraw zagranicznych, zdecydował się nie wysyłać odpowiedzi rządom państw zrzeszonych w koalicji alianckiej, a jedynie opublikować w prasie krótką notę. Poruszyło to przedstawicieli wojskowych, którzy domagali się zajęcia wyraźnego stanowiska w tej kwestii. W konsekwencji wybrano rozwiązanie fatalne, odczytując ubogą w treść notkę, która spowodowała zaognienie stosunków na linii Tokio-Waszyngton. Reakcje Amerykanów na pogardliwy tekst były łatwe do przewidzenia. 30 lipca "New York Times" napisał: "Japonia oficjalnie odrzuca ultimatum sojuszników w sprawie kapitulacji". Zaczęto przygotowywać się do rozstrzygnięcia konfliktu na drodze demonstracji brutalnej siły. Już 25 lipca Truman, Marshall i Stimson aprobowali specjalną dyrektywę odnośnie użycia bomby atomowej. Akt ten oceniać można różnie. Wydaje się jednak, iż w obliczu niechęci Japończyków do rokowań pokojowych miał on uzasadnienie polityczne. Można jednak domniemywać, iż Amerykanie nie wyczerpali wszystkich dróg dyplomatycznych zabiegów o ustanowienie pokoju między obiema stronami. Trudno jednak wymagać zaangażowania od przeważającej strony konfliktu. Nazajutrz w okolicach Tinian zacumował krążownik "Indianapolis", który na swym pokładzie miał wyjątkowo ciężki ładunek. Było to jądro pierwszej bomby atomowej. 1 sierpnia bomba była gotowa do użycia. W tym momencie szczęście nieco odwróciło się od Amerykanów. Ich plany pokrzyżowały złe warunki atmosferyczne, a konkretnie huragan uniemożliwiający start samolotu obciążonego takim balastem i lecącego z tak ważną misją. W czasie, gdy kompletowano elementy bomby, "Indianapolis" został trafiony dwiema torpedami przez japoński okręt podwodny i w ciągu 15 minut poszedł na dno. Z 1199-osobowej załogi udało się uratować zaledwie 316 ludzi, którzy pływali w oceanie od 28 lipca do 2 sierpnia. Dramat załogi okrętu zniszczonego niemal na koniec wojny pogłębiła wolno przeprowadzona akcja ratunkowa. Szeregi marynarzy mocno przetrzebiły rekiny grasujące w pobliżu. Nie zaniechano jednak przeprowadzenia operacji, do której szykowano się latami. Do wykonania misji wybrano Superfortecę B-29 pilotowaną przez płk Paula W. Tibbetsa. 4 sierpnia Amerykanie zrzucili nad Hiroshimą 720 000 ulotek informujących mieszkańców o zagrożeniu i namawiających Japończyków do złożenia broni. 6 sierpnia pogoda miała być odpowiednia, dlatego też pułkownik zapoznał załogę z celem kolejnej w ich karierze operacji.

O 1.37 6 sierpnia "Enola Gay" wystartowała z lotniska na Tinian, wioząc bezcenny i niebezpieczny ładunek. Pięć godzin później bombowiec był nad Hiroshimą, miastem liczącym na co dzień 365 000 mieszkańców, a w chwili nalotu o ponad 100 000 mniej, gdyż część ewakuowano. O 8.15, gdy B-29 znajdował się 10 000 metrów nad Hiroshimą, bombardier mjr Thomas W. Ferebee otworzył luk bombowy. Samolot szybko zawrócił, aby uniknąć znalezienia się w tragicznym położeniu. 45 sekund później powietrze zadrgało, gdy bomba atomowa eksplodowała. W górę wzniósł się potężny słup dymu i ognia sięgający 12 000 metrów. Potężny grzyb przesłonił widok, a w chwili detonacji ziemia rozbłysła - mniej jaskrawo niż w Alamogordo, jednak równie efektownie. Bombę zawierającą uran 235 nazwano przewrotnie "Little Boy", choć siła wybuchu odpowiadała 13 kilotonom TNT. Efekt nalotu pojedynczego samolotu był katastrofalny. W promieniu 500 metrów od miejsca wybuchu wszystko wyparowało. Do końca 1945 roku zginęło 145 000 ludzi, a w ciągu kolejnych pięciu lat liczba ta zwiększyła się o 55 000 osób. W chwili eksplozji śmierć poniosło ponad 90 000 mieszkańców Hiroshimy. Tak spektakularna demonstracja siły wstrząsnęła światem. Natychmiast podniesiono alarm – Amerykanie jednym uderzeniem pozbawili życia kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Nalot na Hiroshimę porównywany był z nalotami dywanowymi na niemieckie miasta. Tyle że tam do operacji angażowano setki bombowców wyposażonym w dziesiątki kilogramów ładunków wybuchowych. Przerażeni Japończycy nie zdecydowali się jednak na zaangażowanie w rozmowy pokojowe. Przyszło im za to zapłacić niezwykle wysoką cenę.

W trzy dni później Amerykanie zaatakowali ponownie, tym razem celem było kolejne japońskie miasto, Nagasaki. 9 sierpnia o 3.49 następny B-29 wystartował z Tinian. Major Charles Sweeney w "Bock's Car" skierować się miał nad Kogurę, aby tam zrzucić "Fat Man" - bombę plutonową. Niestety, działanie uniemożliwiała mu gruba powłoka chmur, choć meteorolodzy zapowiadali przejaśnienia. Ponadto jego zbiornik paliwa był uszkodzony, dlatego pilot musiał się spieszyć z podjęciem decyzji. Po wykonaniu dwóch rund postanowił zrezygnować z bombardowania Kogury, obierając za cel Nagasaki. Skierował się nad miasto, ale i tym razem nie mógł znaleźć dziury w powłoce chmur. W pewnym momencie ujrzał upragnione światło w tunelu. O 11.02 kolejny wybuch wstrząsnął Japonią - bomba plutonowa o sile 21 TNT, wypuszczona przez bombardiera kapitana K.K. Beahana szybowała przez kilkadziesiąt sekund po czym zrównała Nagasaki z ziemią, zabijając w jednej chwili 70 000 mieszkańców miasta. Nie pomogły bowiem zrzucane nad Japonią ulotki w dzień po pierwszym ataku, głoszące:
"Posiadamy najbardziej niszczycielski materiał wybuchowy, jaki kiedykolwiek wynalazł człowiek. Jedna tylko skonstruowana przez nas ostatnio bomba atomowa ma siłę równą ładunkowi bomb zrzuconych przez 2000 naszych gigantycznych bombowców B-29. Ten straszliwy fakt wart jest zastanowienia i zapewniamy, że jest groźnie prawdziwy. Właśnie zaczęliśmy stosować tę nową broń przeciwko Waszej ojczyźnie. Jeśli wątpicie w nasze słowa, zapytajcie, co się stało z Hiroshimą, gdy spadła na nią bomba atomowa. Prosimy, zwróćcie się do cesarza, żeby zakończył tę wojnę. Powinniście podjąć teraz działania na rzecz zaprzestania zbrojnego oporu. W przeciwnym razie będziemy zmuszeni użyć bomby oraz innych rodzajów naszego uzbrojenia, żeby szybko i zdecydowanie zakończyć wojnę."

Nie tylko fakt zrzucenia dwóch bomb atomowych na japońskie miasta przemawiał do wyobraźni cesarza Hirohito. 8 sierpnia, wykonując dokładnie założenia konferencji jałtańskiej, w myśl których Armia Czerwona miała zaatakować Japonię w trzy miesiące po zniszczeniu potęgi hitlerowskich Niemiec, Sowieci ruszyli do ataku. Wiedli 83 dywizje do Mandżurii, gdzie szybko rozpoczęli likwidowanie wrogich wojsk. Armia kwantuńska nie miała szans w starciu z szybko i sprawnie działającą Armią Czerwoną.

Porażka na froncie azjatyckim oraz druzgocąca klęska zadana z powietrza przez dwa B-29 poruszyły serca i umysły kół rządzących Japonią. Wiadomość o tragedii, jaka rozegrała się w Hiroshimie, szybko dotarła do Tokio. Co zaskakujące, szef gabinetu premiera nie był nieszczęśliwy z tego powodu, twierdząc, iż eksplozja pozwoli Japończykom na wyjście z wojny z twarzą i poddanie się bezwzględnej sile, z którą nie sposób walczyć. Generałowie uznali jednak, iż wieści o zniszczeniu miasta należy zdementować lub pomniejszyć. Dopiero po agresji sowieckiej z 8 sierpnia i po kolejnym wybuchu bomby atomowej, 9 sierpnia, Japończycy poszli po rozum do głowy. Szaleńczy opór doprowadził nie tylko do klęski Kraju Kwitnącej Wiśni, ale i całkowitej porażki na wszystkich frontach - od militarnego po dyplomatyczny. 10 sierpnia o 2.30 w nocy japońska Rada Najwyższa wysłuchała cesarza Hirohito, który stwierdził:
"Nadeszła godzina zaakceptowania tego, co jest nie do zaakceptowania, i zniesienia tego, co wydaje się nie do zniesienia."

Wizja apokalipsy nad wyspami macierzystymi przesądziła zdanie. Spotkanie członków Najwyższej Rady Wojennej przebiegło w atmosferze przygnębienia. Oto niepokonana Japonia musiała ugiąć się przed Amerykanami i poddać się po ponad trzech latach wojowania. Minister wojny gen. Korecika Anami oprotestował decyzję o przeciwko złożeniu broni, roztaczając przed współczłonkami wizję wielkiej bitwy o wyspy macierzyste. Przesądziło jednak zdanie cesarza, który widział inną, wreszcie pokojową, możliwość ratowania swego państwa. Sformułowany został wniosek kapitulacyjny, w którym zawarto cztery podstawowe punkty:
1. Kraj nie będzie okupowany.
2. Japończycy nie zostaną rozbrojeni przez Amerykanów, ale przez Japończyków.
3. Zbrodniarze wojenni będą sądzeni przez trybunał japoński.
4. I najważniejsze - władza cesarska zostanie zachowana.

Efektem wygórowanych warunków, jakie postawiła strona japońska, było odrzucenie ich przez Amerykanów. Kolejne zebrania rozmaitych komitetów, sesje konferencyjne z udziałem cesarza i ogólny chaos doprowadziły Japończyków do przyjęcia warunków ultimatum poczdamskiego z zastrzeżeniem o zachowaniu urzędu cesarza. Amerykanie w całkiem skuteczny sposób zjednali sobie koła rządzące Japonią. Nie decydowali się na krwawe rozliczenie z prowodyrami wojny, nie chcieli sądzić Hirohito, który dla japońskiego ludu był uosobieniem boskiej władzy. Teraz znowu wracał na pierwszy plan, choć w okresie II wojny światowej militarne koła umiejętnie spychały go na boczny tor. Po wspominanych już słowach cesarza zapadło milczenie. Nikt nie ma prawa się odezwać, gdy władca zakończył spotkanie. 10 sierpnia Togo skierował notę do przedstawicieli państw zaangażowanych w konflikt. 13 sierpnia Waszyngton akceptuje kapitulację Kraju Wschodzącego Słońca. Amerykanie odpowiadają:
"Od chwili kapitulacji władza cesarza i rządu japońskiego w zakresie kierowania sprawami państwa będzie podporządkowana najwyższemu dowódcy mocarstw sojuszniczych, który wyda odpowiednie dyspozycje umożliwiające wykonanie warunków kapitulacji."

Choć w Japonii wrzało, a przeciwko niektórym rządzącym spiskowano, ludność przyjęła porażkę. 15 sierpnia radio NHK nadało przemówienie cesarza Hirohito - władca publicznie ogłosił kapitulację, oczekując od Amerykanów zaakceptowania lekkiego opóźnienia dotarcia rozkazu w różnych rejonach walk. Nazajutrz Stany Zjednoczone oficjalnie przyjęły kapitulację wroga. 2 września na pokładzie pancernika "Missouri" podpisano akt kapitulacji. W ceremonii uczestniczyli przedstawiciele nacji walczących z Japonią oraz delegacja Kraju Kwitnącej Wiśni. II wojna światowa została oficjalnie zakończona.

Tylko oficjalnie, gdyż w sercach i umysłach ludzkich trwała ona nadal. Szczególne kontrowersje wzbudzał fakt zrównania z ziemią Hiroshimy i Nagasaki. Reakcja świata na kataklizm była łatwa do przewidzenia. Politycy amerykańscy usprawiedliwiali się przymusem spowodowanym sytuacją militarną. Po części mieli oni rację, gdyż straty w operacji desantowej na wyspach macierzystych szacunkowo określano na 250 tys. do 1 mln ludzi. Ponadto zginęłoby nieporównywalnie więcej obrońców wysp. Naukowcy protestowali jeszcze przed wybuchem bomby w Hiroshimie, o czym już wspominaliśmy. Po wojnie Robert Oppenheimer i Edward Teller przyznali, że posłużenie się tym rodzajem broni w końcowym okresie wojny było błędem. Dochodzi do tego aspekt moralny - użycie broni masowej zagłady spowodowało realne zagrożenie przyszłą wojną atomową, co mogłoby doprowadzić do zniszczenia nie tylko miast, ale i ludzkości. To właśnie Hiroshima rozpoczęła wyścig zbrojeń USA i ZSRR, zwany Zimną Wojną. W samej Japonii świadomość narodowej katastrofy była nieporównywalnie mniejsza. Radio i prasa enigmatycznie poinformowały o skutkach wybuchu w Hiroshimie, przemilczając Nagasaki. Krótka wzmianka napisana została przez specjalistów od propagandy. Język japoński jest bowiem idealnym dla mamienia i mówienia prawdy w niezwykle pokrętny sposób, zawierając szereg sformułowań dwuznacznych lub traktujących temat dość oględnie. Dlatego też Kraj Kwitnącej Wiśni nie pogrążył się od razu w żałobie. Dopiero z czasem świadomość kataklizmu, który ogarnął kraj, zaczęła narastać. Efektem są coroczne obchody rocznicy bombardowania. W 2005 roku przeżywaliśmy 60 rocznicę 6 sierpnia 1945 roku, co sprawiło, iż tematem numer jeden w mediach stały się błędy wykorzystania energii atomowej. Sama Japonia głęboko przeżyła dzień upamiętniający tamte wydarzenia. W Hiroshimie wstrzymano ruch, a w niebo wzniosły się setki białych gołębi. Ludność maszerowała ulicami miasta w niemym proteście przeciwko barbarzyńskiej i odrażającej zbrodni. Z drugiej jednak strony winnymi zagłady obu miast byli sami Japończycy, a w zasadzie ich przedstawiciele w rządzie i armii. Gdyby nie ich ślepy i głupi upór, gdy wszystko było już stracone, ludzie przebywający 6 i 9 sierpnia w dotkniętych nieszczęściem rejonach mieliby szansę żyć do dziś.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków